Już przed premierą „Floodland” szum dookoła Siostrzyczek był wyraźny. Debiutanckie dzieło Brytyjczyków, „First and Last and Always”, zwróciło uwagę dziennikarzy i słuchaczy. Płyta zebrała wiele ciepłych recenzji i sprzedawała się całkiem nieźle w ojczyźnie zespołu, Wielkiej Brytanii, a także w Niemczech. Co prawda żaden z singli nie stał się międzynarodowym, a nawet lokalnym hitem z prawdziwego zdarzenia, ale z perspektywy czasu nie ma to większego znaczenia. The Sisters of Mercy zbudowali wierne grono fanów, które rosło z dnia na dzień, w dużej mierze dzięki przeżywającej swoje pięć minut scenie gotyckiej. Eldritch czuł jednak, że to dopiero początek, a nie dotknięcie szklanego sufitu i miał rację.
ZMIANA KIERUNKU
Debiut składu z Leeds miał wiele przebojowych momentów, ale był w dużej mierze konwencjonalną płytą z gotyckim rockiem. Świetną, lecz jednak niekoniecznie spektakularną. Jasne, Andrew i spółka mieli szerokie spektrum wpływów, sięgające wpływów rockowych klasyków z lat 60. czy 70., lecz jeszcze nie uzyskali czegoś na kształt „składnika X” – czegoś, co wybiłoby ich wysoko ponad resztę. Na „Floodland” takie się pojawiło. Stymulowany najróżniejszymi używkami – przede wszystkim kokainą – lider grupy wskoczył na wyżyny charyzmy i bezczelności. Pewnie w życiu sam by tego nie przyznał (a przynajmniej nie bezpośrednio), aczkolwiek czuł się lepszy od innych i musiał to udowodnić. Dzięki temu „Floodland” jest materiałem na wskroś gotyckim, a jednocześnie oryginalnym do bólu. Melancholijnym i tanecznym. Nierzadko poważnym, a jednocześnie podanym z dużą dozą ironii czy puszczeniem oka. Megalomania Eldritcha i jego zapatrzenie w siebie przyniosły pożądane efekty. Często bywa tak, że nadmierna wiara we własne możliwości nie popłaca. Tutaj dostaliśmy idealną odwrotność tej zasady.
EVERGREENY
To w jakimś stopniu rozwinięcie poprzedniego akapitu. „Floodland” stoi hitami – jednymi z najlepszych, najbardziej bezczelnych i po prostu najbardziej okazałych w historii rocka gotyckie i okolic. Zabawnym jest, że Andrew przez lata odżegnywał się od bycia częścią tego gatunku (podobnie jak post-punka), wyśmiewając jego przedstawicieli, a nawet grożąc pozwami recenzentom wrzucającym The Sisters of Mercy do tego wora. Przynajmniej tak głosiły miejskie legendy. Czego by tam sobie ten ekscentryczny artysta nie wymyślił, wiemy jedno: gwiazdorskie kaprysy nie mają znaczenia w kontekście songwritingu. Każdy, kto chociażby otarł się o gotyckiego rocka czy post-punka zanuci motyw basu z „Lucretia My Reflection” na zawołanie. Nie da się nie kochać tych chórów w „This Corrosion” – z jednej strony szalenie pompatycznych, a z drugiej brzmiących jak zdekonstruowany gospel pod dziką imprezę dla wampirów. Otwierający „Dominion” / „Mother Russia” to z kolei jeden z najlepszych albumowych openerów w swojej dekadzie, a konkurencję ma przecież ogromną. Szukanie słabego punktu jest tu bezcelowe, bo wspomniałem tylko o evergreenach, a niewymienione piosenki w niczym od nich nie odstają.
TROCHĘ PRZEWÓZKI, TROCHĘ POWAGI
Znacznie większe stężenie hitów niż wcześniej, a także warstwa tekstowa – to najważniejsze zmiany w porównaniu do wcześniejszych wcieleń The Sisters of Mercy. Przy „Floodland” Eldritch miał o czym pisać, ponieważ między premierą tego krążka a debiutem wydarzyło się u niego bardzo wiele rzeczy. Toczył walkę z byłymi zespołowymi kolegami, którzy założyli The Sisterhood (przemianowane przez jego działania na The Mission), przeprowadził się do Hamburga i w zasadzie postawił Siostrzyczki do pionu prawie od zera. Zawartość tekstowa „Floodland” opiewa w szerokie spektrum tematyczne. Z jednej strony mamy autobiograficzne „1959”, opowiadające o niewinności dzieciństwa. „Dominion” / „Mother Russia” jest wynikiem obserwacji wynikającej z działań Ameryki i Rosji w czasie międzynarodowego chaosu panującego w Europie po katastrofie czarnobylskiej. „Lucretia My Reflection” to z kolei utwór o Patricii Morrison – Amerykanka była wtedy świeżą członkinią zespołu, ale na albumie się nie pojawiła. Największą perełką jest z kolei „This Corrosion”, czyli bezpośrednia przewózka Wayne’ie Husseyu z The Mission. Gdy ten grał jeszcze w The Sisters of Mercy, Andrew uznawał jego teksty za pełne klisz i pozbawione znaczenia. W związku z tym postanowił napisać kawałek, którego zawartość liryczna miałaby parodiować jego styl. Chamska zagrywka? Totalnie. Udana? Jak najbardziej.
SUKCES
Jak wspomniałem, „First and Last and Always”, sprzedawało się całkiem przyzwoicie i dało zespołowi wielu fanów, ale to jeszcze nie był wybuch. Ten przyszedł właśnie z „Floodland”. W przeszłości single nie trafiały na listy przebojów? Bez problemu – „This Corrosion” znalazł się w pierwszej dziesiątce zestawienia najgorętszych kawałków w Wielkiej Brytanii i w Irlandii, przy czym w Niemczech załapał się na 17. lokatę. „Dominion” i „Lucretia My Reflection” również poradziły sobie dobrze – Siostrzyczki wreszcie doczekały się hitów docenionych nie tylko przez wiernych sympatyków, ale także przez główny nurt. Ostatecznie krążek rozszedł się w kilkuset tysiącach egzemplarzy na całym świecie. Najlepiej poradził sobie w Europie, lecz znalazł się także wśród najchętniej kupowanych płyt w Nowej Zelandii, a nawet w USA. Nic dziwnego. Z takimi piosenkami nie mogło skończyć się inaczej.
Po „Floodland” The Sisters of Mercy nie byli najbardziej aktywnym zespołem, jeśli chodzi o studyjne poczynania. Ostatnim krążkiem grupy pozostaje następca omawianej tutaj płyty, czyli znacznie bardziej rockowy „Vision Thing” z 1990 roku. Szczerze? Szanuję to podejście. Wiele zespołów robi, co może, by przedłużyć swój byt, często nagrywając średnie lub słabe materiały. Siostry Łaski dały światu trzy wielkie materiały i zamknęły drzwi do skarbca. Na szczęście wciąż koncertują. Pamiętajcie o tym, bo grupa pojawi się w Polsce dwukrotnie – 22 października w A2 i dzień później w Progresji. Bądźcie tam, a wszyscy przetańczymy całą noc!