Kim chciałeś być jako dorosły?
Nie wiem, czy funkcjonowało u mnie cokolwiek innego poza muzyką… Byłem zbyt zajęty słuchaniem Slayera, by skupiać się na takich rzeczach. Pamiętam, że w podstawówce marzyłem, żeby powiązać życie ze sportem, grałem wtedy dużo w nogę. Natomiast na wczesnym etapie liceum chciałem pójść na studia medyczne, ale ten plan przepadł bardzo szybko.
Dlaczego?
Profil biologiczno-chemiczny w ogólniaku bardzo mnie zraził. Chyba nie byłem gotowy na aż tak wiele poświęceń. Potrzebowałem mniej więcej roku, by zrozumieć, że ta zabawa nie jest dla mnie.
W takim razie zmieniłeś profil na bliższy twoim zainteresowaniom?
Nie, dojechałem na biol-chemie do końca liceum, ale wiedziałem, że nie będę wiązał z tym przyszłości. Po prostu jestem bardziej humanistą niż ścisłowcem, co tu dużo mówić.
Uważasz, że różnica między humanistami a ścisłowcami jest duża, jeśli rozmawiamy o graniu metalu?
Nie zawsze, ale jakaś jest na pewno. Jedni grają techniczny thrash, a drudzy rock’n’rolla. Chyba nie muszę mówić, kto jest kim w tym wypadku. (śmiech)
Czyli nie ma większej zależności.
Humaniści na pewno przykładają większą wagę do dbania o warstwę liryczną, nie traktują jej jako przykrą konieczność. Wydaje mi się też zwracają uwagę na to, jaki wpływ wywiera ich muzyka na społeczeństwo czy kulturę. Jeśli wolisz matematykę, jesteś bardziej skupiony na konkretnym celu i środkach potrzebnych do jego osiągnięcia. Dzięki temu są prawdopodobnie lepsi technicznie, ale to tylko moje stereotypowe przypuszczenia, nie bierz ich za bardzo na poważnie.
Zapytałem, kim chciałeś być jako dorosły, bo wciąż jesteś młodym człowiekiem, ale Diving Stove swoje już pojeździło, przeżywacie hype i generalnie dużo się u was dzieje. Czy będąc nastolatkiem wkręconym w Slayera, wiedziałeś, że dotrzesz do tego miejsca?
To trochę śmieszna historia, bo w moim przypadku fascynacja muzyką i jej granie nie zawsze szły w parze. Sięgnąłem po instrument dopiero w wieku nastoletnim. Gdy uczyłem się grać, byłem już oblatany z metalową klasyką i innymi rzeczami, nie na odwrót. Niemniej chyba nigdy nie przypuszczałbym, że będę tu, gdzie znajduję się obecnie. Wciąż jestem tym powalony. W liceum miałem wyłącznie jedno marzenie: zagrać koncert w szkolnej hali. Chciałem w ten sposób przypieczętować swoją miłość do muzyki.

Zagrałeś ten koncert?
Tak! Wspominam go fantastycznie, naprawdę. To był jeden z pierwszych koncertów Diving Stove. Odbył się w X Liceum Ogólnokształcącym im. Królowej Jadwigi w Warszawie. Wszystko działo się w ramach szkolnego festiwalu. Generalnie to długa tradycja polegająca na tym, że w ogólniakach w większych miastach (które zresztą pomagały w finansowaniu przedsięwzięcia) często organizowało się takie mini-festiwale. Za wszystko, a przynajmniej za większość rzeczy, odpowiadali uczniowie. Cieszę się, że dałem radę. Do dziś wspominam to z łezką w oku, a dodatkowo udało mi się zaplusować u nauczycieli. Same pozytywy.
Istniejecie cztery lata i przeszliście długą drogę od koncertu w liceum do zasuwania w Stodole, gdzie rękę uścisnął wam sam Litza. Progres, jakiego dokonaliście na przestrzeni tej prawie pół dekady, to efekt chaosu czy zaplanowanego działania?
Przyznam, że zszokowało mnie określenie „pół dekady”. Niby nic wielkiego, ale trochę nie mogę wyjść z podziwu, jak wiele czasu już minęło. Przechodząc do sedna: zdecydowanie określiłbym te pięć lat jako okres pełen chaosu i wariactwa. Jednakże od zawsze przyświęcały mi jasno wyznaczone cele, zaplanowane działania i ogromne pokłady chęci. Często nawet nie do końca wiedzieliśmy do czego nas to doprowadzi, ale czułem się szczęśliwy.
Co to znaczy?
Najlepszym tego przykładem jest nasza ubiegłoroczna trasa, która obejmowała 42 koncerty. Poza nią odhaczaliśmy trochę misji pobocznych, udzielaliśmy się w innych zespołach w ramach zastępstwa… Mnóstwo rzeczy na głowie. Czasami znajdowaliśmy się na granicy wytrzymałości fizycznej, psychicznej zresztą również. Budżety nam się nie spinały, trzeba było pakować graty, coś pożyczać, oddawać, kursować nieskończoną liczbę godzin autem… Wiadomo, że opowiadam o standardowym trybie życia małego zespołu, który sporo koncertuje, ale była to dla nas pierwsza taka przygoda, więc wszystko było nowe i pędzące. Prawie zawsze pełniłem rolę kierowcy, a całonocne przejazdy z punktu A do punktu B potrafią napsuć krwi, uwierz mi. Odespanie takich wojaży potrafiło pochłaniać cały weekend. Nie miałem pojęcia, że tak umiem.
Życie na pełnym DIY.
Dokładnie tak – od bookingu aż po wszelkie kwestie natury organizacyjnej. Absolutnie niczego nie żałujemy, wręcz przeciwnie. Była to zajebista szkoła życia, dzięki której jesteśmy znacznie bardziej ogarnięci. Kochamy kulturę DIY, a samodzielne prowadzenie zespołu bardzo nas kręci, bo czujemy, że robimy coś swojego i budujemy tę machinę własnymi rękoma.
Jeśli zainteresowanie waszym zespołem zrobi się tak duże, że będziecie musieli zagrać rocznie wielokrotność tych 42 koncertów, to podołacie?
Bez dwóch zdań. Jesteśmy na to przygotowani. Wiem, że ta liczba nie jest żadnym sufitem. Gdy klasycy typu Budki Suflera czy Lady Pank zaczynali w podobnym wieku do naszego, potrafili sieknąć kilkaset sztuk w skali roku, a przecież żyli w gorszych warunkach niż my. To jest prawdziwa robota!
To co było w tym wszystkim najtrudniejsze?
Połączenie tego zespołowego szału z normalnym funkcjonowaniem – zwłaszcza w kwestii studiów, pracy i ostatków życia prywatnego. To było nawet dużo bardziej trudniejsze niż samo koncertowanie i rzeczy z nim związane. Z wielką chęcią zagrałbym trasę liczącą znacznie bardziej imponującą liczbę sztuk niż to, co wykręciliśmy w zeszłym roku.
Jesteście pełnokrwistym zespołem thrashmetalowym. Lubiłeś polską scenę związaną z tym nurtem, gdy się z nim zapoznawałeś?
Przyznam, że trafiłem na polski thrash dużo później niż na rzeczy spoza naszego kraju. Pierwszym takim składem – i musisz wiedzieć, że byłem szczerze zdziwiony ich pochodzeniem – był Vader. Wiadomo, oni mają bliżej do death metalu, ale jednak dużo tego thrashu u nich słychać. Ta muzyka jest zagrana z taką precyzją i świetnie wyprodukowana (tak, mówię tu też o wczesnych materiałach), że czapki z głów. Do tego dochodzi jeszcze naprawdę wysmakowana angielszczyzna – zupełnie jak w amerykańskich kapelach operujących tym językiem na co dzień.
Nic dziwnego, nie tylko ty tak pomyślałeś.
Dokładnie! Zresztą od razu przypomniała mi się seria koncertów sprzed paru lat firmowana hasłem „Legendy metalu”. Grali tam właśnie Vader, Kat & Roman Kostrzewski oraz Acid Drinkers. Byłem na warszawskim odcinku tej trasy i żeby było zabawniej, to kupiłem bilet za 50 zł! Zupełnie nierealna rzecz jak na dzisiejsze czasy. Jednego wieczora zobaczyłem trzy niesłychanie ważne zespoły, które wyjątkowo mocno na mnie wpłynęły i czułem się zupełnie jak w niebie.
Zaciekawiła mnie kwestia twojej pierwszej styczności z polskim thrashem, bo i stare, i nowe nadwiślańskie kapele z tego nurtu nie są najlepsze na świecie, a momentami brzmią wręcz przypałowo. Uważasz, że podnosicie poziom tej sceny?
Trudno mi odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Uważam, że to ty jako dziennikarz powinieneś rozstrzygać tego typu kwestie, a nie ja – członek zespołu. (śmiech) Nie wiem, czy cokolwiek podnosimy lub obniżamy. Jeśli faktycznie ktoś postrzega nas za powiew świeżego powietrza, bardzo mi miło. Może chodzi o niesamowity rozwój technologii w ostatnich latach? Teraz młodzi wykonawcy mają dużo większe możliwości realizacyjne i super, o to właśnie chodzi. Podejście również się zmieniło – granie bardziej techniczne czy rozgrywanie się do oporu na próbach są totalnie oczywistymi sprawami. Mam wrażenie, że moglibyśmy o tym przegadać całą noc.
Chodzi więc o ogólny wzrost poziomu jakości wszystkiego?
Uważam, że nasze kapele metalowe są po prostu bardzo dobre. Przeróżne składy, zwłaszcza blackmetalowe, to przecież od lat gorący towar eksportowy. Scena thrashowa także się rozwija, a kapel jest coraz więcej. Cieszy mnie taki stan rzeczy. Jest w czym przebierać i jest czego słuchać. Są zespoły bardziej jajcarskie, bardziej crossoverowe, techniczne, melodyjne, brutalne… Gatunek przeżywa u nas prawdziwy rozkwit.
Na koniec coś luźniejszego: istnieje jakaś płyta tak dobra, że chciałbyś cofnąć się w czasie i sam ją nagrać?
Taką płytą zdecydowanie jest „Disintegration” The Cure. Kocham ten album, absolutne arcydzieło. Jeśli tylko posłuchasz ich wcześniejszych materiałów, zauważysz, jak ogromnego progresu dokonali na przestrzeni ledwie dekady. Emocje, liczba warstw, te wszystkie brzmieniowe smaczki… Coś niesamowitego. Chciałbym móc podpisać się pod czymś równie genialnym.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu