Najlepsze metalowe EP-ki. Część trzecia

Dodano: 12.01.2026
W tym cyklu przyglądam się najlepszym metalowym EP-kom. Ta część będzie jednak wyjątkowa. Pod lupę wziąłem najciekawsze, moim zdaniem, mini-albumy, które składają się tylko z jednej kompozycji.

Meshuggah – „I”

Zaczynamy od „I”. Wydawnictwo ukazało się w czasie, gdy niektórzy mogli podejrzewać Meshuggah o wypalenie. Zespół od swoich „metallikowych” (z naciskiem na „…And Justice For All”) korzeni przeszedł do tworzenia czegoś zupełnie innego, dając początek nowemu gatunkowi muzycznemu. Tyle że o ile „Chaosphere” do dziś jest czymś ekstremalnym, robiącym piorunujące wrażenie, o tyle „Nothing” pokazało, że Szwedom grozi los AC/DC. Ot ironia, jeden z najbardziej innowacyjnych zespołów w historii mógłby stać się nudny i przewidywalny (w efekcie, po latach, właściwie do tego doszło, ale to temat na osobną opowieść)!

„I” pokazało, że na tamtym etapie rozwoju muzycy Meshuggah potrafili jeszcze zaskoczyć i nie bali się eksperymentować z formułą. Bo czym innym jest skomponowanie aż 21-minutowej kompozycji utrzymanej w charakterystycznym stylu grupy?

Ostatecznie EP-ka okazała się wstępem do „Catch 33”, które jest niejako rozwinięciem idei z „I” – djentową suitą, wieńczącą złotą erę w dziejach Meshuggah.

Gorguts – „Pleiades’ Dust”

Gorguts to zespół, który z nieznanych mi przyczyn nie zrobił takiej kariery, na którą zasłużył. Może chodziło o brak szokujących okładek i makabrycznych tekstów… To też grupa, która rozwinęła w pełni skrzydła dopiero w późniejszych okresie swojej działalności – na „Colored Sands”  i przede wszystkim na EP-ce „Pleiades’ Dust”.

Nieco ponad półgodzinna kompozycja nie bez powodu zainspirowała muzyków z Deathspell Omega. Luc Lemay miał puścić im jej wersję demo, gdy pracowali nad „The Synarchy of Molten Bones”. Pełno tu dysonansów, połamanych rytmów, momentami wręcz skrajnie freejazzowych zagrywek i skomplikowanych przejść na bębnach. Najbardziej fascynuje jednak to, że przy całym tym zagmatwaniu całości słucha się z… przyjemnością. To efekt tego, że muzyka jest progresywna, a przez to nie nudzi. Dla fana tego typu dźwięków może być przygodą, którą przeżywa się wiele razy na nowo.

Deathspell Omega – „Diabolus Absconditus”

Deathspell Omega to prawdopodobnie najważniejszy blackmetalowy projekt początku XXI wieku. I piszę o „projekcie” nie tylko dlatego, że trudno uznać ich za pełnoprawny zespół – nie grają koncertów i nie do końca znany jest skład (tożsamość perkusisty to chyba jedna z największych zagadek ostatnich dekad!). Chodzi też o to, że działalność Deathspell Omega wykracza daleko poza granie muzyki: to też promowanie określonej ideologii, spójny koncept filozoficzny i graficzny, wymagający od chcącego go w pełni pojąć fana ogromnego zaangażowania.

Pisząc to, nie mam też złudzeń: większości wystarczyć będą tylko dźwięki. Na tym polu mamy jednak do czynienia z czymś, delikatnie mówiąc, niebanalnym.

Dysharmonie nie są w black metalu niczym nowym. Tyle że Francuzi wynieśli je w swojej twórczości na inny poziom, głównie na nich opierając pomnikowe utwory. Sami przyznają się do inspiracji muzyką Krzysztofa Pendereckiego i Gorguts, ale na tej bazie zbudowali coś bardzo dalekiego od swoich darkthrone’owych korzeni.

„Diabolus Absconditus” to nieco ponad 22-minutowy utwór, który wypełnił w całości EP-kę o tym samym tytule. Jest to z pewnością jedno z najciekawszych dokonań Deathspell Omega: uczta dla fanów dysharmonii, ale też specyficznej atmosfery, którą tylko twórcy „Fas…” potrafią wykreować.

Jacek Walewski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas