Przez wiele lat Mille Petrozza wyrażał zdziwienie, że o twórczości jego zespołu (licząc od „Violent Revolution”) mówi się nierzadko w kategoriach melodyjnego death metalu. Niespecjalnie go rozumiem, bo na przykład na „Krushers of the World” wpływy tego nurtu są ewidentne już na wysokości otwierającego „Seven Serpents” – ten majestatyczny refren pod Amon Amarth, melodie kojarzące się ze starym In Flames… Nie ma w tym nic złego, podobnie jak w bardzo jasno określonej wizji muzyki Kreator. „Krushers of the World” nie wnosi tu wielu nowości. Grany w bardzo żwawym tempie thrash przecina się z nakoksowanym heavy metalem (czyli właśnie melodyjnym death metalem), a epicki nastrój i wielkie refreny są w tej układance równie ważne co wykręcanie prędkości wyścigowych.

Momentami pompa, w którą wpada Kreator, bywa przytłaczająca, jak chociażby w niemal powermetalowym refrenie „Satanic Anarchy”, ale poza tym trudno się czegokolwiek czepiać. Wiadomo, że to muzyka skrojona bardziej pod fanów metalowej klasyki niż ekstremy – w odróżnieniu od ikonicznych materiałów grupy – ale jej poziom zadowala. Mimo okładkowego nawiązania do „Coma of Souls” czy „Pleasure to Kill” nie znajdziemy na „Krushers of the World” wielu odniesień do tych krążków. Być może najszybszy (i chyba najlepszy) z całości „Barbarian” ma w sobie coś z „Extreme Aggression”, lecz ze zwiększonym stężeniem melodii. Fanów klasycznego thrashu na pewno przyciągnie także napędzany podwójną stopą i klasycznie teutońskim riffowaniem „Deathscream”. Poza tym dominują raczej zamaszyste partie gitar oraz heavy metal odmieniany przez wiele przypadków. Czy słusznie? Każdy numer ma dopracowany refren i hymniczny nastrój, więc pod koncerty jest idealnie. Kreator w formie, po prostu.
„Krushers of the World” podtrzymuje wysoką formę niemieckich legend thrash metalu w tym tysiącleciu. To materiał dopracowany, majestatyczny i po prostu wpadający w ucho. Pamiętajcie o tym przed koncertem grupy w Torwarze.
Łukasz Brzozowski
(Nuclear Blast, 2026)
zdj. materiały zespołu