Adwokat diabła: Megadeth – „Youthanasia”

Dodano: 19.03.2025
W tym cyklu przyjrzałem się już „St. Anger” Metalliki, czas na jakąś kontrowersyjną płytę Megadeth. Sięgam na półkę z CD i wybieram… „Youthanasia”.

W porządku, wiem, że Megadeth nagrało albumy o wiele bardziej kontrowersyjne. Na nie przyjdzie jednak czas. „Youthanasia” to moim zdaniem najbardziej niedoceniane wydawnictwo grupy. Dlaczego?

Od gigantów thrashu do gwiazd rocka

Z Megadeth jest trochę podobnie jak z Metalliką: Dave Mustaine i stale niemal zmieniający się obok niego muzycy zmienili oblicze metalu. Thrash w wykonaniu twórców „Master of Puppets” to poniekąd muzyka środka, a u takiego Slayera – ekstrema podgatunku i krok od death metalu. Megadeth wprowadził zaś do nurtu szalony poziom techniczny, momentami wręcz jazz. I może w tym tkwi częściowo problem, jaki część fanów ma z krążkami grupy z lat 90.

No, bo w końcu, jak zestawimy takie „Rust in Peace”, czy „Peace Sells… but Who’s Buying?” z „Countdown to Extinction”? Agresywne i chropowate brzmienie złagodzono, wściekłe wrzaski Mustaine’a przeszły w melodyjny wokal. O ile „Holy Wars… The Punishment Due” mogło być hitem, ale tylko w środowisku rasowych metalowców w ramoneskach, obcisłych jeansach i białych trampkach, o tyle „Symphony of Destruction” mogło się podobać nawet fanom Nirvany.

„Countdown…” dla wielu już było krokiem za daleko, niepotrzebną próbą rywalizacji o tych samych konsumentów, którzy kupili „Black Album” Metalliki. Ale „Youthanasia”, wydana dzień po Halloween w 1994 r., musiała już na poważnie przerazić thrasherów! Dlaczego?

Świetny album heavymetalowy

W przypadku „St. Anger” trudno komukolwiek zarzucić próbę komercjalizacji, lecz szósty długograj Megadeth jest o niebo bardziej przystępny niż cokolwiek, co Dave Mustaine nagrał wcześniej! Pytanie, czy to źle? I to na nie postaramy się w tym tekście odpowiedzieć.

Sam początek płyty to ciężki i wpadający w ucho riff z „Reckoning Day”, który powinien być przez rockowych songwriterów analizowany pod kątem tego, jak rozwijać piosenkę. Efekt wzmacniają mocne bębny Nicka Menzy i wreszcie wokal Mustaine’a, który chyba właśnie na „Youthanasia” osiągnął szczyt swoich możliwości. Od razu dostajemy więc hit. Potem w kolejce mamy singlowy „Train of Consequences”. Właściwie wypadałoby pochwalić go za te same elementy co otwieracz, ale z tą różnicą, że tym razem dostajemy riff już nie tylko zapadający w pamięć, ale też idealnie służący do pracy nad rytmiką gitarzysty.

Dalej zespół serwuje „Addicted to Chaos”, dziwnie pomijaną w setlistach perełkę tego składu Megadeth. Jeżeli miałbym polecić tylko jeden utwór z „Youthanasia”, byłby to właśnie ten numer! Tu ponownie całość jest oparta na tym samym schemacie: wspaniały riff i nośny refren, wszystko przetykane „hollywoodzkimi” solówkami.

Największym przebojem z płyty jest oczywiście ballada „A Tout Le Monde”, brzmiąca trochę jak „Nothing Else Matters” na sterydach. Ponowna próba rywalizacji Mustaine’a z dawnymi kolegami?

Chyba niekoniecznie, bo mniej więcej w tym okresie Metallica komponowała muzykę na rockowego „Loada”, a Megadeth zrzucało na fanów kolejne kaskady heavymetalowych riffów z „Elysian Fields”, „The Killing Road”, „Blood of Heroes”, przejmującego „Family Tree” (TEKST! i drugi najlepszy refren po „Addicted…” na płycie!) czy wreszcie kawałka tytułowego. Po drodze mamy kolejne niesłusznie zapomniane przez grupę „I Thought I Knew It All” – wraz z „Addicted…” i „Family Tree” stanowią trójkę najlepszych utworów z tego albumu. I tym bardziej nie rozumiem, skąd taka niechęć do grania ich na żywo!

„Youthanasia” wieńczą niestety dwa najsłabsze nagrania. Co ciekawe, oba brzmią tak, jakby zostały stworzone z myślą o bardziej konserwatywnych fanach zespołu. Szczególnie „Victory” to taka próba pokazania, “hej, jesteśmy Megadeth i potrafimy grać szybko”. Właśnie tu dochodzimy do sedna: zespół ewidentnie nie miał na tym etapie kariery weny, a może i chęci do grania thrashu. I trudno się dziwić, skoro swoją karierę zbudował na eksplorowaniu tego dość wąskiego gatunku.

Walka o kolejne miliony dolarów?

Czy więc „Youthanasia” to przykład sprzedania się i pisania piosenek pod nową publikę? Tak jak zawsze w takich przypadkach, nie wiemy, co działo się wtedy w głowach muzyków. Możliwe, że postanowili powalczyć o kolejny segment rynku, ale cóż z tego, skoro efekt w postaci muzyki okazał się wyśmienity! Może pewnym problemem jest tutaj to, że kompozycje Mustaine’a to tym razem piosenki: mamy tu typowy schemat zwrotka-refren. W przeszłości pozwalał sobie na większe eksperymenty i bardziej progresywne formy. Niemal wszystkie utwory na tym albumie pokazują jednak, jaki talent miał wtedy do pisania melodii. I naprawdę aż dziwne, że grupa nie osiągnęła większego sukcesu komercyjnego. Może zabrakło frontmana z bardziej przystępnym wokalem?

„Youthanasia” to jedna z najbardziej niedocenionych płyt w dyskografii Megadeth, a może nawet szerzej: w historii heavy metalu. Jak już parę razy wspomniałem, sami muzycy bardzo rzadko sięgają po utwory z niej w czasie swoich koncertów. Pomijając oczywiście przypominane do znudzenia „A Tout…”.  Z pewnością nie obraziłbym się na Mustaine’a, gdyby ten powtórzył pomysł Iron Maiden i wyruszył z obecnym składem w trasę przypominającą te mniej klasyczne albumy zespołu.

Jacek Walewski

„Youthanasię” kupicie TUTAJ

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas