Płyta, dzięki której zapragnąłem zostać muzykiem:
Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym zapragnąłem chwycić za instrument. Myślę, że był to raczej dość naturalny etap na drodze ewolucji każdego młodego metalowca w czasach, w których dorastałem. Pamiętam natomiast doskonale, kiedy nabrałem świadomości tego, czym jest muzyka, której chcę słuchać. W mojej wczesnej młodości był okres, gdy nie mieliśmy w domu sprzętu grającego. W szóstej klasie podstawówki kumpel pożyczył mi przenośnego Kasprzaka i siatkę kaset – od Madonny przez Pet Shop Boys, Technotronic aż po Jean-Michel Jarre’a. Nie spałem pół nocy, przerzucając kolejne taśmy, aż doszedłem do tej jednej, która mną totalnie zamiotła. Brzmiało to zupełnie inaczej. Od pierwszych dźwięków zakochałem się w tej idealnej mieszance groove’u, melodyjności i energii. Tą taśmą było „Killers” Iron Maiden. Po dziś dzień jest to jeden z moich ulubionych albumów, który w moich uszach nie zestarzał się nawet o sekundę. Słuchając go, nadal dostaję gęsiej skórki.
Płyta, której się wystraszyłem przy pierwszym odsłuchu:
Pamiętam dokładnie wieczór, jakich było wiele w połowie dwutysięcznych, kiedy to pomieszkiwałem na warszawskich Stokłosach – niemal „po sąsiedzku” z Karolskim i Paffką, których bardzo często odwiedzałem w ich mieszkanku na Sadybie. Przewijało się tam wiele nosów i zawsze było ciekawie. A był to okres, kiedy pomimo galopującej nerwicy oraz napadów paniki i stanów lękowych, nie odmawiałem nabitej lufy. Właśnie w jeden z takich wieczorów w odwiedziny do chłopaków przyjechał również red. nacz. Łukasz Dunaj. Jak zwykle miał ze sobą jakieś ciekawostki. Tym razem było to DVD „Through Eyes of the Undead” Necrophagii. Nieświadom zagrożenia, spizgałem się jak prosię i w takim stanie zabraliśmy się za oglądanie, jak to Anselmo na gitarze wygrywa. Z minuty na minutę było tylko gorzej. A przy zwolnieniu w „Burning Moon Sickness” myślałem, że umrę. Do tej pory prześladują mnie krzyki uwięzionej w klatce panienki, którą John Martin zmusza do oglądania, jak ćwiartuje jej chłopaka. W życiu, ale to W ŻYCIU nie byłem bardziej przerażony!
Płyta, która zmieniła moje postrzeganie danego gatunku lub muzyki w ogóle:
Lubię takie momenty, w których głowa otwiera mi się na jakieś nieznane wcześniej muzyczne klimaty albo takie, których istnienia miałem świadomość, ale których nie potrafiłem zrozumieć czy docenić. Doceniam je tym bardziej, im jestem starszy, bo dają mi poczucie, że nie popadłem jeszcze w starczą stagnację i wciąż potrafię przyswoić coś nowego. Nie są to w moim przypadku istotne rewolucje, bo wiem, jak bardzo jestem z tyłu w porównaniu do współczesnych trendów, ale postrzegam je jako małe sukcesy. Takimi otwieraczami były dla mnie na przykład Lingua Ignota i „Caligula”, albumy Battles czy rewelacyjny „We Like It Here” Snarky Puppy. Zdarzyło się też, że doceniłem dorobek muzyczny po przeczytaniu książki. Tak było z płytami Mayhem z okresu z Maniaciem, których zupełnie nie rozumiałem w czasie, gdy się ukazywały, a które szczerze pokochałem po poznaniu odrobiny historii i kontekstu ich powstawania po przeczytaniu „Black Metal: Ewolucja Kultu” Dayala Pattersona.
Płyta, która definiuje to, kim jestem jako człowiek:
Żeby właściwie odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym najpierw znać tę definicję. Jest to chyba zbyt obszerny temat, żeby dało się dobrać taki album. Tym bardziej, że każdy z nas ma wiele czapek i twój nastrój z poranka może mieć zupełnie inną ścieżkę dźwiękową niż ten wieczorny. Jeżeli rozmawiamy w kontekście tworzenia muzyki i potrzeby wyrażania się artystycznie (które nadal targają moją codziennością), to najmocniej utożsamiam się chyba z przekazem Katowskich „Nocy Szatana”. Ten utwór zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Im jestem starszy, tym bliższy jest mi tekst Kostrzewskiego. Albo przynajmniej moja jego interpretacja, w której mój plan jest może niekoniecznie nieobliczalnie wyraźny i dobrze zdefiniowany, ale zdecydowanie jest siłą sprawczą i motywacją do łamania biczy codzienności i wyłamywania z ram życia realności dziennych kiczów. By choć przez chwilę sobą być.
Płyta, która może być ścieżką dźwiękową dowolnej imprezy:
W tę kategorię wrzuciłbym bez wahania cokolwiek z dorobku Steel Panther. Jakieś trzy lata temu przechodziłem okres totalnej fascynacji tymi kolesiami. Sposób, w jaki przekuwają w oręż każdą możliwą klisze hair metalu wczesnych lat 80. jest totalnie mistrzowski. Jest to chyba największy tongue in cheek jaki znam. Do tego całość zaserwowana jest w najlepszej jakości wykonania. Pod obcisłym spandeksem i perukami kryją się wyśmienici muzycy i kompozytorzy. Ich utwory są świetnie zrobione, a do tego równie dobrze wykonane. Kupuję ich w 100%, ale mam świadomość, że nie każdemu może leżeć ten rodzaj humoru. Z takich imprez wychodzę.
Płyta z najbardziej życiowymi tekstami:
Długo szukałem w odmętach mocno podziurawionej pamięci albumów, które pamiętam również za teksty. Akurat w moim przypadku jest to dość spore wyzwanie, bo dla mnie zawsze liczyła się przede wszystkim muzyka i ogólny nastrój, czy wibracje tego co odbieram. Wokal traktuję po części jako kolejny instrument, którego specyfika polega na tym, że nakłada on jakby ostatnią warstwę emocji w kawałku. Także w większości przypadków nie mam zielonego pojęcia, o czym jest śpiewane lub krzyczane na płytach, które znam. W każdym razie udało mi się dogrzebać do wspomnień związanych z jedną taśmą katowaną do zdarcia – dla tekstów właśnie, bo dość trafnie opowiadały o realiach tamtych czasów. Mówię tu o „My już są Amerykany” Piersi. Na marginesie tylko wtrącę, że był to czas, w którym Kukiz był cool i politykował głównie poprzez swoją twórczość sceniczną.
Płyta, którą uwielbiam, choć nikt by mnie o to nie posądzał:
Kolejne super ciężkie pytanie, bo nie mam zielonego pojęcia o co jestem posądzany. Nigdy nie kryłem się z tym, że lubię płyty z bardzo różnych muzycznych obszarów – od Battles, czy Tove Lo po Brutal Truth i Vangelisa. W tej mojej otwartości jestem równocześnie bardzo selektywny. Nie mogę powiedzieć, że istnieje konkretny gatunek, który kocham całościowo. To zawsze są pojedynczy wykonawcy, albumy, czy nawet piosenki. Z takiego na przykład thrashu toleruję tylko wczesne albumy Metalliki i Megadeth oraz kocham do bólu „The Years of Decay” Overkill. Reszta mnie dość mocno drażni. Tak że wygodniej będzie mi chyba wymienić płytę, za którą nie przepadam, choć mogłoby się wydawać, że ją uwielbiam. Takim albumem jest na przykład „De Mysteriis Dom Sathanas”, który przynajmniej w Norwegii zawsze wygrywa o kilka długości wszystkie rankingi. Doceniam oczywiście ogromne brzmienie, masę świetnych riffów czy nowatorskie wokale Attili, ale w ogóle nie sięgam po tę płytę. Dużo bardziej wolę okres z Maniaciem na wokalach. „Chimera” to dla mnie prześwietny album i odświeżam go bardzo często. Podobnie mam z twórczością Varga – jedyna płyta, jaką rozumiem to „Fallen”. Cała reszta może dla mnie nie istnieć.
Płyta, której słuchania nie życzyłbym najgorszemu wrogowi:
Lubię myśleć o sobie, że nie mam zbyt wielu wrogów. A już tym bardziej takich „najgorszych”. Nie mam też albumów, których tak szczerze bym nienawidził. Jest oczywiście cała masa płyt, których zupełnie nie rozumiem i nie trawię, chociaż są to pozycje często wysoko uznane w jakichś tam kręgach, a nawet kultowe, więc co ja tam wiem. Ale jeżeli miałbym wybrać taki album, to nie życzyłbym im (tym wrogom) słuchania moich produkcji, bo raczej nie są adresatami moich prób malowania emocji dźwiękami.
zdj. materiały artysty