Styl bohatera dzisiejszego odcinka „Poznajmy się” to także interesująca kwestia. Z reguły jego głównym orężem jest charakterystyczne dla nordyckiego death metalu „tupa tupa”, czyli najoczywistszy wariant slayerowego beatu, ale dookoła niego dzieją się ciekawsze rzeczy. Tu czy tam muzyk wrzuci niemal progrockowe przejście, gdzie indziej zaserwuje miniaturowe perkusyjne solo, ale to zawsze tylko dodatki. Chodzi przede wszystkim o granie z takim poziomem wyczucia rytmu i brutalności death metalu, by trzymać dany zespół w ryzach. Zawsze dawał sobie z tym radę.
TA PIERWSZA: Repugnant – „Hecatomb” (To the Death)
Zdecydowana większość ludzi, która zetknęła się z Repugnant, powie, że to po prostu „ten deathmetalowy projekt Tobiasa Forge z Ghost”. Tymczasem wszyscy – albo prawie wszyscy – koneserzy metalu śmierci biją pokłony przed nieistniejącym już szwedzkim zespołem. Dlaczego? Swoje robią dobre piosenki, ale jest coś jeszcze, czyli składanie hołdu latom 80. na długo zanim wszystkie młode kapele uznały, że granie w starym stylu to ich konik. Słowem: formacja ze Sztokholmu grała retro przed trendem na retro. Właśnie dlatego „Hecatomb” jest tak dobrą EP-ką. Forge syczy i ryczy w najlepsze, a Chris Piss (bo taką ksywą się wtedy posługiwał) tłucze przejścia po równo kanciaste, jak i pełne finezji. Jego gra jest jednym z budulców tego materiału, będącego listem miłosnym do najwcześniejszego Morbid Angel, Necrovore, Sadistic Intent oraz przede wszystkim Celtic Frost. W kontekście ostatniego z wymienionych składów chodzi nie tylko o cover „The Usurper”, ale także totalną powagę złączoną z beztroską jatką. Klasyka – nie bójmy się tego słowa.
TA ZAPOMNIANA: Kaamos – „Kaamos” (Candlelight)
Jak wspomniałem wcześniej, Chris Barkensjö nigdy nie został jedną z ikonicznych postaci świata szwedzkiego death metalu. Oczywiście w gatunkowym podziemiu jest doskonale kojarzony, ale na tym koniec. Chociaż te 23 lata temu sam zainteresowany mógł czuć głód na coś znacznie więcej… Kaamos podpisało papiery z cenioną Candlelight Records jeszcze przed premierą debiutu, sam zainteresowany był ledwie dwudziestoparolatkiem, ale mimo tego „Kaamos” przeszła bez wielkiego echa. Trzeba być nieźle wkręconym w metal śmierci po skandynawsku, by znać ten album od A do Z. Przykra sprawa, ponieważ rzeczony krążek dosłownie morduje słuchacza. Tu nie ma kombinatoryki – jest frontalny atak. Nawet w bardziej doomowych sekwencjach z głośników sączy się jad, który później rozbryzguje wszystko dookoła przy kolejnym d-beacie, jeszcze jednym sprincie… Duża w tym zasługa Chrisa, który zasuwa na bardzo wysokich obrotach, a przy tym prawie w ogóle nie gra blastów. Wyobraźcie sobie bębny z debiutu Merciless, ale zagrane przez profesjonalistę i dostaniecie partie na „Kaamos”.
TA KLUCZOWA: Lik – „Carnage” (Century Media)
Kluczowa, ponieważ Lik jest pierwszym zespołem Barkensjö, który cieszy się niemałym zainteresowaniem za życia, a nie ileś lat po pochowaniu do grobu. Jeśli nie znacie tej załogi (w której skład wchodzi jeszcze m.in. Niklas Sandin z Katatonii), to gwarantuję, że każdy fan pełnokrwistego szwedzkiego death metalu będzie nią zachwycony. Cudów w tej kapeli nie znajdziecie, rekonstrukcji gatunku również nie, ale za to najlepsze patenty wyciągnięte z Entombed czy Dismember (z nieco większym naciskiem położonym na tych drugich) już jak najbardziej. Tak naprawdę w tym miejscu mógłbym wskazać dowolny krążek Lik, ale najzwyczajniej w świecie przy „Carnage” moje serce bije najmocniej. Heavymetalowe melodie w „Rid You of Your Flesh” skłaniają do mimowolnego nucenia pod nosem, „Celebration of the Twisted” to rasowy hit pod koncerty, „Cannibalistic Infancy” uderza znienacka małym perkusyjnym solo Chrisa, po drodze trafiają się też doomowe walce… Trudno wytropić na tym materiale coś rażącego. Same strzały, samo gęste.
Już niebawem Lik pojawi się w Polsce dwukrotnie – zobaczymy ich 31 marca w warszawskim VooDoo oraz dzień później w krakowskim Zaścianku. Kto widział ich na żywo, ten wie, że w wydaniu koncertowym te utwory żrą jeszcze mocniej niż z płyt. Nie przegapcie tego.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały Lik