„Jesteśmy nienasyceni”. Wywiad z Sunnatą

Dodano: 27.02.2026
Wpycha się ich do szufladek od stoneru do post-metalu, ale uważają, że do żadnej nie pasują. Sunnata i ich rytualne transowe kolosy zabłysną w ramach obu koncertów przed Villagers of Ioannina City. Z tej okazji rozmawiamy z perkusistą grupy, Robertem Ruszczykiem.

Czy twoje ulubione zespoły wiele łączy?

To ciekawa kwestia – wbrew pozorom nie taka prosta, aby odpowiedzieć z bomby. Wiadomo, że ta topka nie jest stała i często się u mnie zmienia. Dziś wymieniłbym ci kilka ulubionych kapel, ale gdybyś zapytał mnie o to kilka miesięcy później, najpewniej podałbym już kompletnie inne nazwy.

Czyli nie masz w swoim rankingu rzeczy nie do tknięcia?

Nie mam. Ale wracając do istoty pytania: jeśli myślę o swoich ulubionych wykonawcach na ten moment, dochodzę do wniosku, że nie za wiele ich łączy. Zdecydowanie mnóstwo rzeczy ich dzieli.

Po prostu ciekawi mnie to, czy twoi faworyci są spójni raczej gatunkowo czy nastrojowo.

Zdecydowanie nastrojowo. W moim wypadku atmosfera jest najważniejsza. Gdy się nad tym teraz zastanawiam, dochodzę do wniosku, że jeśli już miałbym wskazać punkty wspólne, łączące moich ulubionych artystów, postawiłbym na podejście do kreowania klimatu. Nie jestem gatunkowym purystą. Słucham po trochu wszystkiego, z niczym się nie ograniczam.

Pytam o tę kwestię w związku z Sunnatą. Kiedy nastał w waszej karierze moment, gdy doszło do was, że jesteście jednorodnym bytem, a nie częścią jakiejś sceny?

Myślę, że były dwa takie momenty. Pierwszym było wydanie debiutanckiej EP-ki – jeszcze pod nazwą Satelite Beaver, gdzie i tak graliśmy w bardzo zbliżonym składzie do Sunnaty. Wtedy zaczęły pojawiać się zapowiedzi tego, co nadeszło potem. Włączyliśmy do muzyki echa mroku czy niespotykanego klimatu, które później w znaczącym stopniu rozwinęliśmy, mimo że „The Last Bow” to w dużej mierze słoneczny i bardzo brudny stoner. Drugim momentem była trzecia płyta Sunnaty, czyli „Outlands”. Na tamtym etapie odnaleźliśmy swój styl i coraz śmielej eksperymentowaliśmy z transową naturą kompozycji. Wypracowaliśmy repetytywne, hipnotyzujące lub – jak to mówią niektórzy – rytualne brzmienie. Odeszliśmy od kierunku, w którym szliśmy wcześniej.

Zmiana, którą przeszliście od „The Last Bow” do „Outlands”, była stopniowa. Wiedziałeś, że tak to się skończy?

Nie wiedziałem. Albo inaczej – można było wyczuć, że tak to się skończy, ale nie myślałem o tym do przesady, pozostali członkowie zespołu chyba też. Sunnata jest o tyle specyficznym bytem, że ciągle tworzymy i nie zatrzymujemy się, nie robimy przerw od komponowania. Gdy kończymy jedną płytę, zaczynamy pracować nad następną. Tak naprawdę dopiero pod koniec pisania utworów widzimy, jaki będzie ich ostateczny kształt, ponieważ niczego nie planujemy. Wszystko rozgrywa się tu i teraz. Te rzeczy wychodzą u nas organicznie.

Brzmi trochę męcząco.

Czasami bywa męcząco, ale warto to robić – efekty są bardzo zadowalające. U nas każdy nowy pomysł służy stymulacji, by wyskoczyć z jeszcze czymś innym. Najpierw mamy wielką magmę, a potem wychodzą z niej dopracowane, wycyzelowane rzeczy. Słowem: nie nadajemy naszej muzyce konkretnych cech na początku etapu twórczego, tylko dopiero pod koniec. Wiadomo, że przy tworzeniu różnych płyt rządzą nami różne emocje, i to również manifestuje się w konkretnych kawałkach.

No jasne, ale gdy słuchasz Sunnaty, od razu wiesz, z jakim zespołem masz do czynienia, więc jednak macie pewne cechy charakterystyczne.

Na pewno nie uciekniemy od charakterystycznych składowych naszego brzmienia, bo zupełnie nie czujemy takiej potrzeby. Dobrze nam z tym, co mamy. Mocno wyróżniające się wokale czy sekcja rytmiczna „sterująca” zespołem są takimi właśnie elementami, które usłyszysz na każdej płycie Sunnaty. Gdyby nie te składniki, najpewniej uleciałaby nam część osobowości, że tak się wyrażę.

Nie pozwalacie sobie na wyjątki?

Pozwalamy. Jednym z nich jest materiał, nad którym właśnie pracujemy. To połowicznie akustyczna płyta. Wpadliśmy na pomysł jej zrobienia już lata temu, ale zawsze odkładaliśmy go na później, więc teraz postanowiliśmy pójść w tym kierunku i nie szukać wymówek, by zająć się czymś innym. Chcemy zobaczyć, jak zrobić z Sunnaty coś innego, stworzyć nową jakość. Najpewniej będzie to wyłącznie jednorazowy skok w bok, lecz możliwość jego wykonania niesamowicie nas rajcuje.

Opowiedz coś więcej o tej płycie.

Będzie to materiał z premierowymi kompozycjami, ale także już nagranymi numerami, które przerobimy na nowo. Bez przesterów, bez hałasu… Zamiast ceremonii stawiamy na – z braku lepszego słowa – folklor. Chcieliśmy trochę przearanżować typowe dla nas rzeczy i wręcz pozbyć się elementów, które konstytuują Sunnatę. Sam jestem ciekawy, co z tego wyjdzie, bo nigdy wcześniej nie robiliśmy czegoś takiego.

W przypadku zespołów metalowych czy rockowych materiały akustyczne to po prostu granie w podobnym stylu co zawsze, tylko że na gitarach akustycznych. Co robicie, by uciec od tego stereotypu?

Przede wszystkim próbujemy nadać starym piosenkom nowe życie, a nowe stworzyć w inny sposób. Gdybyśmy mieli tylko zdjąć przester z gitar i nie zmieniać nic poza tym, ta płyta byłaby gotowa w dwa wieczory, a chyba nie do końca o to chodzi. (śmiech) Gdy zaczęliśmy kombinować w tym kierunku, uznaliśmy, że nie możemy jechać na bazie schematów. Musi być w tym coś na zasadzie nowego otwarcia, nawet jeśli – jak wspomniałem – okaże się wyłącznie jednorazowe. Część z numerów, które nagraliśmy na nowo, brzmi kompletnie inaczej od pierwowzorów. Mówiąc to, mam na myśli, że na pewno nie poznałbyś, że chodzi o tę samą piosenkę, ponieważ wszystko zostało zrekonstruowane. Czas pokaże. Materiał powinien ukazać się jeszcze w tym roku, więc zachęcam, by go nie ominąć, gdy już ujrzy światło dzienne.

Co jest najtrudniejsze w tworzeniu takiej płyty?

Bycie nagim – oczywiście w metaforycznym sensie. Gdy ściągasz z siebie ten przester i ciężar, wszystko staje się dużo intymniejsze, a przy tym trudniejsze. Grając taki metal, jaki gramy, zbudowaliśmy sobie ścianę, przy pomocy której przebijamy się przez ludzi. Teraz tej ściany nie ma. Jesteśmy wyłącznie my i nie mamy za czym się schować.

Trudno było się do tego przyzwyczaić?

Dość trudno. Początkowo musieliśmy przełamać wewnętrzny opór związany z tym, że to nowa sytuacja i nie wiedzieliśmy, jak ją ugryźć.

Wstydziliście się czegoś?

To chyba nie jest odpowiednie słowo. Po prostu nie wiedzieliśmy, w jaki sposób się uzewnętrznić, mając na stanie zupełnie inne środki wyrazu niż zazwyczaj.

Chodzi wyłącznie o obcowanie z czymś nowym czy może baliście się, że wasze piosenki nie brzmią odpowiednio w akustycznym anturażu?

Nie, chodzi wyłącznie o coś nowego. Musieliśmy wyciągnąć z tych piosenek inne rzeczy, co trochę nam zajęło, ale gdy już się nam to udało, byliśmy zadowoleni z efektów. Jednym z kawałków, które wzięliśmy na tapet, jest nasz koncertowy banger, czyli „Orcan”. To bardzo ciężki, bardzo bujający utwór. Z kolei w nowej wersji to jedna z najdelikatniejszych i najsubtelniejszych piosenek, jakie kiedykolwiek przygotowaliśmy. Wywracamy wszystko (lub prawie wszystko), bawimy się tym i obserwujemy efekty. Nikt nas nie goni, więc mamy dużo czasu na nanoszenie ewentualnych poprawek lub innych rzeczy. Główna trudność procesu wynika z naturalnego wzrostu emocjonalności towarzyszącej takim dźwiękom.

Nie lubicie szufladek, ale obaj wiemy, że od zawsze przylepia się wam łatkę z trójkąta stoner/sludge/doom. To duża przeszkoda?

Żadna. Jeśli komuś to przeszkadza, to co najwyżej osobom przywiązanym do gatunkowości. My do nich nie należymy, większość naszych słuchaczy podobnie. Zawsze kładziemy największy nacisk na atmosferę, a rzeczy, które do niej prowadzą, są efektem miksu bardzo różnych nurtów, nierzadko od siebie odległych. Trudno jest to jednoznacznie zdefiniować. Nie jesteśmy dobrym przykładem reprezentantów scen z przecięcia stoneru, sludge’u czy post-metalu.

Wasza ostatnia długogrająca płyta nosi tytuł „Chasing Shadows” – udało się wam je złapać?

Czas pokazał, że wraz z odejściem Michała (Dobrzańskiego, basisty – red.) zamknęliśmy pewien rozdział w historii Sunnaty, którego był on ważną częścią. Pod tym względem zdecydowanie udało nam się złapać część cieni, ale w ich miejsce wskoczyły nowe. Jesteśmy bardzo nienasyconym zespołem, ciągle czujemy głód. Jeśli kiedyś nam go zabraknie, najpewniej przestaniemy grać.

Łukasz Brzozowski

zdj. The Buried Herald

Bilety na koncert Sunnaty u boku Villagers of Ioannina City kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas