„Na własnych zasadach”. Wywiad z Corrosion of Conformity

Dodano: 27.03.2026
Po ośmiu latach posuchy Corrosion of Conformity wracają z nowym krążkiem. „Good God / Baad Man” ukaże się 3 kwietnia, a dwa miesiące później, 5 czerwca, zespół wystąpi na Mystic Festival. Z liderem grupy, Pepperem Keenanem, rozmawiam o najnowszej płycie, sztuce pisania gitarowych riffów i o tym, czy po 30 latach za mikrofonem czuje się już jako wokalista komfortowo.

Wasz ostatni album, „No Cross No Crown” ukazał się w 2018 roku. Sporo się na świecie zmieniło od tego czasu. W twoim życiu też?

Pozmieniało się, jasne. Niestety – niekoniecznie na lepsze. Na początku 2020 roku zmarł nasz perkusista, Reed Mullin. Krótko potem przyszła pandemia, która na jakiś czas wywróciła życie do góry nogami zarówno mnie, jak chyba każdej osobie na tej planecie. Później i ja, i Woody (Weatherman, drugi gitarzysta Corrosion of Conformity – przyp.red) straciliśmy ojców. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać… Z drugiej strony moja córka ma się dobrze, skończyła niedawno 16 lat. Po dzieciach najbardziej widać, jak szybko leci czas. Ani się nie obejrzymy i będzie po nas. Cóż, mimo tego wszystkiego, postanowiliśmy z Woodym, że musimy wziąć się w garść i napisać trochę nowej muzyki.

Podobno zamknęliście się we dwójkę w garażu, puściliście Black Flag, ZZ Top, Neila Younga, wzięliście gitary do rąk i zaczęliście jammować.

Dodałbym do tego jeszcze piwo. Dużo piwa. (śmiech) Tak to mniej więcej wyglądało. Świetnie wspominam proces pisania nowego materiału. Czuliśmy się, jakbyśmy znowu mieli po 16 lat. Wiesz, spędzaliśmy całe dnie tylko w swoim towarzystwie. Słuchaliśmy muzyki, która nas ukształtowała, piliśmy piwo, gadaliśmy, a kiedy mieliśmy ochotę, sięgaliśmy po gitary – wszystko na totalnym luzie, bez żadnego pośpiechu.

Luksus, na który niewiele kapel może sobie pozwolić.

Żebyś wiedział. Nikt poza mną i Woodym nie miał wpływu na to, co napisaliśmy. Siedzimy w tym biznesie już ładnych parę lat i wiemy co jest spoko, a co nie. Postanowiliśmy, że zrobimy album dokładnie taki, jaki chcemy. Bez słuchania podpowiedzi z zewnątrz. To krążek napisany z perspektywy dwójki fanów muzyki, nie członków zespołu z dziesięcioma płytami na karku, na których menadżerowie czy ludzie z wytwórni wywierają presję, próbując przepchnąć swoje propozycje.

Proces pisania Good God / Baad Man” znacząco różnił się od poprzednich?

Tak. Podeszliśmy do tego w bardzo staroszkolny, punkowy sposób. Nie mamy pojęcia o nagrywaniu, wszystkich tych technicznych aspektach, ale kiedy zrobiliśmy pierwsze demówki, byliśmy zdumieni, jak dobrze one brzmią. To nas nakręciło. Te kawałki były wściekłe, agresywne, waliły słuchacza prosto w twarz. Zaczęły się jednak pojawiać też numery trochę spokojniejsze, będące niemal przeciwieństwami poprzednich. Wtedy wpadliśmy na pomysł nagrania podwójnego albumu, tak żeby podzielić te piosenki na dwie płyty. Cały ten koncept pojawił się na dość wczesnym etapie pisania materiału, na długo zanim jeszcze weszliśmy do studia, a że szło nam dobrze, postanowiliśmy go pociągnąć. Kiedy mówiliśmy potem ludziom, że to będzie podwójna płyta, pukali się w czoło i mówili, że nas do reszty popierdoliło. (śmiech)

No tak, kto w dzisiejszych czasach nagrywa podwójne płyty?

No właśnie. Ale wiesz co? Gówno nas to obchodzi. (śmiech) Nie musieliśmy nikogo słuchać, zrobiliśmy to po swojemu. To nie tak, że ubzduraliśmy sobie podwójny album i na siłę wciskaliśmy tam byle gówna, żeby jakoś te dwie płyty wypełnić. Czuliśmy, że mamy dużo dobrego materiału, a wrzucenie wszystkich tych piosenek do jednego worka stworzyłoby duży chaos. Brakowałoby spójności. Poza tym, mielibyśmy duży problem z wyborem numerów, które musielibyśmy odrzucić. Poszliśmy na całość, ale nie mieliśmy nic do stracenia.

Zgaduję, że wytwórnia nie była zachwycona.

Na początku – ani trochę! Co, paradoksalnie, bardzo nas ucieszyło (śmiech). Z czasem jednak, kiedy zaczęli słuchać tych numerów, kiedy wgryźli się w cały ten koncept, zaufali nam i uwierzyli w ten krążek.

Wspominałeś, że podczas pisania tej płyty czułeś się jak nastolatek. Czy w życiu codziennym czujesz podobny luz?

W tym momencie nie. Ruszyła machina związana z promocją „Good God / Baad Man”, muszę udzielać wywiadów, podejmować różne decyzje – krótko mówiąc, zachowywać się jak dorosły (śmiech). Tamten czas był wyjątkowy i ani ja, ani Woody, nigdy go nie zapomnimy.

Czy podczas prac nad którymś z nowych utworów musiałeś wyjść ze swojej strefy komfortu?

„Brickman” był takim utworem. To przedostatni kawałek na płycie – spokojny, akustyczny. Pomysł na tę piosenkę chodził mi po głowie już od bardzo dawna, kiedyś razem z Woodym zaczęliśmy nad nią pracować, ale nigdy nie nagraliśmy nawet dema, to były tylko wstępne szkice. Mamy już w naszej dyskografii ballady, stonowane rzeczy, ale nigdy nie nagrałem utworu, w którym czułbym, że aż tak się obnażam. To numer wręcz intymny. Uwielbiam jego brzmienie, fajnie wyszła też ta perkusja, na której Stan Moore gra miotełkami. To jeden z moich ulubionych momentów na płycie.

Rzeczywiście – brzmi zupełnie nie jak Corrosion of Conformity, a przy tym… totalnie jak Corrosion of Conformity.

Wiem, o co ci chodzi. Nigdy wcześniej nie nagraliśmy podobnej piosenki, ale słychać tam pewne cechy charakterystyczne naszego stylu. Właśnie dlatego tak lubię Corrosion of Conformity. Wiele można o nas powiedzieć, ale na pewno nie to, że gramy w kółko to samo i nie próbujemy niczego nowego. To byłoby cholernie nudne. Wiele zespołów tak robi – doprowadza mistrzowską formułę do perfekcji, nagrywając dziesięć takich samych płyt. Nie moja para kaloszy. Wolę ciągle przesuwać granice.

Moment, w którym zostałeś wokalistą, był właśnie takim przesunięciem granic twoich możliwości?

Ogromnym! To nie było wyjście ze strefy komfortu, a kilkukilometrowy skok poza nią. (śmiech) Byłem i jestem przede wszystkim gitarzystą, to instrument, który kocham i czuję. Moje śpiewanie zaczęło się od „Vote With a Bullet” z wydanego w 1991 roku albumu „Blind”, ale pierwszą płytą, na której zaśpiewałem w całości było „Deliverance”.

Niezły początek.

Kiedy okazało się, że Karl (Agell, poprzedni wokalisty grupy – przyp. red.) nie zaśpiewa na tej płycie, długo szukaliśmy dla niego zastępstwa. W końcu ktoś rzucił, że to ja powinienem śpiewać. Zaczęliśmy od numeru „Albatross”. Po nagraniu posłuchaliśmy go i… okazał się całkiem okej. Materiał na płytę był już praktycznie gotowy, ale teksty i linie melodyczne napisał Karl. Zrobiliśmy je od nowa. To wymagało ode mnie wiele pracy, ale też wiele pomocy od pozostałych członków zespołu i naszego producenta – Johna Custera. Przy pisaniu tekstów i melodii, a także przy nagrywaniu wokali, przyjąłem prostą zasadę – jeśli coś nie jest idealne, idzie do kosza. Musisz wierzyć w siebie na tyle, by czuć, że to, co słyszysz, to absolutny szczyt twoich możliwości, ale jednocześnie nie możesz zamęczyć tego materiału na śmierć. Więc tak, to było mocne wyjście poza moją strefę komfortu. Zresztą to do teraz nie jest dla mnie komfortowa rzecz. To wieczne użeranie się ze sobą. Upierdliwa sprawa.

Która płyta wokalnie wyszła ci najlepiej?

Najnowsza. Jest pod tym względem bardzo różnorodna. Każdy numer jest zaśpiewany nieco inaczej. Obawiałem się nagrywania wokali do tego krążka, bo po raz pierwszy pracowaliśmy z Warrenem Rikerem, a nie Johnem Custerem, jak do tej pory. To było dziwne uczucie. Nigdy wcześniej nie śpiewałem w studio przed nikim innym niż John Custer. Riker okazał się bardzo dobry w wyciąganiu ze mnie wokali, chłop ma do tego ucho.

Na kim się wzorowałeś zaczynając jako wokalista?

W pewnym sensie na Neilu Youngu. Nie chodzi jednak o to, że chciałem śpiewać w jego stylu. Neil był dla mnie przykładem kogoś, kto nie ma wcale ogromnych umiejętności, ale i tak kładzie na deskach 99% konkurencji. Jego słowa coś znaczą, w piosenkach opowiada historie, i opowiada je całym sobą. Jest w tym, co robi, przekonujący. Nigdy nie próbowałem przeskoczyć Sebastiana Bacha czy Roba Halforda, wiedziałem, że nie mam szans doskoczyć do tego poziomu. Ale Ronnie Van Zant? Neil Young? Do zrobienia.

Bob Dylan albo Mick Jagger też nie są wybitnymi śpiewakami.

Dokładnie, żaden z nich nie ma jakiejś ogromnej skali głosu, do opery by się nie nadali, ale Jagger to przecież jeden z najlepszych frontmanów na świecie! Myślę, że klucz to uwierzyć w to, że jesteś w stanie dobrze śpiewać oraz znaleźć sobie jakiś drobny element, którym się wyróżnisz. Ja poszedłem w „południowe” śpiewanie, w stylu Lynyrd Skynyrd. To wcale nie jest łatwa rzecz, ale nie wymaga szerokiej skali głosu. Jestem z południa, więc przyszło mi to dość naturalnie.

Mam wrażenie, że teksty na najnowszej płycie są bardziej osobiste niż wcześniej. Zgadzasz się z tym?

Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi. Parę dni temu rozmawiałem z jednym dziennikarzem, który zauważył, że w tekstach na tej płycie jest dużo wątków dotyczących końca. Jakbym przeczuwał, że się do niego zbliżam. (śmiech) Cóż, młodszy już nie będę, do tego sporo było śmierci w naszym otoczeniu w ostatnich latach i być może to gdzieś podświadomie przelałem do tekstów, ale nie jestem do końca pewien. Nie widzę tego w ten sposób. Z drugiej strony – staram się pisać teksty, które można interpretować na wiele sposobów, więc jeśli ktoś tak je odczytuje, to luz, nie mam z tym problemu.

Fundamentem muzyki Corrosion Of Conformity jest riff. Zatem – jak napisać dobry gitarowy riff?


Nie wiem, zapytaj Tony’ego Iommiego (śmiech).

To właśnie chyba Iommi powiedział kiedyś, że to nie ty znajdujesz riff, to riff znajduje ciebie.

Ładne i prawdziwe. Myślę, że nie ma żadnego magicznego tricku, dzięki któremu będziesz w stanie pisać zabójcze riffy. Albo to czujesz, albo nie. Chodzi o szczegóły, często niemal nieuchwytne. Dlatego tak ważne jest, aby mielić i jeszcze raz mielić każdy riff. Moim zdaniem każdy gitarzysta rytmiczny powinien posłuchać boksa „Vol. 4” Black Sabbath. Na demówkach słychać, jak Iommi pracował nad utworami. Grał te riffy po 50 razy, aż w końcu brzmiały jak trzeba. Wypracowywał to, ślęczał nad nimi i w końcu znajdował w nich magię. Albo to magia znajdowała jego.

Kogo jeszcze podziwiasz?

Billy Gibbons to mistrz. Robin Trower. Dimebag Darrell. Jednym z moich ulubionych gitarzystów jest też R. L. Burnside. Totalny kozak. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Wszystkich ich łączy jedna rzecz – i to jest moim zdaniem klucz do sukcesu – a mianowicie potrafili znaleźć swoją tożsamość. Wypracowali swój charakterystyczny styl. To nie jest łatwa sztuka, każdy z nich ma w rękach ten sam instrument, z którego wydobywają się mniej więcej te same dźwięki. Iommi opiera się głównie na pentatonice bluesowej, ale potrafił wycisnąć z niej więcej niż inni. Geniusz.

Lada moment ruszasz w trasę z dwoma zespołami –Corrosion of Conformity oraz Down. Na Mystic Festival zagrasz jednego dnia dwa koncerty. Skąd bierzesz na to siłę?

Odpowiedzią jest to cacko, które trzymam na kolanach (Pepper przez sporą część naszej rozmowy pogrywał na gitarze – przyp. red.). Nie ma nic lepszego niż wyjście na scenę przed kilkunastotysięczny tłum, rozkręcenie wzmacniaczy w opór i robienie hałasu. To spełnienie moich marzeń z dzieciństwa. Jeśli mogę to zrobić dwa razy tego samego dnia – tym lepiej!

Paweł Drabarek

zdj. Danin Drahos

Bilety na tegoroczny Mystic Festival kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas