Jakie są różnice między powermetalową Ameryką i Europą? Przede wszystkim: podejście do gatunku za oceanem było mniej ekwilibrystyczne. Tamtejsza definicja nurtu zasadzała się na graniu między heavy i thrashem (lecz dopalonymi dodatkową dawką patosu), przy czym w Europie do pakietu dochodziły klawisze, orkiestracje czy patetyczne zagrywki przekraczające wszelkie granice przyzwoitości. Złote materiały Metal Church dowodzą – przynajmniej moim zdaniem – o wyższości jankeskiego podejścia w porównaniu z tym, co wymyślono na Starym Kontynencie.
TA NAJWAŻNIEJSZA: „Metal Church” (Ground Zero)
W tle ruiny, na pierwszym planie gitara w formie krzyża obwieszona glonami… Okładka eponimicznego debiutu Metal Church przyciąga równie mocno jak muzyka. A ta brzmi świetnie, ponieważ grupa spędziła sporo czasu, przygotowując się i spinając, aby wszystko było na tip-top. W latach 1981-1984 załoga z San Francisco wydała pięć demówek i zagrała szereg koncertów. Słowem: byli uzbrojeni po same zęby. Efektem okazał się album pionierski dla amerykańskiego power metalu, a przede wszystkim wypełniony świetnymi evergreenami. Tu gra wszystko. Otwierający „Beyond the Black” wprowadza w scenerię ze wspomnianej okładki delikatnym, z wolna narastającym intro, by później przejść w masywny stukot, w którym przeplatają się i majestat heavy metalu, i żarliwość thrashu. Zbudowany na sprincie oraz rozczulającej (powracającej co jakiś czas) melodii gitary instrumental „Merciless Onslaught” to niespełna trzyminutowa symfonia dla każdego moshera. Takich riffów nie da się zajechać! Do tego mamy też „In the Blood”, czyli hard rocka poddanego terapii amfetaminowej, i strzał na koniec w postaci coveru „Highway Star” Deep Purple. Zero skazy.
TA RÓWNIE DOBRA: „The Dark” (Elektra)
Po premierze pierwszego albumu szum dookoła Metal Church był ogromny. Album rozszedł się w 70 tysiącach egzemplarzy, więc zespołem szybko zainteresowali się fonograficzni giganci, którzy chcieli wyrwać go ze szponów DIY-owej Ground Zero. Szczęściarzami byli Elektra, którzy – według miejskich legend – zgłosili się do grupy za namową Larsa Ulricha oraz Jamesa Hetfielda. Filary Metalliki zapewniały włodarzy wytwórni, że jeśli oni nie przejmą Metal Church, zrobi to ktoś inny. Biorąc pod uwagę sukces „The Dark”, spokojnie można uznać, że wszyscy dobrze wyszli na tej decyzji. Krążek zadebiutował na 92. lokacie listy Billboard 200, a „Watch the Children Pray” zasuwało w ramówce MTV. Nic dziwnego, bo album jest niezawodny. Słychać, że Amerykanie z pozycji powermetalowych przesunęli się mocniej w kierunku thrashu, lecz nie stracili zmysłu melodii i przebojowości. Na przykład „Method to Your Madness” to granie na wysokich obrotach, lecz bogate w fantazyjność tradycyjnego heavy metalu. Wzmiankowane „Watch the Children Pray” uderza ciężarem, majestatem i balladową ckliwością. Szukacie jazdy bez hamulca na d-beacie? Z pomocą przychodzi „Psycho”. Wielu uznaje „The Dark” za najwybitniejsze dzieło kapeli. Jest to zupełnie zrozumiałe.
TA NAJNOWSZA: „Dead to Rights” (Rat Pak)
Skład na tegorocznej płycie Metal Church to konkretny cymesik. Z jednej strony mamy zespołowe filary w postaci niezmordowanego Kurdta Vanderhoofa oraz Ricka Van Zandta. Z drugiej Dave’a Ellefsona, którego wszyscy znamy Megadeth, oraz Kena K Mary’ego mającego na koncie staż w zespole Alice’a Coopera, Accept i Flotsam & Jetsam. Na finisz dochodzi nowy wokalista, Brian Allen, z głosem jak dzwon. Ta ekipa stworzyła jeden z lepszych świeżych materiałów dla fanów klasycznego metalu bez udziwnień, eksperymentów i pogoni za nowościami. „Dead to Rights” to żywotna propozycja wpisująca się w krajobraz amerykańskiego power metalu z lat 80. Są tu wątki bliskie heavymetalowym klasykom, a są też bardziej intensywne sekcje. Od wejścia dostajemy kopa w twarz za sprawą wybitnie thrashowego „Brainwash Game”. Niesiony średnim tempem utwór tytułowy nada się do miarowego machania piąchą na żywo, a „No Memory” wprawi w nagłą melancholię metali stęsknionych za latami 80. Takie piosenki nagrane z ponad czterema dekadami działalności na karku to duża rzecz.
Nie tylko na płytach (także tych nowszych) Metal Church utrzymują dobrą formę. Równie skutecznie radzą sobie na żywo, a że koncertują całkiem intensywnie, to są naoliwieni jak solidna maszyna. Tak się składa, że już za dziewięć dni klasycy z San Francisco wystąpią u boku Testament i Armored Saint w krakowskim Studio. Do kupna zostały dosłownie ostatnie bilety, więc łapcie je, byście nie przegapili okazji!
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu