W ostatnim czasie (tj. kilka miesięcy temu) o Witch Fever zrobiło się głośno z racji wywiadu, w którym bez ogródek przyznały, że życie muzyka w trasie – nawet takiej supportowej po arenach – to ciężki kawał chleba. Pieniędzy jest mało, wyżyć z tego się nie da… Był moment, w którym wypowiedzi artystek w tej sprawie niosły się szerzej od muzyki. Wolałbym, by wyglądało to odwrotnie, ponieważ te rozwścieczone dziewczyny mają masę argumentów na swoją korzyść, jeśli o piosenki chodzi. Udowodnię to w poniższym przeglądzie ich dyskografii.
PIERWSZA EP-KA: „Reincarnate” (Music For Nations)
Pamiętacie może grunge z tych czasów, gdy jeszcze nikt za bardzo nie nazywał go grunge’em, a po prostu sceną Seattle? Mówiąc dokładniej: mam na myśli raczej najwcześniejszą Nirvanę, Mudhoney czy Screaming Trees niż na przykład komercyjne triumfy Pearl Jam lub Soundgarden. Mniej więcej taką propozycję artystyczną Witch Fever oferują na „Reincarnate”. To muzyka bez dokładnego klucza gatunkowego. Chodzi o nastrój i ekspresję, a nie szereg cech dystynktywnych. Na pierwszym mini-albumie Brytyjki są rozjuszone. Brzmią jak hybryda obsceniczności L7 i posępności Black Sabbath. Kąsają, rzucają się, krzyczą, chwytliwość kontrują ciężarem, brudem, a przede wszystkim hałasem. Te piosenki wpadną wam w ucho i jednocześnie je odgryzą. Numer tytułowy to esencja. Posłuchajcie – przepadniecie od razu. „Reincarnate” jest materiałem z gatunku tych, które nagrywa się tylko raz w życiu. Takiego poziomu jadu i chamówy po prostu nie da się później, jako dojrzała kapela, odwzorować. Rzecz obowiązkowa do sprawdzenia.
PEŁNOPRAWNY DEBIUT: „Congregation” (Music For Nations)
Premiery „Reincarnate” i „Congregation” dzieli niecały rok, ale widać, że przez ten czas Witch Fever nie zbijały bąków. Pierwszy pełniak angielskiej załogi to już nieco inny kawałek chleba od szału wypełniającego EP-kę. Tym razem ich muzyka – mimo że wciąż żywotna – przybrała inny kształt. Do głosu doszły nowsze odmiany hardcore’a (zwłaszcza w melodyjnych partiach gitar), a także mocno wyeksponowany pierwiastek gotycki – w tym przypadku bardzo deathrockowy. Dzięki temu numery są nie tylko bardziej zróżnicowane, ale i bardziej dynamiczne. Jednak nie bójcie się. Pozostałe elementy nie zostały tknięte. To w dalszym ciągu grunge’owopodobna, punkowo-metalowa zaraza. Na szczęście rozwój Witch Fever nie zachwiał stylem grupy do tego stopnia, by się ugrzeczniała czy brzmiała jak rozwodniona wersja siebie. Już nawet szybki kontakt z takim „Blessed Be Thy” to udowadnia. Dziewczyny wciąż są groźne i nie ma z nimi żartów, lecz tym razem zamiast od razu się na was rzucić, będą przyczajone, a każdy atak poskutkuje mocniejszymi obrażeniami.
TA NAJNOWSZA: „Feveraten” (Music For Nations)
Zmieniły ścieżkę. I to jak! Na drugiej płycie Witch Fever gniewu nie brakuje, ale jeszcze istotniejsza w tej układance wydaje się ciemność. Już debiutancki, przytaczany wyżej „Congregation” sugerował, że formacja może w przyszłości eksplorować bardziej gotyckie rejony i „Fevereaten” stanowi tego potwierdzenie. Najnowszy krążek składu z Manchesteru jest więc zdecydowanie bardziej klimatyczny, a nawet przebojowy od tego, co kapela robiła wcześniej. Nie wierzycie? To sprawdźcie „The Garden”, które brzmi jak najmroczniejsze wątki Soundgarden skrzyżowane z shoegaze’em czy wręcz indierockowe, a przy tym wciąż posępne „Safe”. Angielki bezproblemowo odnajdują się w nowej dla siebie estetyce. Od czasu do czasu przyłożą doomowym riffem, w innych chwilach zakręcą w duszny post-metal spod znaku Chelsea Wolfe, a na przykład w utworze tytułowym oferują także subtelne partie instrumentów smyczkowych. Nie myślcie jednak, że ktokolwiek tu spokorniał. „Dead to Me” czy „See Ya Next Tuesday” to sam żar, za który wszyscy je pokochaliśmy. Kawał płyty.
Jednocześnie przypominamy, że Witch Fever są totalnie zabójcze na żywo. Zwłaszcza w małym ciasnym klubie. Właśnie dlatego zapraszamy was na ich koncert, który odbędzie się 17 kwietnia w krakowskim Gwarku. One nie zostawiają jeńców. Możecie być pewni.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu