Lantlôs zdobył popularność jako ten mniej utalentowany kuzyn Alcest (co ciekawe, lider przytoczonego składu, czyli Neige, był wokalistą zespołu w latach 2010-2013). Siegenhort zaczynał od grania przesadnie rozmemłanego i wrażliwego połączenia black metalu z shoegaze’em. Przełom nastąpił przy okazji „Melting Sun”, który atakował nie tylko mieniącą się różnymi odcieniami różu okładką, ale także post-metalem z eterycznością wysuniętą na pierwszy plan. To fajny materiał, lecz jednak zbyt zachowawczy, zbyt ociężały… Wydane siedem lat temu „Wildhund” zwiastowało zmianę ukierunkowaną na mniejsze przywiązanie do metalowych wzorców, lecz dopiero w ramach „Nowhere in Between Forever” projekt rozbłysł z pełnym blaskiem. Lepiej późno niż później, tym bardziej że tak eklektycznie ten przyjemniaczek z Niemiec jeszcze nie brzmiał.

Mimo metalowych naleciałości widocznych w niejednym kawałku z krążka nie nazwałbym tegorocznej propozycji Lantlôs metalową. Szukając skojarzeń, postawiłbym na alternatywnego rocka z lat 90. poddanego obróbkom, które udowadniają, że Markus to muzyk ze zbudowaną tożsamością, a nie sprawny kompilator. Doceniam natłok wątków zaprezentowanych na tym materiale i wykreowanie osobnego świata. To masa emocji przekazanych w beznamiętny sposób – bez wzajemnego wykluczania się. Bardzo doceniam robotyczne wokale i sposób wyprodukowania niektórych kawałków; jakby na siłę kanciastych i sciśniętych, potraktowanych futurystycznymi zabiegami rodem z przełomu wieków. Na przykład singlowe „Solar Death” brzmi jak niewydany utwór z ostatniej płyty DIIV, gdyby dodać mu metalowego ducha, ale także, gdyby stworzył go nie człowiek, lecz machina. Rozczulająco shoegaze’owe, a przy tym potraktowane matematycznością w warstwie rytmu „Cherries” łamie mi serce, „Oxygen” sprawia wrażenie hołdu złożonego Queens of the Stone Age, lecz przy ucięciu pustyni i wstawieniu w jej miejsce Helmet. Siegenhort układa te puzzle ze zręcznością, mając w głowie klarowną wizję na siebie. Żongluje stylami, a nawet na chwilę nie traci wątku. Przepiękna rzecz.
To imponujące, że po ponad 20 latach kariery Lantlôs zaprezentował nie tylko najbardziej zróżnicowany, ale i prawdopodobnie najlepszy album, jaki nagrał. „Nowhere in Between Forever” to samo złoto. Wtop nie odnotowano.
Łukasz Brzozowski
(Prophecy, 2026)
zdj. materiały artysty