„Być dla siebie łaskawszym”. Wywiad z Karnivool

Dodano: 06.03.2026
Pierwsza po trzynastoletniej przerwie płyta Karnivool została przyjęta bardzo ciepło i wylądowała na szczycie list przebojów w Australii. Czy w związku z tym gitarzysta, Drew Goddard, jest szczęśliwy i czy wszystko przychodzi mu z łatwością? Dowiecie się z rozmowy.

Jak to jest wrócić z nową płytą po 13 latach?

Pewnie nie powiem nic zaskakującego, ale tworzenie „In Verses” było dla nas sporym wyzwaniem. Mimo wszystko nie jest tak, że przez tych 13 lat zespół wyłącznie wegetował. Ciągle pracowaliśmy nad nowymi numerami, spotykaliśmy się i nie odpuszczaliśmy z niczym. 

Dlaczego to zajęło aż tyle czasu?

Zaliczyliśmy po drodze sporo przerw. Jak może się domyślasz, nie utrzymujemy się z Karnivool. Zajmujemy się innymi rzeczami, każdy z nas ma zwyczajną, pełnoetatową pracę… Przecież skądś trzeba te pieniądze brać, prawda? Obecnie w zespole gra aż trzech ojców, więc domyślasz się, ilu wyrzeczeń i kombinowania z czasem to wymaga. Ponadto nie mieszkamy w jednym mieście, tylko jesteśmy rozsiani po całej Australii – takie położenie również nie ułatwia dopinania spraw natury organizacyjnej. Co ciekawe, duża część materiału powstała dawno temu, mniej więcej między 2013 a 2017 rokiem. Spędziliśmy mnóstwo czasu na dopieszczaniu go, ogarnianiu detali i innych takich nudach. Jednocześnie z niczym się nie spieszyliśmy, działaliśmy w swoim tempie. Do tego mierzyliśmy się z własnymi problemami, chociażby psychicznymi. To słychać na płycie. 

Skoro tak, to jaki rodzaj emocji dominuje na „In Verses”?

Różne – i dobre, i złe. Generalnie takie rzeczy są u nas wyczuwalne nawet bez zgłębiania warstwy lirycznej. Chyba po prostu lubię pewne interwały lub rozwiązania akordowe, które naturalnie kojarzą się z czymś smutnym. 

„Dobre i złe” to ogólniki – rozwiniesz?

W dużej mierze chodzi o poczucie winy i wywołany tym wstyd. Dobre to z kolei wnioski wyciągnięte z nieprzyjemnych doświadczeń połączone z próbą przeskoczenia tego, o czym powiedziałem zdanie wcześniej. Określiłbym „In Verses” jako materiał będący odwzorowaniem kogoś, kto przeżywa atak paniki w środku zatłoczonego miasta, ale mimo wszystko daje sobie z nim radę. Myślę, że kawałki pokroju „Conversations” dobrze oddają charakter całości – czyli stres związany z nadmiernym kminieniem o rzeczach i deprecjonowaniem siebie. Każdy czasami czuje żal bez większego powodu, zastanawiając się, czy dobrze zrobił, czy wybrał właściwą ścieżkę życia… Przeżywałem takie stany przez zdecydowanie długi okres. To nic fajnego. 

Wydanie albumu pomogło?

Bardzo. Towarzyszyła temu ulga i wręcz katartyczny stan, a wszelkie troski ustąpiły z minuty na minutę – przynajmniej na chwilę. 

To ciekawe, że zastanawiasz się, czy wybrałeś właściwą życiową ścieżkę, bo przecież Karnivool uratował życie niejednego słuchacza, a w Australii jesteście prawie gwiazdami rocka.

Niezły paradoks, co nie? Czasami nawet największe sukcesy zostają przyćmione przez intruzywne myśli, z którymi cały czas się boksujesz. Oczywiście nie żałuję niczego, co zrobiłem w kontekście zespołu, ponieważ to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mnie kiedykolwiek spotkały. 

Jak odganiać intruzywne myśli?

Pomijając pomoc specjalistyczną, jeśli takiej się potrzebuje, wystarczy być dla siebie łaskawszym, nie orać się o byle pierdołę. Coś idzie ci dobrze? Podtrzymuj ten stan jak najdłużej, nie wpadaj w ciąg myśli, które cię z tego wytrącają. Powiedziałbym też, że sama Australia ma wpływ na moje piosenki. To przepiękny, pokojowy, słoneczny kraj – cieszę się, że jestem takim szczęściarzem i mogę w nim mieszkać. Gdy ludzie pytają mnie, dlaczego muzyka Karnivool jest mroczna, podaję właśnie swoją ojczyznę jako jeden z powodów. Coś w środku każe mi stawać w poprzek. Poszukuję światełka w tunelu, przedzierając się przez ciemność. To chyba zawsze tak wygląda. 

Fani docenią tę otwartość. 

Pewnie tak, ale chciałbym jeszcze wrócić do przytoczonego przez ciebie tematu Karnivool będącego gwiazdami rocka – zupełnie się nimi nie czujemy. Jasne, udało nam się dwukrotnie podbić krajowe listy przebojów, ale to zasługa naszych wiernych fanów, a nie czegokolwiek innego. Nie jest tak, że gdy wychodzimy na ulicę, z miejsca podpisujemy kilkadziesiąt autografów. 

Z czego wynika ta wierność?

Z tego, że nie zawodzimy słuchaczy oraz z tego, że konsekwentnie rozwijamy swój styl, dlatego ludzie mniej więcej wiedzą, co od nas dostaną. Ale serio, dużo bliżej do gwiazd rocka mają Birds of Tokyo, czyli drugi zespół Iana (Kenny’ego, wokalisty – red.). Na ich koncerty przychodzą tłumy ludzi i są znacznie bardziej rozpoznawalni w kontekście australijskiego mainstreamu. Sam jestem zupełnie spokojny o swoją prywatność. Gdy przechadzam się po mieście, w 99 na 100 przypadków nikt mnie nie rozpoznaje. Może to dlatego, że wyglądam zwyczajnie do porzygu, nie wiem. (śmiech)

Wracając do tematu mroku muzyki Karnivool wywołanego słoneczną Australią – gdybyś mieszkał na przykład w Skandynawii, tworzyłbyś wesołe piosenki?

Myślę, że coś jest na rzeczy, z całą pewnością. Twoje otoczenie zawsze wpływa na muzykę, którą robisz. Ponadto artyści najróżniejszego rodzaju z Europy czy USA bardzo nas inspirują i to raczej nigdy się nie zmieni. Na przykład australijska muzyka popularna z lat 80. i 90. idealnie oddawała klimat panujący w kraju – była radosna, żywa, oparta na dęciakach, jakby oddająca piękno tego błękitnego nieba nad nami. 

Czyli podświadomie chcieliście być czymś zupełnie innym?

Trochę tak, a przynajmniej tak było na płaszczyźnie muzycznej. Rzeczywistość jest, jaka jest. Mieszkam w kraju, w którym zawsze mogę pójść na plażę i wskoczyć do oceanu, więc przekazywanie tego w tekstach zupełnie by mnie nie rajcowało, bo byłoby to kompletnie nudne. 

Australijska scena współczesnego progmetalu – licząc od Pliniego czy Caligula’s Horse aż po was – ma bardzo rozpoznawalne, bajkowe brzmienie. Myślisz, że wszyscy chcieliście poniekąd zaznaczyć, że jesteście jednorodnymi zjawiskami?

Szczerze? Nie wiem. Australijskie brzmienie, do którego nawiązujesz, okazało się chyba efektem przypadku, a nie zamierzonego działania. Sam nie dostrzegam tej zależności aż tak mocno, ale znów – funkcjonuję wewnątrz tego światka, przy czym ty jesteś z drugiej części globu, więc masz inną perspektywę, pozbawioną lokalnego biasu. Może chodzi o to połączenie progmetalu z alternatywnym rockiem, ubranie tej muzyki w bardziej piosenkowe formy? Jeśli tak, faktycznie dostrzegam pewne punkty wspólne między wieloma zespołami z Australii. 

Dokładnie. Gdy myślę o dzisiejszej wersji tego gatunku, w której songwriting ma większe znaczenie od trzaskania solówek, widzę was jako pionierów tego podejścia.

Oczywiście bardzo mi miło, ale wiesz – przed Karnivool były Tool czy nawet Deftones, nasze brzmienie nie wzięło się z powietrza. Bardzo istotną inspiracją jest także Cog. To kolesie z Sydney, którzy wydali swoją pierwszą płytę, „The New Normal”, mniej więcej wtedy, gdy również debiutowaliśmy. Wciąż jesteśmy pod wrażeniem pomysłowości tego materiału i na pewno podpatrzyliśmy jakiś procent wykorzystanych tam rozwiązań. No i wiedzieli też, jak unikać australijskiego akcentu, doceniam to!

Po co go unikać?

Gdy śpiewasz, brzmi to po prostu dziwnie. Dlatego w tekstach Karnivool unikamy niektórych słów, np. „can’t”, bo wiemy, że wybrzmią bardzo lokalnie, a idziemy raczej w stronę amerykańskiego akcentu. Posłuchaj sobie australijskiego bebopu, a od razu zrozumiesz, o czym mówię.

Jasne, ale wciąż nie rozumiem, czego się tutaj wstydzić. 

Może to kwestia przesiąknięcia kulturą z Wielkiej Brytanii i USA, o czym zdążyłem poniekąd wspomnieć. Jeśli otacza cię to dzień w dzień, siłą rzeczy sam starasz się do tego równać jako artysta. 

Gdzieś przeczytałem, że Cog to najlepsza rzecz, która przytrafiła się Australii od czasów Nicka Cave’a. Zgodziłbyś się z tym?

O kurde, dziwne porównanie… Ale w sumie – czemu nie?! Nick Cave to totalna legenda, lecz porównanie go do Cog faktycznie nie klei się kupy. Muzycznie to dwa odmienne światy, aczkolwiek w kwestii poziomu jest on bardzo wysoki i tu, i tu.

Dobra, to na koniec pytanie: gdyby Karnivool miało scoverować jakiś utwór Nicka Cave’a, co byście wybrali? 

O, to jest dopiero dziwne pytanie! Wiesz co, nigdy nie byłem wielkim kibicem rzeczy, które Cave robił z Bad Seeds, bo to nie mój klimat, ale bardzo przepadam za płytami nagranymi pod szyldem Grinderman. Ta bluesowo-rockowa energia rodem z garażu totalnie mnie do siebie przyciągnęła. Może dźwignęlibyśmy któryś z ich numerów? Brzmiałoby to bardzo osobliwie.

Łukasz Brzozowski

zdj. Courtney McAllister (1), Tobias Sutter (2)

Bilety na koncert Karnivool kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas