„Pink” to jeden z popularniejszych materiałów Boris, ale czy jest jednym z tych przełomowych?
Trudno powiedzieć. Chyba słuchacze muszą udzielić odpowiedzi na to pytanie. Z całą pewnością odgrywanie tego albumu na żywo jest bardzo przyjemne i dodaje energii, czego dowodzą nasze koncerty z okazji jego 20-lecia. Na tę płytę składa się mnóstwo inspiracji z różnych stron.
O jakich inspiracjach mowa?
Chodzi o te – jak to się dzisiaj mówi – bardziej dronowe i mantryczne rzeczy. Mniej więcej w okolicach powstawania tej płyty mieliśmy trasę z Sunn O))), która poskutkowała także nagranym z nimi albumem kooperacyjnym „Altar”, i wiele się od nich nauczyliśmy. Dużą miłością darzyliśmy także absolutnych pionierów tej konwencji z Earth – z nimi też zresztą objechaliśmy USA, lecz znacznie później. W każdym razie głęboka fascynacja tymi składami stanowiła i wciąż stanowi kluczowy element uniwersum Boris.
Nie postrzegacie siebie w kategoriach zespołu metalowego, więc czy można was nazwać najcięższym zespołem niemetalowym?
Moim zdaniem gramy po prostu rock lub też – używając naszej nomenklatury – „heavy rock”. To jest chyba najlepsza i najbardziej uniwersalna odpowiedź.
Mimo wszystko często brzmicie dużo bardziej ekstremalnie niż jakikolwiek rock, nawet ten z przedrostkiem „heavy”.
Pewnie, że tak, ale takie nazewnictwo jest najprostsze. Każdy z góry wie, o co chodzi. W naszym przypadku zabawa w szufladkowanie nie ma większego sensu. Gdy doświadczysz tej muzyki, zwłaszcza na żywo, szybko to poczujesz. Poza tym metal bardzo się zmienia. Postrzeganie tego gatunku 30 lat temu i teraz to zupełnie osobne światy.
To prawda, że metal dziś jest inny niż kiedyś, ale od początku byliście bardzo poszukującym zespołem… Można powiedzieć, że wyprzedziliście swój czas?
Nie wiem, nigdy nie myślałem o nas w tych kategoriach. Na pewno mogę przyznać, że prawie zawsze mieliśmy bardzo intensywne tempo pracy i raczej się z niczym nie ograniczaliśmy. Po prostu robiliśmy to, co lubiliśmy.
Do tej pory wam tak zostało.
Zgadzam się! Tworzenie muzyki i koncertowanie wciąż nas jara, dlatego nie mamy potrzeby ani powodu, by zmieniać nasz sposób funkcjonowania jako zespół. Owszem, zdarzają się przerwy, ale nie są one zbyt długie.
Zawsze graliście nieortodoksyjnie, prześlizgiwaliście się przez mnóstwo gatunków, ale czy jest zespół, który uważacie za pokrewny sobie?
Nie wiem. Chyba nie ma takiego zespołu. (śmiech) Inspirujemy się różnymi rzeczami, ale sami w sobie jesteśmy jak z jakiejś bezludnej wyspy.
Boris to zarówno ciężki do bólu doom metal, ale też kojący shoegaze, a do tego masa rzeczy pomiędzy. W której opcji czujecie się swobodniej: intensywnej czy eterycznej?
To kwestia momentu, w którym nagrywamy dany album. Z muzyką jest u nas jak z życiem – czasami masz ochotę na coś skrajnie ogłuszającego, a w innych przypadkach łakniesz dźwięków, które cię ukoją. Czujemy się dobrze w prawie każdej konwencji, od totalnego hałasu aż po coś akustycznego, ale zawsze wychodzi to z nas naturalnie. Nie podejmujemy decyzji na zasadzie: „O, teraz zrobimy coś ciężkiego, a za rok coś lekkiego”.
Faktycznie nie wyobrażam sobie, abyście mieli robić coś w zgodzie ze starannie nakreślonym scenariuszem.
Dokładnie. Powiem w ten sposób: muzyka sama prowadzi nas w przeróżne miejsca. Zgodnie z tradycją wdrożoną przez My Bloody Valentine i inne podobne zespoły dajemy się ponieść brzmieniu. Gdy bawimy się efektami, wymyślamy jakieś riffy, aż nagle z tej zabawy wychodzi coś intrygującego, więc podążamy tym tropem. To by tłumaczyło – odpowiadając na twoje poprzednie pytanie – dlaczego tak dobrze czujemy się zarówno z shoegaze’owymi tematami, jak też tymi znacznie cięższymi.
Nazwa waszego zespołu pochodzi od piosenki Melvins o tym samym tytule – czy tak jak oni stawiacie na to, by wasza muzyka miała ładne opakowanie i nieco przerażające wnętrze?
Może coś w tym jest… Do tej pory jestem pod ogromnym wpływem Melvins, to jeden z najważniejszych zespołów mojego życia. Istnieje szansa, że nie było w latach 90. bardziej zajawionego kolekcjonera ich płyt ode mnie, nie żartuję! Zresztą mieliśmy okazję grać razem trasę i było super. Generalnie zawsze bardzo oddziaływała na mnie estetyka związana z ich płytami – urocze okładki, totalnie szalone dźwięki, świetny kontrast.
Zmierzam do tego, że u was też to dostrzegam.
Nie jest to niemożliwe, ponieważ wszyscy poznaliśmy się na Akademii Sztuk Pięknych w Tokio. W związku z tym połączyły nas umiejętności plastyczne, ale także podobna wizja i metody jej realizacji. W związku z tym zawsze zwracaliśmy dużą uwagę na aspekt wizualny stojący za muzyką Boris. Inspirowani Melvins, dotarliśmy do wniosku, że mnóstwo rzeczy – na przykład okładki – możemy zrobić sami.
Jeśli dobrze pamiętam, ty je projektujesz?
Tak jest, sprawia mi to mnóstwo frajdy. Dodatkowo mam też poczucie kontroli, ponieważ kto lepiej wie, jaki obrazek będzie pasował do danego zespołu, jeśli nie członek tego zespołu?
Istnieją materiały Boris, których dziś nie puścilibyście w eter? W końcu nagraliście ich mnóstwo.
Chyba nie. Często mówi się, że album jest dzieckiem artysty, dlatego nie uważam, żeby którekolwiek z moich dzieci było wybrakowane. (śmiech) Natomiast nagrywaliśmy materiały dla różnych wytwórni i jeśli relację artysty z wydawcą porównamy do małżeństwa, to nie każde z tych małżeństw uważam za udane.
Słucham przykładów!
Jeśli jesteś naszym oddanym fanem, na pewno domyślisz się o który album chodzi…
Gdybyście wystartowali pod koniec lat 80. a nie dekadę później, Boris miałby taki sam status jak teraz?
Dobre pytanie… Chyba nie! Bylibyśmy wtedy zdecydowanie zbyt dziwaczni, biorąc pod uwagę, jak wyglądała ówczesna scena metalowa czy rockowa, więc szybko byśmy przepadli.
Kto rozumie waszą muzykę lepiej: Europejczycy czy Amerykanie?
To dwie różne grupy odbiorców, ale chyba podczas koncertów w USA fani są nieco bardziej entuzjastyczni. W Europie oczywiście też jest cudownie, przy czym Amerykanie mogą mieć nieco większą tolerancję na dziwactwa.
Łukasz Brzozowski
zdj. Ekaterina Gorubacheva