„Clandestine”, czyli Entombed spadające w przepaść 

Dodano: 08.04.2026
Wielu fanów uważa „Left Hand Path” za najlepsze, co zrobiło Entombed. Równie duża grupa wskazałaby „Wolverine Blues”. Ja wybieram lekko niedoceniane na ich tle „Clandestine”.

„Clandestine” do dzisiaj uchodzi za pozycję o niezręcznym statusie w dyskografii Entombed. Wszyscy ją lubią i cenią, ale raczej mało kto wskazuje jako szczyt twórczości Szwedów. Szczerze mówiąc, nigdy nie usłyszałem przekonujących argumentów, dlaczego tak jest. Najczęściej pojawiające się zarzuty są takie, że brakuje ekstraklasowego songwritingu, że to za mało surowe, że coś tam jeszcze. Moim zdaniem problem leży gdzie indziej. Wydany w 1991 roku album po prostu nie był tym pierwszym (jak wiadomo w metalu ekstremalnym „pierwszy” najczęściej równa się „najbardziej kultowy”) ani tym najbardziej rozchwytywanym jak jego następca wydany dwa lata później. Jeśli chodzi o czysto muzyczne argumenty, ten krążek jest pozbawiony skazy. 

NICKE ANDERSSON

To największy bohater Entombed, ale „Clandestine” zwłaszcza. Powiedzieć, że ta płyta stoi na jego barkach, to nic nie powiedzieć. Chłop tworzył lub współtworzył każdy z utworów, zagrał na bębnach, odpowiadał za koncept artystyczny i tylną okładkę, a do tego zaśpiewał – i to jak zaśpiewał. Przy całej miłości do nieodżałowanego LG Petrova uważam wokale Anderssona za najlepsze, co przytrafiło się tej grupie. To nie jest zwykły growl i pohukiwanie w otchłań. Zamiast tego Nicke brzmi jak niedźwiedź gotowy do pożarcia słuchacza. Wrzeszczy, wydziera się i przypuszcza frontalny atak. Jednak moje ulubione partie jego autorstwa to te, gdy brzmi, jakby spadał w przepaść – słyszycie tylko rozciągnięte wołanie pełne bezradności, które z każdą sekundą cichnie i cichnie. To nie jest najbardziej oczywista zagrywka w death metalu, a teraz, po 35 latach, wciąż wywiera piorunujące wrażenie. No i wspomniane już partie bębnów… Jest w nich slayerowy sprint, groove nadający piosenkom rock’n’rollowej rytmiki, a przede wszystkim żar. Gdy Nicke tłucze w perkusję, trudno oprzeć się wrażeniu, że za moment ją rozwali. O to chodzi.

PŁYTA TRANZYCYJNA

Jedno z najbardziej irytujących pojęć i wytrychów, których można użyć przy opisie jakiejkolwiek płyty. Z reguły to hasło ma na celu w niezbyt skuteczny sposób usprawiedliwić kompozytorskie niedostatki twórców i przekonać słuchaczy, że po prostu byli na etapie zmiany tożsamości, że ich styl się wykluwał, ale jeszcze do końca nie wykluł… W przypadku Entombed nazwanie „Clandestine” materiałem tranzycyjnym jak najbardziej oddaje stan rzeczy, lecz w tym przypadku służy jako komplement, a nie wymówka. Drugi album Szwedów idealnie oddaje ich wczesnego ducha (czyli tego rozciągającego się od czasów Nihilist do „Left Hand Path”) i tego, co przyszło później. Weźmy chociażby otwierający „Living Dead”. Zaczyna się od rajdu przed siebie i taranowania wszystkiego po drodze, ale niespełna po nieco ponad minucie zespół zwalnia, zrzucając na słuchacza taczkę pełną cmentarnego rock’n’rolla. To właśnie ta umiejętność rozbujania muzyki – bez jednoczesnego zmiękczania jej i rozwadniania elementu brutalności – zaprocentuje w przyszłości na „Wolverine Blues”… i każdej kolejnej płycie Entombed. Death’n’roll to raczej słaby gatunek, przy czym połączenie kostuchy z „amerykańskim luzem” w wydaniu tej załogi siecze, jak należy.

TEKSTY

Najlepsze teksty w death metalu? Bardzo możliwe. Czysto technicznie spektrum tematyczne na „Clandestine” niekoniecznie wybija się na tle tego, co w tamtym czasie oferował metal śmierci. Są w tym nawiązania do horrorów (by wspomnieć chociażby o samplach z „Maski czerwonego moru” czy „Mumii”), jest też kilka ukłonów w kierunku absolutnie hołubionego w tej estetyce H.P. Lovecrafta, lecz sposób podania tych treści zmiata konkurencję. W jakiś sposób Entombed nie tylko brzmią jak wierni fani wszystkiego, co mroczne w popkulturze, ale przede wszystkim – nawet mimo jasnych cytatów – kreują własny, osobliwy i dziwaczny świat, zamiast wyłącznie powielać to, co robili ich literaccy czy kinowi ulubieńcy. Przykłady? Chociażby wejście w „Stranger Aeons”: Kolejna martwa dusza / Dziura na niebie / Wyśniona fatamorgana – ledwie parę linijek, ale działają na wyobraźnię. Od razu wiecie, że znajdujecie się w surrealistycznym uniwersum, w którym zjawiska nadprzyrodzone to norma, więc jedyne, co można zrobić, to spróbować się z nimi oswoić. Świetne frazy dostajemy też w zamykającym „Through the Collonades”: Pod kolumnadami lęku / W głębinach jego holi / W nieprzejednanych krainach mojego jestestwa / Wewnątrz pogrzebanych skarbców / Spoglądające ślepię szaleństwa / Przeszywające me kości / Szatkuje mą duszę / Zostawia samotnym i nagim – absolutny top.

Przypominamy też, że dziesięć lat temu Entombed przy pomocy utalentowanych znajomych w osobach Roberta Anderssona (nie, to nie krewny Nickego) ze Sweven oraz Edvina Aftonfalka (tak, to krewny Nickego) z Obnoxious Youth odegrali „Clandestine” na żywo w całości. Kto widział, ten wie, że było potężnie, co udowadnia powyższy zapis występu. Włączcie sobie go i pamiętajcie, że drugi album Entombed to perła w koronie death metalu – niezatapialna, wiekopomna rzecz. 

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas