Blackwater Holylight – „Not Here Not Gone”. Wreszcie na swoim

Dodano: 02.02.2026
Muzyka z ich wcześniejszych płyt była niezręcznym szpagatem – trochę, jakby chciały grać stoner metal, a trochę, jakby nie chciały. Na „Not Here Not Gone” wreszcie odnalazły siebie.

Zawsze miałem pewien problem z tym zespołem. Na papierze bardzo mi się podobał, ale w praktyce czegoś brakowało. Od strony formalnej wszystko się zgadzało. Blackwater Holylight to bliskie krewne składów rzędu True Widow, Nothing czy nawet Holy Fawn – chodziło więc o wymieszanie muzyki z okolic stoner metalu z shoegaze’em i innymi, podobnie eterycznymi środkami wyrazu. Ale o ile wymienione wyżej składy spinały to w świetny songwriting, o tyle bohaterki tej recenzji nie miały zapamiętywalnych piosenek. Każda z trzech poprzednich płyt formacji z Portland brzmiała tak, że trudno było się do czegokolwiek przyczepić, ale jeszcze trudniej coś z nich wynieść. „Not Here Not Gone” nie jest w żadnym wypadku stylistyczną zmianą nie do poznania, ale raczej rzeczą, którą załoga próbowała nagrać przez całą karierę i w końcu się to udało.

Przede wszystkim: tegoroczny krążek Amerykanek jest bardzo sprawnym zblendowaniem wszystkich aspiracji i inspiracji, które kotłują się w ich muzyce od samego początku. To już nie losowe zlepki z gatunku „trochę tego i tamtego”, tylko pełnoprawna bestia poruszająca się o własnych siłach. Utwory brzmią wielowymiarowo, a przy tym spójnie. Dzięki stylistycznej otwartości wszystkie są sumą kilku dobrze skomponowanych składników. Z jednej strony jest oczywiście stonerowy fuzz determinujący charakter muzyki, z drugiej stanowiąca kontrapunkt shoegaze’owa mgiełka, a do tego dochodzi nawet odrobina psychodelicznego lotu na drugim planie. Jak widać, zmieniło się niewiele, ale w końcu narzędzia zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem. Uwielbiam ten bujający riff przewijający się przez „Bodies”. „Heavy, Why?” świetnie sprawdza się jako postmetalowy kolos i najbardziej epicki utwór na płycie. „Void to Be” to świetne nawiązanie do wzorców indierockowych, a „Poppyfields” zaskakuje całkiem niegłupim użyciem wpływów blackmetalowych. Każdy utwór jest inny, każdy dobry. 

„Not Here Not Gone” to pierwsza w pełni udana płyta Blackwater Holylight. Te przeboje rozkochają w sobie zarówno fanów stonerowych standardów, jak i tych słuchaczy, którym serce bije mocniej do alternatywnego rocka z lat 90. Słowem: wszyscy zadowoleni. Świetna rzecz.

Łukasz Brzozowski

(Suicide Squeeze, 2026)

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas