Converge – „Love is Not Enough”. Cień wielkiej góry

Dodano: 20.02.2026
Stało się. Kapłani inteligentnego hardcore punka znaleźli się w miejscu, w którym absolutnie niemożliwe jest wyważone zrecenzowanie ich materiału. Od pierwszych dźwięków człowiek zatraca się w uwielbieniu dla dokonań tego magicznego tworu z Salem, nie wiedząc, czy w istocie kocha rzecz samą w sobie, czy pewne o niej wyobrażenie.

Z jednej strony mamy kontekst, czyli historię zespołu, jego wcześniejsze dokonania i świadomość roli, jaką odegrał w muzyce ekstremalnej, a z drugiej „Love is Not Enough” jako skończoną całość, którą należałoby ocenić z czystą kartą, zapominając o wszystkim wokół. Problem w tym, że akurat w tym przypadku te dwa porządki trochę się nawzajem wodzą za nos, jakby pytania, czy jest to obiektywnie dobra płyta i czy mi się subiektywnie podoba, nie mogły funkcjonować oddzielnie. A to naprawdę złożony temat.

Converge wielkim zespołem jest. Bez dyskusji. Naprawdę ze świecą szukać w muzyce grup, które istnieją tak długo, nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu, wciąż poszukują, a przy tym są wierne swojemu młodzieńczemu etosowi. Dobry obraz przebytej przez nich drogi oddaje to, że wydanie najnowszej płyty dzieli od pierwszej próby taki przedział czasu, jaki dzielił pierwszą próbę od nagrania przez Elvisa Presleya debiutanckiego singla. Przez 36 lat naprawdę można się nauczyć posługiwać instrumentami. Jeśli dołoży się do tego talent i granie w niezmienionym składzie przez blisko ćwierćwiecze, mowa o skillu wręcz mistrzowskim. „Love is Not Enough” jest przede wszystkim materiałem perfekcyjnie zagranym. Każdy z czterech muzyków sprawnie uprawia tu swoje poletko, a styl, w jakim robi to chociażby Ben Koller – perkusista – zapiera dech w piersiach. Jak usłyszałem jego pierwsze przejście z tytułowego kawałka, to musiałem przetrzeć uszy ze zdumienia…

Poza tym „Love is Not Enough” perfekcyjnie napisano. Każdy z dźwięków logicznie wynika z poprzedniego, numery wolniejsze i gitarowo-ambientowe interludium – „Beyond Repair” – są dokładnie tam, gdzie ich miejsce, zwolnienia zgniatają głowę. „Skąd oni wiedzieli, czego chcemy słuchać?!” – chciałoby się zapytać. Jakby tego było mało, ostatnie dzieło Converge, ma historyczną misję. O ile cztery poprzednie materiały uległy pewnej mastodonizacji stylu, a niekiedy post-metalowemu zaczadzeniu, czego nie lubiłem, o tyle „Love is Not Enough” możemy uznać za powrót do klasycznego brzmienia. Bliżej temu materiałowi do złotej trójki, czyli „Jane Doe”, „You Fail Me” i „No Heroes”, a wpływ flanelowej koszuli został znacząco ograniczony. Converge znowu zapierdala, unika łatwych melodii, czego najlepszym przykładem są takie kawałki jak „Distract and Divide” i „To Feel Something”. Motorem napędowym na powrót stał się hardcore oraz grindcore, a eksperymenty stanowią dopełnienie. 

Całość zamyka się w 31 minutach, co też działa na korzyść odbioru, no bo kto to pomyślał, żeby robić płyty trwające godzinę („Bloodmoon: I”). Nawet metal jest tu takim pełnokrwistym metalem. Dostajemy podwójną stopę, trochę Slayerka i palm muting. „Force Meets” Presence momentami nawet speed metaluje, a „Bad Faith” pachnie Entombed z „Wolverine Blues”, choć w bardziej hardcore’owej odsłonie. Teksty mają ten fajny klimat notek spisanych na serwetce w przydrożnym barze, a spod ogromnych pokładów desperacji i smutku w nich zawartych, niekiedy przebija iskierka nadziei. „Be your own light when there is none” – jak głosi przesłanie kawałka „Amon Amok”. Converge w 2026 przypomina trochę takiego piłkarza, który jest grubo po trzydziestce, ale cały czas chce coś udowodnić. Podczas gdy wszyscy patrzą na niego pobłażliwym okiem, bo najlepsze lata ma za sobą i w każdym momencie może zejść z boiska na noszach, on przypierdala taką bramę, że trybuny wyskakują z koszulek.  Po prostu jest bosko, nie ma się do czego przyczepić, najlepsza płyta od dawna.

Ale to jedna strona medalu. Wszystko, co mogliście przeczytać powyżej, uznajcie za efekt połknięcia niebieskiej pigułki z „Matrixa”. Teraz pora na pigułkę czerwoną. Converge pomimo tego, że wielkim zespołem jest, ma od roku 2001 pewien poważny problem. Otóż pada na nich cień wielkiej góry, a górą jest „Jane Doe”. Ten album był tak wybitny, tak przełomowy, że wszystko, co wydarzyło się później, z automatu widzi się przez jego pryzmat. Choć każdy zespół ma w karierze tylko jedno „Stairway to Heaven”, chciałoby się móc chociaż raz jeszcze poczuć tak jak wtedy, gdy owa płyta z twarzą kobiety na okładce ujrzała światło dzienne. Goście z Converge osiągnęli swój artystyczny peak, decydując się na radykalizację muzyki i nie pozostało to bez znaczenia. „Jane Doe” było bardziej surowe, nieokiełznane i punkowe niż rzeczy, które tworzyli wcześniej. „Jane Doe” było zajebiście prymitywne. Tego prymitywizmu, radykalizmu, tego anarchicznego podejścia do dźwięków, najbardziej brakuje na „Love is Not Enough”. Mamy tu do czynienia z dziełem umysłu w 100% racjonalnego – takiego, który wie, jak poukładać poszczególne elementy układanki, żeby było dobrze. Ma to swoje zalety, ale też i wady, bo muziarz lubi, jak czasem ktoś zakradnie się od tyłu i z zaskoczenia ściągnie mu gacie. Paradoksalnie, kiedy wszystko jest na swoim miejscu, aż się prosi, żeby coś nie było. Żeby muzyka nie była jedynie racjonalna i wykalkulowana, ale szalona i uwolniona. Tak jak ostatnie 15 sekund wspomnianego już „Distract and Divide”.

„Love is Not Enough” jest naprawdę świetną rzeczą, bo Converge z definicji robi świetne rzeczy. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby spod ich ręki wyszło jakieś totalne gówno. Mam jednak poczucie, że jesteśmy już tak przyzwyczajeni do wysokich standardów tej wizji hardcore’a, że wystarcza nam ślizganie się po jej powierzchni. Nie wiem, czy to pierwsze pozytywne wrażenia, które album wywołał, będzie na tyle silne, żeby mnie przy sobie zatrzymać. Czuję po prostu, że za tydzień już mnie tu nie będzie, bo będę z „Jane Doe”.

Igor Grudziński

(Deathwish, 2026)

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas