„Miłość pozwala bronić się przed światem”. Wywiad z Full of Hell

Dodano: 16.03.2026
Full of Hell od 17 lat konsekwentnie umacniają swoją pozycję jako jeden z największych zespołów współczesnego grindcore’u. Znani nie tylko z jakości i liczby wydawanych płyt, ale także kolaboracji z innymi artystami niosą sztandar ekstremy, docierając do coraz szerszej publiki. O wpływie na młodych fanów, swojej pozycji, etyce pracy i uwielbieniu dla Polski rozmawiałem z wokalistą, Dylanem Walkerem.

Kiedy założyliście Full of Hell w 2009 roku, miałeś ledwie 19 lat. Obecnie macie na koncie około 35 wydawnictw, nie licząc singli. Nie czujesz się trochę zmęczony, wydając tyle hałasu, w tak krótkim czasie?

Szczerze mówiąc doceniam to jeszcze bardziej niż kiedyś. Za dzieciaka byłem pewnie mocniej podjarany, ale obecnie czuję stabilizację i wdzięczność. Im jestem starszy i im dłużej ta muzyczna podróż wypełnia mój czas, tym bardziej wszelkie porażki czy rozczarowania stonowały mój temperament. Nie jestem zbyt utalentowany, więc tym bardziej doceniam to, jak wiele szczęścia mam. Do tego na pewno uważam się za najmniej utalentowanego członka zespołu. Ostatnio moja żona dość mocno się na mnie denerwuje, bo mam problem z usłyszeniem tego, co do mnie mówi. Nawet śmiałem się wczoraj z mamą przez telefon, że nie powinienem się dziwić mojej głuchocie. W końcu gram średnio ponad 100 koncertów rocznie przy głośności znacznie przewyższającej 100 decybeli. To tak jakby siedziało siedziało się przy silniku odrzutowca przez ponad 15 lat – wiadomo, że ogłuchniesz. (śmiech) Tak więc wszystko ma swoją cenę. Ale dalej jestem niesamowicie podekscytowany, nawet pomimo chwilowych wypaleń, których czasem się doświadcza, jak przecież z każdą rzeczą w życiu.

Pytam też dlatego, że widziałem was już kilka razy, a za każdym razem wydajesz się tak samo zaangażowany i rozkoszujesz się tym hałasie, niezależnie od tego czy był to koncert w stosunkowo małym Pogłosie, czy w większym klubie jak Progresja, gdzie supportowaliście Napalm Death. Spodziewałeś się, że to będzie tak duża część twojego życia?

Nie do końca. Myślałem raczej: Jak wpłynęłoby to na moją perspektywę, jeśli wiedziałbym już wtedy, co mnie czeka? Kiedy miałem te 13 lat i grałem swój pierwszy koncert, spodobało mi się to tak bardzo, że od razu poczułem konieczność, by iść w tym kierunku. Wtedy miałem gdzieś, co z tego uzyskam. Po prostu czułem, że instynktownie muszę to zrobić. Dynamika bycia w zespole, nagrywanie płyt, tworzenie czegoś z niczego i granie koncertów to dla mnie do teraz doświadczenie ostateczne. Najlepsze uczucie na świecie. Kiedy wtedy graliśmy przed Napalmami, po prostu cały dzień czułem się niesamowicie radosny! Nie dość, że kochamy grać w Polsce i spędziliśmy świetny dzień z przyjaciółmi, to jeszcze graliśmy przed Napalm Death w tak dużym klubie.

Świetnie obserwuje się tę waszą drogę od małych salek do dużych klubów.

Ma to swoje plusy i minusy. Wzorem naszych muzycznych herosów zawsze uważałem, że taka kapela jak nasza, osadzona w hardcorze czy ogólnie punku, lepiej się sprawdza w małych miejscówkach, co pozwala też na interakcję z publiką. Z wiekiem doceniam również duże sale. Zajebiście jest usłyszeć własną muzykę z tak dobrym nagłośnieniem. 

Przekornie używam słowa hałas, ponieważ pamiętam, jak twierdziłeś, że Full of Hell nie jest wcale jakimś bardzo ekstremalnym zespołem. To co w takim razie według ciebie jest ekstremalne?

Cóż, trochę zrewidowałem swoją opinię. Wiem, że Full of Hell jest pewnie nawet dość daleko w tym ekstremalnym spektrum, ale dalej uważam, że jesteśmy dość przyswajalni. Dla mnie ekstremą są projekty typu harsh noise, takie jak francuski Vomir. Ewentualnie coś co nazwałbym prawdziwym, amerykańskim grindcore’em. W Los Angeles funkcjonuje obecnie totalnie odjechana scena, taki koleś prowadzi tam wytwórnię Blast Addict. Wszystko, co wydaje to taki książkowy grindcore, kurewsko szybki, pojebany do granic. Dobrym przykładem jest świetny Sulfuric Cautery. Kocham też takie rzeczy jak Haggus. Nie chcę jednak, żeby Full of Hell działało w tym samym rzędzie ekstremy. Obecnie tworzymy rzeczy, które będą chyba najbardziej intensywnymi w naszej karierze. Niemniej zawsze staram się pamiętać o tym, że jednym z naszych najlepszych aspektów jest to, że jesteśmy punktem startowym dla fanów, którzy chcą wkręcić się w ostrzejszą muzę. Myślę, że w muzyce jest miejsce i dla takich projektów stuprocentowo zaangażowanych w swoją estetykę, i takich jak my – mieszających różne wpływy. Poza tym dużo kapel, które na nas wpływają, gra death metal. Nie dalibyśmy rady wyprzeć się wpływów Immolation czy Morbid Angel lub Dead Congregation, których uważam za idealny przykład współczesnego death metal.

Jacob Bannon śpiewał gościnnie na waszym jednym kawałku z „Coagulated Bliss”. Niedawno sami Converge raz pierwszy stworzyli swój pierwszy album kooperacyjny. Czy myśleliście o nagraniu czegoś wspólnie?

Byłoby super. Jeśli by nam to zaproponowali, pewnie od razu byśmy przeorganizowali nasz terminarz, żeby tylko to zrobić, ale nie było takich planów. Z tymi kooperacjami jest zawsze tak, że wychodzą nam całkowicie naturalnie. Dosłownie nigdy nie wychodziliśmy z założenia: Ej, zakumplujmy się z tym typem, żeby nagrać wspólnie album. Mamy szczęście, że możemy to wszystko robić na luzie, bez zmiany naszego charakteru. Nie chciałbym wymuszać czegokolwiek, nawet w takich kwestiach jak oprawa wizualna i inne takie. To ma być zawsze współpraca. Szczerze mówiąc, wątpię, by Converge kiedykolwiek nam  coś zaproponowali. Są dość zapracowani. Cieszę się, że nagrali nową płytę i pojechali w trasę. Mają pozycję, która pozwala im na spokojne utrzymywanie się ze swojego rzemiosła. Jednocześnie pozostali w tym prawdziwi. Mamy szczęście być odbiorcami ich muzyki, bo moim zdaniem jest świetna. Są niewiarygodnie dobrzy.

Zasługa w tym pewnie Kurta Ballou. To świetny producent, co słychać też na kilku waszych płytach.

 Dokładnie. Niedługo zresztą wracamy do jego studia. Mam nadzieję, że pod koniec roku.

Skąd pomysł na estetykę „Broken Sword, Rotten Shield”? Śpiewanie o rycerzach i zbrojach nigdy nie wydawało mi się zbyt bliskie Full of Hell.

Przyznam, że w zasadzie od zawsze byłem obsesyjnym fanem high fantasy i to wielka część mojego życia prywatnego. Nigdy świadomie nie odzwierciedlałem tego w Full of Hell, bo nie chciałem też przypisać takiego skojarzenia estetycznego do kapeli. Ale co jakiś czas używałem podobnych metafor, nawet na „Trumpeting Ecstasy” czy „Weeping Choir”. Przy ostatnim wydawnictwie czułem, że chcę napisać coś właśnie w takiej estetyce, więc uznałem, że zrobię tak i tyle. Dokładnie rzecz ujmując wszystko zaczęło się od tego, że Spencer (Hazard, były gitarzysta Full of Hell – red.) znalazł artystę, który wykonał świetne obrazy olejne przedstawiające zwierzaki w zbrojach (inne prace artysty można znaleźć na instagramie pod nickiem theincredibleamoeba – red.). Uznaliśmy, że użyjemy ich do EP-ki, spodobał nam się ten vibe przywodzący na myśl dark fantasy. Ogólnie często dopasowuję tematy tekstów do okładki. Lubię kiedy małe detale idealnie do siebie pasują. Więc miałem w sumie wymówkę – okładka już tak wyglądała, więc mogłem pozwolić sobie na odpłynięcie w tym kierunku. Teksty są o utracie kogoś ukochanego. W tym przypadku chodziło o odejście jednego z najstarszych psów Spencera, którego bardzo głęboko kochał. To właśnie ta bezwarunkowa miłość jest tarczą, która pozwala bronić się przed światem. 

Twoje teksty zawsze wydają się wychodzić poza standardowy repertuar kapel deathmetalowych czy hardcore’owych. Zazwyczaj nie opowiadają o komiksowej, przerysowanej przemocy, ani o polityce. Wydajesz się wrzeszczeć o głębokiej, egzystencjonalnej grozie. Pomimo tego, wydajesz się bardzo optymistycznym gościem. Skąd zatem w tobie chęć do śpiewania o takich okropieństwach?

Pozwala to odreagować. Nie wiem jak ci odpowiedzieć, bo to w sumie tak jakbyś spytał psa czemu szczeka. Od dzieciaka zawsze ciągnęło mnie do takiej tematyki. Jak zresztą u wielu punkowców i metalowców. Zawsze kochałem depresyjne czy horrorowe rzeczy. Myślę, że jakaś część mojego mózgu zawsze zmagała się z koszmarem egzystencji. Chociaż przyznam, że mniej mnie to męczy od kiedy urodziło mi się dziecko. Od tamtego czasu zaszufladkowało mi się to w głowie w sposób łatwiejszy do zniesienia. Z natury czułem się owładnięty strachem, ale czuję się dość optymistyczny w moim podejściu do życia. Muszę po prostu iść do przodu. Ale chodzi też o szczerość i prawdziwe odczuwanie tego o czym się pisze. A kiedy ja próbowałem pisać o czymkolwiek innym, czułem, że nie jest to szczere. Na pewno odnoszę się w moim pisaniu do religii, ale myślę, że dużo ludzi źle to interpretuje. Ale nie będę pisał o mordowaniu ludzi, Szatanie albo całkowitej opozycji do religii abrahamowych. Wystarczająco dużo kapel, które naprawdę mają takie podejście o tym pisze. Lubisz war metal?

Jasne.

Okej, więc kojarzysz temat. Miałem niesamowity problem od kiedy jakieś 10 lat temu masa dzieciaków z przedmieść pod wpływem Revenge zaczęło nagle śpiewać o przemocy i ludobójstwie. Nie kupuję tego i chuj. Ale kiedy czytam o kapelach z Ross Bay Cult albo Blood Chalice to czuję, że to prawda. Że to naprawdę są pojebani dilerzy i skinheadzi, którzy piszą na podstawie tego kim są. I jasne – wiem, że to do pewnego stopnia fantazja. To tak jak z Cannibal Corpse i tą gadką o tym, że “przecież nie zabijamy ludzi, to absurd”. No jasne, ale do pewnego stopnia musi to oddawać prawdziwego ciebie. Dlatego nie umiem pisać o niczym czego nie czuję. Szczerze mówiąc myślę, że większość moich bliskich ma pewnego rodzaju lęki egzystencjonalne. Jakby za duży poziom samoświadomości i zrozumienia był przekleństwem. Bo to potrafi przerazić. Czasem to za dużo, by człowiek mógł to znieść.

Jakieś konkretne kino lub literatura również cię inspiruje?

Jasne. Jeśli chodzi o kino, to kocham twórczość Davida Lyncha. Myślę, że reprezentował wiele tego, co próbuję też zrobić w estetyce i słowach Full of Hell. Potrafił zaprezentować jakąś narrację, która miala dla niego jakieś znaczenie, ale przede wszystkim była otwarta na mnogość intepretacji. Otworzyło mi to pewną klapkę w głowie, bo przecież jeśli nadajesz czemuś konkretne znaczenie, to nie możesz później nadać mu innego. A przy jego filmach mieliśmy do czynienia z labiryntem do własnej interpretacji przez widza. A to dla mnie i, jak sądzę, reszty kapeli jedna z najbardziej magicznych rzeczy powiązanych z jakąkolwiek ekstremalną lub podziemną formą sztuki. To poczucie powiązania z tym czego doświadczasz. Nie wiem czy udaje mi się osiągać podobny efekt, ale sam fakt, że może istnieje gdzieś tam jakiś dzieciak, który intepretuje moją twórczość i uważa, że jest stworzona pod niego, jest ekscytujące. Andriej Tarkowski też jest super. Jeśli chodzi o czytanie to może nie jakoś bardzo. Za młodu czytałem Tolkiena albo Ursulę K. Le Guin. Tutaj pewnie Tolkien bardziej wpłynął na sposób pisania przeze mnie tekstów.

Myślę, że Le Guin trochę też. Chociażby w „Ziemiomorzu”, przekazywała głębokie treści, ubrane w metafory fantasy.

Tak, to prawda. Mam wrażenie, że była mocno niedoceniona, a jej pisanie na wielu poziomach było rewolucyjne. Ale jeszcze co do tego pisania o mroku, to gdy poznałem gości z Immolation, okazało się, że to najweselsi ludzie na świecie. Ale są szczerzy w tym o czym piszą. Myślę, że to naprawdę super, że możesz wyrazić jakiś swój wewnętrzny mrok w sposób, który pozwoli ci się z nim skonfrontować w pozytywny sposób. Dlatego ja też o tym piszę.

Twoi rodzice wprowadzili cię w punk rocka. Z tego co wiem, twoja mama nawet znała osobiście Bad Brainsów i Ramonesów!

Dokładnie. Kiedyś, gdy mi o tym powiedziała, jeszcze za czasów szkolnych, to jej nie wierzyłem. Uznałem, że kłamie, żeby wydawać mi się bardziej fajnie. Uznałem, że to urocze, ale nie wiedziałem po co to robi. I tak już uważałem ją za czadową, nie musiała do tego koloryzować. Ale wyciągnęła wtedy stare albumy, w których była masa starych fotografii. Nie wiem na ile blisko byli, ale faktycznie miała dużo wspólnych fotek. Są tam takie czadowe polaroidy, na których widać młodziutkich Bad Brains. Ramonesów też. Znaczy, inaczej, byli młodzi, ale tak nie wyglądali. Oni całe życie wyglądali jak pierdolone zombie. (śmiech) Moi rodzice nieświadomie wprowadzili mnie w otoczkę romantyzowania tej muzyki. Nie dziwne, że zrezygnowałem z college’u, by zająć się graniem.

Staracie się zawsze zahaczyć o Polskę co najmniej raz na trasę. Podobno zaczęło się od wspólnych koncertów z Calm the Fire, w którym śpiewał Krzysztof Paciorek, zatrudniony wówczas jako wasz kierowca na europejską trasę. Dzisiaj znany jest bardziej jako wokalista niesamowicie popularnego Jadu. Czy dalej się przyjaźnicie?

Stary, kocham każdego z tej kapeli! Tak się jarałem na poznanie każdego z nich, oni wszyscy są skurwysyńsko cool! Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania. Cały czas mega przyjaźnię się z Chrisem. Wszyscy zresztą go kochamy. Przyjaźń na zawsze! Znajomość z nimi była dla mnie jedną z niewielu przyczyn, dla których chciałem wrócić do koncertowania w okresie chwilowego wypalenia. To, że Chris był naszym kierowcą, kiedy byliśmy tak młodą kapelą, złożoną z amerykańskich kretynów, było dla nas bardzo ważne. To była idealna osoba do takiego zadania! Wtedy postrzegaliśmy go jako nieco starszego od nas, mega bystrego punkowca, z większym doświadczeniem. Ma zajebiste, czarne poczucie humoru, otworzył nam też oczy na wiele cech polskiej kultury i historii, na której zresztą bardzo dobrze się znał. Dzięki temu lepiej rozumiemy wschodnią Europę. Obecnie Polsce bliżej do zachodu, ale mamy teraz większe pojęcie na temat tego, co dzieje się z kulturą, kiedy siły zła próbują ją wyplenić. Polskie skłoty też dla mnie zawsze były najlepsze. Byliśmy wtedy zachwyceni tymi około sześcioma koncertami, które zagraliśmy wtedy w Polsce. Nasz pierwszy koncert był w skłocie Elba (warszawski, już nieistniejący – red.), Dave miał wtedy z 16 lat. Nigdy nie graliśmy wcześniej na skłocie, więc to było dla nas w chuj intensywne przeżycie. To był środek zimy, jechaliśmy w nocy, autostradą do Warszawy. Później okazało się, że trwały prace remontowe, więc przez prawie 6 godzin widziałem tylko jakieś jebane kłęby dymu. I to było nasze pierwsze doświadczenie Polski, nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. A potem zjeżdżamy do Elby, która wyglądała w chuj hardkorowo. Wiesz, byliśmy fanami Tragedy, więc chcieliśmy obskoczyć w końcu jakieś skłoty. Było w chuj obskurnie. Świetne miejsce i ludzie. Koncert super. Następnego dnia, próbując wjechać do jakiegoś skłotu w Krakowie przez te ciasne uliczki w chuj mocno zarysowałem samochód. Więc Polska wydała nam się mocno surowa. Z kolei następnym razem, gdy przyjechaliśmy do Warszawy i sobie odpoczywaliśmy przed koncertem odczuwaliśmy mega hipsterski vibe. Więc mieliśmy wrażenie, że Polska to taki miks wszystkiego!

Czy poznałeś albo inspirowałeś się jakimiś polskimi kapelami?

Tak, chociaż obecnie trochę wyleciały mi z głowy, a nie chcę mówić o oczywistościach, które zna każdy w USA jak Furia czy Mgła. Chris pokazywał nam sporo polskich zespołów. Pamiętam, że graliśmy z jakąś blackmetalową kapelą, której nie mogę sobie przypomnieć, przed Immolation. Nazwa brzmiała jakoś podobnie do Azazel, ale chyba…

Może Azarath?

Tak! Azarath. To jest to. Kurwa, ale to było chore, zajebiste gówno. Mój ulubiony rodzaj psychopatów.

Adam Lonkwic

zdj. Damian Dragański

Bilety na koncert Full of Hell kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas