Najlepsze płyty koncertowe. Część pierwsza

Dodano: 11.03.2026
Płyty koncertowe to trochę wymarły gatunek. Nie budzą już takich emocji co kiedyś. Powód? Wysyp nagrań live na YouTube. W jakim celu zespoły powinny nagrywać takie wydawnictwa, skoro fani mają dostęp do zapisu niemal każdego koncertu i to za darmo? Tym bardziej jednak warto powrócić do czasów, gdy nagranie udanego albumu „na żywo” było ambicją gigantów i dowodem na to, że prowadzi się pełnoprawny zespół.

Metallica – „Live Shit: Binge & Purge”

Zaczniemy od klasyka i wydawnictwa, które przez lata śniło się fanom Metalliki, a i dziś uchodzi za kultowe. Bo czego nie ma w tym boksie? Monumentalny album, dokumentujący na trzech płytach CD koncerty (to zlepek nagrań z paru występów) z trasy promującej „Black Album”. Wzbogacają to nagrania video (pierwotnie na kasetach VHS, obecnie DVD) z kolejnych koncertów: dwóch z 1992 r. i dwóch z 1989 r. Trudno o lepszy pokaz siły Metalliki z tego okresu!

Możemy też zobaczyć, jaką drogę zespół przeszedł w niedługim okresie. Pod koniec lat 80. grał koncerty halowe, na początku kolejnej dekady prezentował imponujące show na wręcz absurdalnej scenie, o której muzycy z Slayer czy Megadeth tylko mogli pomarzyć.

Fani wielkich spektakli będą zachwyceni koncertami z tour promującego „Czarną płytę”, ci bardziej konserwatywni, tęskniący za „starą” Metalliką, otrzymają tu pełnokrwistą metalową mielonkę w postaci kultowego koncertu z Seattle z 1989 roku.

Slayer – „Decade of Aggression”

Skoro było o Metallice, musi być o Slayerze i równie kultowym albumie koncertowym. „Decade of Agression” to najwspanialsze podsumowanie 10 lat działalności twórców „Reign in Blood”. Oczywiście, fani mogli marzyć o takim boksie jak „Live Shit”, ale panowie Araya, King, Hanneman i Lombardo nie mieli aż tak dużego potencjału komercyjnego, by wytwórnia zaryzykowała taką inwestycję. Niewiele jednak brakowało, gdyż pierwotnie były plany wydania także VHS. Spełzły, niestety, na niczym.

Obraz nie jest tu jednak konieczny – wystarczy brutalna thrashowa młócka, która sączy się z głośników. A Slayer jest tutaj bezwzględny: intro „Hell Awaits” wprowadza „tylko” niepokojącą atmosferę, ale chwilę później rozpoczyna się istne pandemonium. Można kłócić się o to, czy nie brakło tu czegoś z debiutu lub „dwójki”, ale prawda jest taka, że to Zabójca w pigułce. Przynajmniej, jeżeli chodzi o płyty wydane do 1991 roku.

Iron Maiden – „Rock in Rio”

Teraz mkniemy przez lata – aż do początku XXI wieku. Niedługo wcześniej do Iron Maiden wrócili Bruce Dickinson i Adrian Smith, wraz ze starymi kolegami nagrali świetny album „Brave New World”. Wielki powrót do serc fanów udokumentowali płytą „Rock in Rio”.

Pod sceną 250 tys. osób, na niej jeden z największych zespołów metalowych świata. Czy to mogło się nie udać? 

Setlista to podsumowanie dyskografii zespołu – mamy tu więc największe hity Brytyjczyków, które sąsiadują z wyborami nieco mniej oczywistymi (nagrane z Blaze’em „The Clansman”, „Sign of the Cross”). Dickinson po raz kolejny udowadnia, że urodził się, by dyrygować tłumami.

Mayhem – „Live in Leipzig”

Celowo umieszczam tu ten niemal-bootleg. Świetnie kontrastuje z wydawnictwami Metalliki, Slayera i Iron Maiden. O ile płyty tych gigantów to super-produkcje, o tyle „Live…” Mayhem to coś prawie amatorskiego, rejestracja koncertu, na który – wnioskując z odgłosów, jakie wyłapały tego wieczoru mikrofony – nie przyszło przesadnie wielu fanów.

W 1990 r. wszyscy członkowie Mayhem jeszcze żyli, materiał, który potem trafił na „De Mysteriis…”, istniał w postaci demówek. O sukcesie komercyjnym muzycy bali się chyba pomarzyć, by ktoś ich nie wyśmiał. Czy dlatego można wyczuć tu wielką frustrację muzyków? Dead swoim wokalem przeraża (nawet krzykami między utworami), gitary nieprzyjemnie rzężą, partie perkusji brzmią jak mordercza kanonada.

Warto przypomnieć pewną anegdotę, która bywa często przywoływana w dyskusjach o początkach black metalu. Muzycy, którzy potem tworzyli największe zespoły tego gatunku, mieli ponoć pojawić się na koncercie Slayera w Norwegii, na którym Tom Araya prosił fanów pod sceną, by się uspokoili i nie zrobili sobie krzywdy. Tym też różnią się obie koncertówki – na „Decade…” słyszymy świetny, profesjonalny koncert metalowy, „Live…” to zapis terapii krzyku pierwotnego Deada, zwiastujący tragiczny finał jego biografii.

Jacek Walewski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas