Już przed wydaniem „The Congregation” pozycja artystyczna Leprous była bardzo zadowalająca. Właściwie w trymiga przeskoczyli z bycia tym zespołem szwagra Ihsahna i jego muzyków sesyjnych do ekstraklasy nowoczesnej muzyki progresywnej. Niezły debiut to jedno, ale „Bilateral”, a przede wszystkim „Coal” z miejsca kupiły fanów tej konwencji, dzięki którym popularność grupy rosła w tempie wyścigowym. Oczekiwania związane z „The Congregation” mogły okazać się przytłaczające, ponieważ grupa musiała udowodnić, że skoro nadano jej królewski status, to musi go utrzymać. Einar Solberg i koledzy stanęli na palcach, by udowodnić swoją wielkość. Udało im się, a stoi za tym przynajmniej kilka czynników.
BAARD KOLSTAD
Gdy w 2014 roku Tobias Andersen – poprzedni perkusista Leprous – zrezygnował ze swojej posady za zestawem perkusyjnym, przyjęto to ze smutkiem… ale i z radością. Z jednej strony chodzi o pożegnanie kolegi, który grał w zespole blisko dekadę, lecz z drugiej jego następca miał znacznie większy potencjał i umiejętności techniczne. Już w 2013 Baard Kolstad terminował w Leprous jako bębniarz koncertowy, a wcześniej grał chociażby w Gaahls Wyrd czy zespole ICS Vortexa z Dimmu Borgir. Mimo tego, „The Congregation” – ze względu na swą złożoność i matematyczność – było prawdziwym testem umiejętności wówczas 23-letniego artysty. Jak wiemy, Baard sprostał zadaniu. Jego partie są jednym z najjaśniejszych punktów płyty. Gra idealnie punkt, brzmi wręcz jak ludzki metronom (zwłaszcza w „Within My Fence” czy „Red”), ale nie odpływa w popisówki. Zamiast eksponowania wirtuozerskich zdolności zajmuje się żelaznym trzymaniem rytmu, a kiedy już pozwala sobie na ekstrawagancję – jak w „Moon” – powala nie tylko techniką, ale i subtelnością w jej prezentowaniu. Przyjęcie go do składu było jak wygranie losu na loterii.
EINAR SOLBERG
Skoro już odhaczamy członków zespołu, grzechem byłoby nie wspomnieć o liderze, frontmanie i głównym kompozytorze Leprous, czyli Einarze Solbergu. Oprócz odpowiedzialności za zdecydowaną część songwritingu i śpiew zajmuje się także syntezatorami, a na krążku z 2015 roku, mimo natłoku zadań, wyszedł ze wszystkiego obronną ręką. Oszczędne klawiszowe brzmienia, przywołujące skojarzenia chociażby z twórczością Radiohead z przełomu wieków, to istotna zmiana w porównaniu do „Coal”, ale najważniejszy jest przecież wokal, a on również uległ sporemu przeobrażeniu. Solberg czarował zdolnościami głosowymi tak naprawdę od początku kariery, lecz czasami brakowało mu odrobiny warsztatu… Słowem – na pierwszych trzech płytach mocno się forsował, często wręcz krzyczał i o ile nierzadko robiło to wrażenie, o tyle można było wychwycić, że ktoś tu nie zawsze miał kontrolę nad głosem. Przy „The Congregation” do pakietu doszło dużo więcej emocji – podbijanych przede wszystkim tym wzruszającym sakralnym falsetem. Einar w końcu odnalazł siebie, co słyszymy przede wszystkim w takich klasykach jak „Slave”.
ZMIANA STYLU
Przy „The Congregation” w szeregach Leprous zmieniło się wszystko – perkusista, styl wokalu, a przede wszystkim muzyka… Norwegowie nigdy nie byli typowym zespołem progmetalowym, który stawia na eksplozję solówek i inne formy instrumentalnej ekwilibrystyki, lecz dopiero przy „The Congregation” pokazali, że naprawdę grają we własnej lidze. Synkopowane, wiecznie połamane rytmy sugerują tutaj większy związek z math rockiem niż innymi przedstawicielami sceny progresywnej, a połączenie tego z przebojowymi strukturami wiązało się dużym poziomem oryginalności. Teoretycznie skład z Notodden szedł podobną ścieżką co Karnivool kilka lat wcześniej, lecz mimo zbliżonych metod brzmiał zupełnie inaczej. W końcówce „Rewind” czy „Slave” pojawiają się odniesienia do ekstremalnego metalu, „Down” chwyta za serce skrajnie desperackim refrenem, a „Triumphant” to – jak na standardy tego zespołu – rzecz prawie że radiowa. Wszystko zazębiło się zgodnie z planem, a połączenie metalowego ostrza z intymnością, popową wrażliwością i wysokim poziomem muzycznej kultury poskutkowało świetnymi numerami. Same hity, zero zapychaczy.
„THE PRICE”
Skoro w kontekście „Triumphant” wspomniałem o radiowości, nie mogę pominąć „The Price”. To jeden z największych, a może i nawet ten największy hit Leprous. Gdy myślicie o „The Congregation” w jednej chwili do głowy wpada właśnie ten utwór. To modelowy przykład prawie wszystkich sił płyty. Z jednej strony mamy połamany dialog gitar i bębnów na wejście, później przestrzenną zwrotkę, a na finał refren – gęsty od emocji oraz towarzyszącej im epickości. Wiadomo, że sam „The Price” nie stanowił o ostatecznym sukcesie krążka, lecz z całą pewnością walnie się do niego przyczynił. Statystyki nie kłamią. To właśnie po premierze omawianej tu płyty Leprous zaczęli żyć wyłącznie z muzyki, a materiał zadebiutował na listach przebojów w Finlandii, Niemczech, Holandii i Belgii. Jeszcze co do piosenki – Leprous grają ją żywo po dziś dzień, co w najlepszy sposób dowodzi jej siły. Nic w tym dziwnego. Posłuchajcie sami (nawet, jeśli dobrze to znacie).
Leprous kochają przyjeżdżać do naszego kraju, a my kochamy ich gościć. W związku z tym oba polskie koncerty grupy (w Gdańsku i we Wrocławiu) będą cudowne – do tego nas w końcu przyzwyczaili. Bilety na oba wydarzenia złapiecie TUTAJ.