Początki i Lewiatan
Choć dziś Mastodon nie nagrywa już albumów, które mogą fascynować, poszedł raczej w stronę rockowego grania w stylu Queens of the Stone Age, w pierwszej dekadzie XXI wieku stworzył płyty, które pokazują, z jak nieszablonową grupą mieliśmy wtedy do czynienia.
Z jednej strony dwie EP-ki – „Slick Leg” i „Lifesblood” – pokazały, że w metalu można zagrać coś jeszcze świeżego. Debiut, „Remission”, lekko zawiódł, ale wszystko zrekompensowała „dwójka” – „Leviathan”. Zachwyciła songwritingiem, brzmieniem, oprawą graficzną i specyficzną, trudną do podrobienia atmosferą. I dodatkowy plus za promowanie literatury w społeczności metalowej (ciekawe, ilu wielbicieli grupy nieświadomie sięgnęło nie po powieść Hermana Melville’a, a traktat Thomasa Hobbesa).
Co nagrać po „Lewiatanie”? Można było pójść na łatwiznę: napisać koncept album o „Starym człowieku i morzu”, lekko uprościć struktury utworów, by jeszcze bardziej przypominały piosenki. No i pojechać w trasę z Metalliką.
Krwawa wspinaczka
Można było, ale muzycy Mastodona jeszcze na tym etapie chcieli pozostać eksperymentatorami. Nagrali koncept album, który jest… dziwny. Chaotyczny, niespójny stylistycznie, sugerujący nawet pogubienie twórców, a przy tym… wspaniały.
Czy to jednak nie kolejny album z cyklu „jaka piękna katastrofa”? Nie. Choć dominują tu abstrakcja, zabawy dźwiękami i, no właśnie, chaos, całość brzmi przy tym wszystkim… spójnie. Jakiś niesprecyzowany pierwiastek spaja to wszystko i sprawia, że podróż na tytułową górę jest fascynującą wspinaczką.
Rozpoczynający całość „The Wolf is Loose” miał być chyba w zamyśle nowym „Blood and Thunder”. Muzycznie jest nawet ciekawszy i trudno pojąć, dlaczego nie stał się takim szlagierem jak swój pierwowzór. „Crystal Skull” i „Sleeping Giant” tylko podkreślają to, co można było już usłyszeć na „Leviathan” – Mastodon miał w tym momencie swojej kariery umiejętność pisania hitów i robienia tego na własnych zasadach.
Już jednak „Capillarian Crest”, „Circle of Cysquatch” i przede wszystkim „Bladecatcher” pokazują zespół od zupełnie innej strony: szalonej, bliższej momentami Dillinger Escape Plan. W tym ostatnim numerze słychać wręcz ciągotki do improwizacji.
I teraz najlepsze: to wszystko przecina „Colony of Birchmen”, przebój, który w tamtym okresie powinien znaleźć się na płycie Queens of the Stone Age, zapowiadający to, co Mastodon zaczął grać kilka lat później.
Już te krótkie streszczenie pierwszej połowy „Blood…” pokazuje z jakim wydawnictwem mamy do czynienia i czym wtedy była grupa: pełna kreatywnych pomysłów i nie przejmująca się barierami w komponowaniu utworów. Pozostaje żałować, że z czasem stała się po prostu nudnym producentem nierzadko mdłych piosenek.