Czy „The Congregation” to najlepszy album Leprous?

Dodano: 26.01.2026
W zeszłym roku minęła dekada od premiery płyty, która ustabilizowała pozycję Norwegów jako wiodących przedstawicieli współczesnego progmetalu. Jak materiał broni się po latach?

Już przed wydaniem „The Congregation” pozycja artystyczna Leprous była bardzo zadowalająca. Właściwie w trymiga przeskoczyli z bycia tym zespołem szwagra Ihsahna i jego muzyków sesyjnych do ekstraklasy nowoczesnej muzyki progresywnej. Niezły debiut to jedno, ale „Bilateral”, a przede wszystkim „Coal” z miejsca kupiły fanów tej konwencji, dzięki którym popularność grupy rosła w tempie wyścigowym. Oczekiwania związane z „The Congregation” mogły okazać się przytłaczające, ponieważ grupa musiała udowodnić, że skoro nadano jej królewski status, to musi go utrzymać. Einar Solberg i koledzy stanęli na palcach, by udowodnić swoją wielkość. Udało im się, a stoi za tym przynajmniej kilka czynników.

BAARD KOLSTAD

Gdy w 2014 roku Tobias Andersen – poprzedni perkusista Leprous – zrezygnował ze swojej posady za zestawem perkusyjnym, przyjęto to ze smutkiem… ale i z radością. Z jednej strony chodzi o pożegnanie kolegi, który grał w zespole blisko dekadę, lecz z drugiej jego następca miał znacznie większy potencjał i umiejętności techniczne. Już w 2013 Baard Kolstad terminował w Leprous jako bębniarz koncertowy, a wcześniej grał chociażby w Gaahls Wyrd czy zespole ICS Vortexa z Dimmu Borgir. Mimo tego, „The Congregation” – ze względu na swą złożoność i matematyczność – było prawdziwym testem umiejętności wówczas 23-letniego artysty. Jak wiemy, Baard sprostał zadaniu. Jego partie są jednym z najjaśniejszych punktów płyty. Gra idealnie punkt, brzmi wręcz jak ludzki metronom (zwłaszcza w „Within My Fence” czy „Red”), ale nie odpływa w popisówki. Zamiast eksponowania wirtuozerskich zdolności zajmuje się żelaznym trzymaniem rytmu, a kiedy już pozwala sobie na ekstrawagancję – jak w „Moon” – powala nie tylko techniką, ale i subtelnością w jej prezentowaniu. Przyjęcie go do składu było jak wygranie losu na loterii.

EINAR SOLBERG

Skoro już odhaczamy członków zespołu, grzechem byłoby nie wspomnieć o liderze, frontmanie i głównym kompozytorze Leprous, czyli Einarze Solbergu. Oprócz odpowiedzialności za zdecydowaną część songwritingu i śpiew zajmuje się także syntezatorami, a na krążku z 2015 roku, mimo natłoku zadań, wyszedł ze wszystkiego obronną ręką. Oszczędne klawiszowe brzmienia, przywołujące skojarzenia chociażby z twórczością Radiohead z przełomu wieków, to istotna zmiana w porównaniu do „Coal”, ale najważniejszy jest przecież wokal, a on również uległ sporemu przeobrażeniu. Solberg czarował zdolnościami głosowymi tak naprawdę od początku kariery, lecz czasami brakowało mu odrobiny warsztatu… Słowem – na pierwszych trzech płytach mocno się forsował, często wręcz krzyczał i o ile nierzadko robiło to wrażenie, o tyle można było wychwycić, że ktoś tu nie zawsze miał kontrolę nad głosem. Przy „The Congregation” do pakietu doszło dużo więcej emocji – podbijanych przede wszystkim tym wzruszającym sakralnym falsetem. Einar w końcu odnalazł siebie, co słyszymy przede wszystkim w takich klasykach jak „Slave”.

ZMIANA STYLU

Przy „The Congregation” w szeregach Leprous zmieniło się wszystko – perkusista, styl wokalu, a przede wszystkim muzyka… Norwegowie nigdy nie byli typowym zespołem progmetalowym, który stawia na eksplozję solówek i inne formy instrumentalnej ekwilibrystyki, lecz dopiero przy „The Congregation” pokazali, że naprawdę grają we własnej lidze. Synkopowane, wiecznie połamane rytmy sugerują tutaj większy związek z math rockiem niż innymi przedstawicielami sceny progresywnej, a połączenie tego z przebojowymi strukturami wiązało się dużym poziomem oryginalności. Teoretycznie skład z Notodden szedł podobną ścieżką co Karnivool kilka lat wcześniej, lecz mimo zbliżonych metod brzmiał zupełnie inaczej. W końcówce „Rewind” czy „Slave” pojawiają się odniesienia do ekstremalnego metalu, „Down” chwyta za serce skrajnie desperackim refrenem, a „Triumphant” to – jak na standardy tego zespołu – rzecz prawie że radiowa. Wszystko zazębiło się zgodnie z planem, a połączenie metalowego ostrza z intymnością, popową wrażliwością i wysokim poziomem muzycznej kultury poskutkowało świetnymi numerami. Same hity, zero zapychaczy. 

„THE PRICE”

Skoro w kontekście „Triumphant” wspomniałem o radiowości, nie mogę pominąć „The Price”. To jeden z największych, a może i nawet ten największy hit Leprous. Gdy myślicie o „The Congregation” w jednej chwili do głowy wpada właśnie ten utwór. To modelowy przykład prawie wszystkich sił płyty. Z jednej strony mamy połamany dialog gitar i bębnów na wejście, później przestrzenną zwrotkę, a na finał refren – gęsty od emocji oraz towarzyszącej im epickości. Wiadomo, że sam „The Price” nie stanowił o ostatecznym sukcesie krążka, lecz z całą pewnością walnie się do niego przyczynił. Statystyki nie kłamią. To właśnie po premierze omawianej tu płyty Leprous zaczęli żyć wyłącznie z muzyki, a materiał zadebiutował na listach przebojów w Finlandii, Niemczech, Holandii i Belgii. Jeszcze co do piosenki – Leprous grają ją żywo po dziś dzień, co w najlepszy sposób dowodzi jej siły. Nic w tym dziwnego. Posłuchajcie sami (nawet, jeśli dobrze to znacie).

Leprous kochają przyjeżdżać do naszego kraju, a my kochamy ich gościć. W związku z tym oba polskie koncerty grupy (w Gdańsku i we Wrocławiu) będą cudowne – do tego nas w końcu przyzwyczaili. Bilety na oba wydarzenia złapiecie TUTAJ

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas