„Peace Sells… But Who’s Buying?!”, czyli klasyk powstały w bólach

Dodano: 09.02.2026
Thrash metal nie byłby taki sam bez drugiej płyty Megadeth. Narkotyki, bieda, żądza zemsty i oczywiście wielki talent… Oto główne napędy, które zadecydowały o geniuszu tego materiału.

Każde dziecko wie, że „Peace Sells…” to jeden z najlepszych albumów thrashowych, nie mówiąc już o samej dyskografii Megadeth. Punkowa energia, wirtuozeria, a przy tym gniew wycedzony przez Dave’a Mustaine’a były czymś świeżym i ożywczym. Wiadomo, że cały gatunek składał się z podobnych wzorców, aczkolwiek w wydaniu grupy z Los Angeles nabrały one nowego światła. 

DNO

Wyobraźcie sobie, że funkcjonujecie jak Dave Mustaine i reszta muzyków zespołu w 1986 roku. Macie dwadzieścia kilka lat (lub jak gitarzysta, Chris Poland – dobijacie do trzydziestki), jesteście biedni jak myszy kościelne, uzależnieni od ciężkich narkotyków, a muzyka pozostaje waszą jedyną nadzieją na coś przyjemnego. Słowem: nie są to najlepsze warunki do pracy nad czymkolwiek. Ale rudowłosy ekscentryk zawsze napędzał się gniewem. Jeśli do powyższych rzeczy dodamy chęć zemszczenia się na Metallice i pokazania, że nie ma nikogo lepszego, „Peace Sells…” paradoksalnie musiało stać się wielkie. Dave balansował na krawędzi bezdomności i ciężkiego ubóstwa, więc wkładał wszystkie negatywne emocje w pisanie tych zawiłych, surowych numerów. Mimo tego, wytwórnia (Capitol Records) zapewniła zespołowi 25 tysięcy dolarów, więc przynajmniej nagrywanie przebiegało nie najgorzej. Wszyscy znamy ten wyświechtany frazes, że artysta głodny jest bardziej płodny, lecz historie z życia Mustaine’a w 1986 roku i tak mrożą krew w żyłach.

PROGRES

Mimo trybu życia sugerującego raczej wegetowanie niż cokolwiek innego Megadeth dokonało sporego postępu między debiutanckim „Killing Is My Business… and Business Is Good!” a „Peace Sells…”. To wielki osiąg, jeśli weźmiemy pod uwagę, że premiery obu krążków dzieli ledwie kilkanaście miesięcy! Wszystko, co nie do końca zagrało na materiale z 1985 roku (który, swoją drogą, uwielbiam), wybrzmiało w pełni mocy na jego następcy. Szalone jazzowe sola Chrisa Polanda świdrują tu w każdym numerze – od shredu w „Devils Island” aż do subtelnych partii w „Good Mourning/Black Friday”. Katorżniczą robotę wykonuje także Gar Samuelson, którego nieoczywiste akcenty na blachach i przejścia wychodzą daleko poza standardy typowo metalowego bębnienia z lat 80. Do tego mamy zawsze precyzyjnego Dave’a Ellefsona oraz Mustaine’a jakimś cudem łączącego i żulersko-punkowe niechlujstwo, i wysmakowane aranżacje muśnięte klasycznym heavy metalem. Posłuchajcie chociażby „The Conjuring”… Jakim cudem coś takiego nagrali kolesie, którzy bez iniekcji heroiny nie byli w stanie przeżyć poranka?!

PIERWSZE HITY

Jak już podkreśliłem, bardzo lubię „Killing Is My Bussiness…” – to jedna z najlepszych, najwścieklejszych, a przy tym najbardziej kreatywnych płyt Megadeth. Niestety wiąże się z nią wiele problemów, przez które nie przebiła się dalej. Jednym z nich jest brak przebojów. Nie w rozumieniu jakości utworów, lecz hooków czy zapamiętywalnych motywów przyciągających mniej wkręconego w thrash metal słuchacza. Na „Peace Sells…” nie dochodzi do powtórki z rozrywki. Linia basu w numerze tytułowym jest już absolutnym klasykiem, gotowym do zaintonowania przez każdego metalowca, ale w innych sekcjach krążka znajdziemy równie lśniące perełki. Wejście do „Wake Up Dead” oraz miarowy riff w połowie, desperacki refen w „The Conjuring”, piórkowana partia akustyczna w „My Last Words”… Sporo tego. Druga płyta Mustaine’a i spółki to ten moment, w którym imponujący warsztat oraz gniew w końcu poskutkowały songwritingiem z innego świata. 

1986

Na osi czasu znajdziemy wiele istotnych punktów dla thrash metalu, ale rok 1986 był najważniejszym z nich. Chodzi oczywiście o premierę trzech krążków, które nie tylko zmieniły bieg gatunku, ale metalu w ogóle. To dzięki nim gatunek w tej bardziej agresywnej i ekstremalnej formie zaczął zbliżać się do mainstreamu, co w tamtej epoce wydawało się niemożliwe. Chodzi oczywiście o „Master of Puppets” Metalliki, „Reign in Blood” Slayera” i właśnie „Peace Sells… But Who’s Buying?!”. Sam Mustaine rozumie to doskonale, bo tak wypowiadał się o płycie w czerwcowym numerze „Gitarzysty” z 2011 roku: Tak, to jedna z moich najlepszych płyt. Obok niej wymieniłbym jeszcze “Countdown To Extinction” i “Rust In Peace”, które mają już jednak inny charakter. Zresztą wszystkie moje płyty różnią się między sobą. Człowiek przez całe życie się rozwija i zmienia. Z czasem uczymy się akceptować rzeczy, które wcześniej nas irytowały.

Jak wiemy po czasie, „Peace Sells…” była dopiero początkiem owocnej, pełnej wzlotów i upadków kariery Megadeth. Niemniej gdyby thrashowcy z USA jako drugi album wydali np. „So Far, So Good… So What?!” (za którym również przepadam), ich dalsze losy prezentowałyby się dużo mniej spektakularnie. Obecnie grupa powoli zmierza ku zasłużonej emeryturze. Dopiero co nagrali pożegnalny eponimiczny album, a już w czerwcu zobaczymy ich na Mystic Festival. Drugiej takiej okazji nie będzie, pamiętajcie.

Łukasz Brzozowski

Bilety na Mystic Festival kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas