Crossoverowcy z Richmond mieli dobry start. Po niezłym, ale niespecjalnie szałowym debiucie i świetnym „Hazardous Mutation” musieli udowodnić, że są czymś więcej niż jednorazową atrakcją wyrosłą na gruncie modnego wówczas zjawiska Nowej Fali Thrash Metalu. Zadanie mieli tym trudniejsze, ponieważ ich podejście do gatunku nie uwzględniało rewolucji wizerunkowej lub muzycznej. To oznacza, że nie dali sobie przestrzeni na drastyczne zakręty. Przy „The Art of Partying” musieli dowieźć najlepsze numery w opatentowanej konwencji. Na szczęście dali sobie z tym radę.
ENERGIA
Matko jedyna, jaki ten album jest żywotny! Największy (a przynajmniej jeden z największych) plus „The Art of Partying” stanowi nieposkromiony wigor. Ta płyta brzmi jak cztery podwójne kawy wypite na pusty żołądek. Zespół w najlepsze ciska w słuchacza skocznymi, a przy tym nierozsądnie szybkimi riffami w tradycji klasyków crossoveru. Usłyszymy tu i nadgorliwość D.R.I., gdy przeskoczyli z punka w metal, odrobinę chwytliwości Anthrax z lat 80. (tu do głowy przychodzi chociażby początek „The Inebriator”), a nawet trochę thrashcore’owego chaosu godnego dwóch pierwszych płyt Hirax. Jednocześnie Amerykanie wiedzą, jak stale dodawać paliwa. Jedną z największych wad wielu płyt z thrash metalem jest ich ograniczona siła. Na początku zasuwają aż miło, ale im bliżej końca, tym mniej przekonujące są – zupełnie, jakby ich autorzy sami nie wierzyli, że są w stanie utrzymać odpowiedni poziom energii. Z trzecim krążkiem Municipal Waste nie ma tego problemu. To chłosta od początku do końca. Tak właśnie należy grać tę muzykę – bez ustanku i z obowiązkowym elementem wariactwa.
HUMOR
Pora na osobiste wyznanie: nie znoszę tzw. „śmieszkothrashu”. Uważam, że mniej więcej 90% prób „uśmieszniania” metalu (a już zwłaszcza thrash metalu) kończy się fiaskiem. Nie chodzi o gatekeeping i powagę do kwadratu, bo niby nie wolno nabijać się z tej muzyki. Jak najbardziej można. W zdecydowanej liczbie przypadków problemu nie stanowi beka, tylko bardzo niskich lotów poczucie humoru metalowców. Słuchacie ich „przekomicznych” dowcipów i wywracacie oczami lub walczycie z ciarkami wstydu. Municipal Waste z kolei śmieszkują do oporu, ale przede wszystkim są w tym naturalni, a do tego całkiem zabawni. Przede wszystkim odpowiedzialny za dużą część otoczki wokalista grupy, Tony Foresta, nie staje na głowie, by pokazać jakim jest kawalarzem. Chłop doskonale zdaje sobie sprawę, że odpowiednio wymierzona głupkowatość zgra się z moshogennymi riffami – i tak od 25 lat. Na „The Art of Partying” nie brakuje więc momentów, przy których uśmiech gości na twarzy. Bardzo doceniam podany z przymrużeniem oka opis thrashowej zabawy na koncertach w „Headbanger Face Rip”. Równie mocno bawi mnie także uroczo krwawa rozwałka w „Open Your Mind”. Zero spiny, odrobina błyskotliwości i zabawa – tak to się robi.
NOWA FALA THRASH METALU
To zapoczątkowane w pierwszej połowie obecnego tysiąclecia zjawisko było problematyczne. Z jednej strony wskrzesiło modę na oldschoolowy metal, spłodziło niemało fajnych płyt i rozczulało swoją beztroską. Ale jest też druga strona medalu – ograniczone spektrum estetyczne, a przede wszystkim wyobraźnia muzyków spowodowały, że do momentu zadyszki doszło szybciej niż można by przypuszczać. Okazało się, że odcinanie kuponów od cudzej sławy i recykling riffów sprzed kilku dekad są fajne tylko do czasu. Municipal Waste co prawda nie wymyślili koła na nowo ani nawet nie byli specjalnie oryginalni, ale dzięki cechom wymienionym w powyższych akapitach przetrwali i nie stali się przeterminowanym bytem. Młodzieńcza siła (mimo że najmłodsi już nie są) oraz przyjemnie głupkowate teksty stanowią oręż zespołu po dziś dzień, a przypominam, że po „The Art of Partying” skład z USA wydał jeszcze cztery płyty. Wszystkie dobre, wszystkie bez kasztaniarskich utworów i momentów nudy, przy których słuchacz nerwowo sprawdza zegarek. Dobrze wiedzieć, że po tak długim czasie Municipal Waste wciąż są jakościowi. Wielu ich kolegów po fachu, którzy startowali w podobnym czasie i na podobnym poziomie, straciło formę na pstryknięcie palcem. Oni nie.
Jak wszyscy wiemy, thrash metal działa na 150%, gdy doświadczamy go na żywo. Musicie wiedzieć, że koncerty Municipal Waste to absolutna zagłada i sam ekstrakt wszystkiego, co w tej muzyce najlepsze. W związku z tym nie zwlekajcie, nie szykujcie sobie innych planów, tylko 31 lipca zasuwajcie do krakowskiego Hype Parku i wcielcie w życie scenariusz z tekstu do „Headbanger Face Rip”. Razem z Amerykanami do moshu zaproszą nas polscy reprezentanci nurtu, czyli Hamulec, Sanity Control oraz Diving Stove. Czy wyobrażacie sobie coś lepszego na letni, ciepły wieczór? Ja nie.