„Przystopować z patosem” – wywiad z Red Scalp

Dodano: 25.02.2025
Red Scalp po pięciu latach wydawniczej ciszy wrócili z EP-ką „Hallucinations”, która ma wyznaczać początek nowego, bardziej psychodeliczno-garażowego etapu działalności zespołu. Red Smoke Festival obchodzi w tym roku swoje dziesięciolecie, a dotychczas ogłoszone nazwy sugerują, że nie będzie to edycja jak każda inna. Wypytaliśmy Jędrzeja Wawrzyniaka o zespół, festiwal i wszystko pomiędzy.

„Hallucinations” to pierwszy materiał Red Scalp od czasu wydanej w 2019 „The Great Chase in the Sky”. Co się u was działo po premierze tamtej płyty?

Po wydaniu tego albumu zagraliśmy chyba dwa koncerty i przyszła pandemia, a przynajmniej nadchodziła już wielkimi krokami, więc promocja płyty i wszystkie nasze plany koncertowe zostały wstrzymane. Wiadomo, co działo się później. W międzyczasie rozstaliśmy się też z naszym drugim gitarzystą, Łukaszem, który poszedł w nieco inne klimaty. Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby odświeżyć formułę i przearanżować kawałki, które były zrobione z myślą o dwóch gitarach. Nie ukrywam, że było to wyzwanie, żeby zagrać niektóre numery na nowo już z innym instrumentarium.

Powiedziałbyś, że ta EP-ka to jest rzecz, której poświęciliście jak do tej pory najwięcej czasu?

Na pewno tak. Najwięcej czasu zajęło nam w ogóle dojście do momentu, w którym postanowiliśmy wydać kolejny materiał. Niektórym z nas trochę skomplikowały się życia, więc czas na granie też się zredukował. Ale na pewno jest to najbardziej przemyślany i dojrzały materiał Red Scalp – może to „tylko” krótka forma, ale sygnalizuje kierunek, w którym chcemy iść. Same nagrania okazały się bardziej czasochłonne niż wcześniej, podobnie miks i master. Po raz pierwszy nie nagrywaliśmy na setkę. Na ostatnich trzech albumach nauczyliśmy się, co można poprawić, przepracowaliśmy to i mam nadzieję, że ta EP-ka jest już wynikiem większej dojrzałości i świadomości – czy to muzycznej, czy produkcyjnej – jak to wszystko ogarnąć.

A nie masz wrażenia, że przed pandemią narzucaliście sobie czasem zbyt szybkie tempo? Nie chcę przez to powiedzieć, że te płyty wydają się niedopracowane, bo tak nie jest, moim zdaniem każda pokazywała wasz rozwój. Tak czy inaczej trzy płyty wydane w cztery lata to naprawdę sporo.

No fakt, że trochę wtedy pędziliśmy. Po wydaniu „Rituals” dostaliśmy dużego kopa, bo album spotkał się z bardzo fajnym odbiorem. Kolejna płyta powstawała trochę na fali tego wszystkiego; weny nie brakowało, każdy z nas chciał działać. Jeśli chodzi o „The Great Chase in the Sky”, to faktycznie wydaje mi się, że mogliśmy posiedzieć nad tą płytą trochę dłużej, chociaż nie uważam, że coś tam jest nie tak. Po prostu podeszliśmy do niej na szybko: gonił nas termin w studiu i nie było jak go przełożyć, więc mieliśmy założony jakiś deadline. Ale myślę, że to nas nauczyło, by nigdzie się nie śpieszyć, bo nie o to chodzi. Wolimy dostarczyć jak najwyższą jakość, nie: dostarczyć coś jak najszybciej.

Zredukowanie składu zespołu do czterech osób i jednej gitary było głównym powodem zmian, które słyszymy na EP-ce, czy taki kierunek klarował się już wcześniej?

Coś w tym stylu klarowało się już wcześniej. Z drugą gitarą było o tyle inaczej, że mieliśmy więcej różnych wpływów, bo Łukasz też dawał riffy od siebie i to się gdzieś mieszało. Bez niego skupiliśmy się na inspiracjach, które wnosi reszta zespołu. W każdym razie ta zmiana, czyli pójście w klimaty bardziej psychodeliczne czy garażowe, kiełkowała w nas już wcześniej. Dodatkowo chcieliśmy przystopować z takimi momentami… powiedzmy, że patosu w niektórych kawałkach, a poza tym trochę odkleić się od tematyki, w której zaczynaliśmy tę przygodę.

Chodzi ci o tematykę „indiańską”, tak?

Tak jest. Cały czas w jakimś stopniu się jej trzymamy, ale już bardziej na takim meta-poziomie, a na pewno nie jest to tak dosłowne jak kiedyś.

To była świadoma decyzja czy naturalnie z tego wyrośliście?

Myślę, że to gdzieś w nas dojrzewało i pewnego dnia stwierdziliśmy, że nie ma co się ograniczać: po prostu komponujemy muzykę tak, jak czujemy, i jeśli będziemy chcieli zawrzeć w niej coś z naszych starych przyzwyczajeń, to tak zrobimy. Jeśli nie, to nie. Nie będziemy narzucać sobie żadnej presji, że musimy się trzymać klimatu i kierunku, który kiedyś sobie obraliśmy.

Czy „Hallucinations” jest zapowiedzią czegoś większego?

Tak, to jest zapowiedź kolejnego albumu, nad którym już pracujemy. Chcieliśmy za pomocą „Hallucinations” zaznaczyć granicę między starym a nowym, bo w tym klimacie będziemy się teraz starali kontynuować nowy rozdział w zespole. Powolutku coś tam powstaje. Jesteśmy dość pobudzeni po wydaniu EP-ki, poczuliśmy zastrzyk nowych sił i inspiracji, więc myślę, że już za jakiś czas będziemy informować, co dalej.

Podejrzewam, że nie jest to coś, co spędza ci sen z powiek, ale nie wydaje ci się, że gdybyście zaczęli te kilka lat wcześniej, to pod względem rozpoznawalności za granicą moglibyście dzisiaj być na poziomie zespołów typu Dopelord? Bo jakościowo moim zdaniem nigdy niczego wam nie brakowało, ale chyba nie załapaliście się na ten największy boom.

Miło to słyszeć, dziękuję. Główna różnica pomiędzy nami a np. Dopelord jest taka, że oni cały czas bardzo ciężko pracują i sporo poświęcili zespołowi, a my niestety z różnych życiowych powodów robimy tego wszystkiego trochę mniej i nie możemy się aż tak poświęcić muzyce. Oni cały czas idą do przodu. Nie sądzę, że gdybyśmy wcześniej zaczęli, to coś by się zmieniło, bo wydaje mi się, że w Polsce boom na te klimaty rozpoczynał się właśnie wtedy – koło 2015 roku był taki największy strzał, jeśli chodzi o nowo powstające zespoły, koncerty zagranicznych kapel etc. Jeśli chodzi o zagranicę, to w sumie nie możemy narzekać. Mamy tam sporo fanów, merch i płyty sprzedajemy głównie za granicą właśnie, problemem nie jest więc rozpoznawalność, tylko fakt, że zwyczajnie za mało jeździmy, za mało gramy i za mało czasu poświęcamy temu, czemu byśmy chcieli. Życie pisze najróżniejsze scenariusze i czasem nic nie da się z tym zrobić. Aczkolwiek z najnowszą płytą chcielibyśmy pograć trochę więcej.

Wspomniałeś o tym, że największy boom na stoner miał w Polsce miejsce 10 lat temu. Widzisz to także po zainteresowaniu festiwalem?

Tak, to na pewno jest jakiś wyznacznik. W 2015 roku miała miejsce pierwsza tak zwana „udana” edycja naszego festiwalu, gdzie grające zespoły ściągnęły masę ludzi, dużo więcej, niż oczekiwaliśmy. Chyba nikt się nie spodziewał, że w kraju jest w ogóle tyle zainteresowanych osób, które specjalnie na festiwal przyjadą do takiego miasta jak nasze. Jakoś w tym samym momencie coraz więcej polskich kapel zaczęło wypływać na szerokie wody: czy to Sunnata, Weedpecker, Dopelord, czy Major Kong, który jeszcze wtedy grał. Jasne, te zespoły funkcjonowały już wówczas od jakiegoś czasu, ale myślę, że to był taki moment przełomowy.

Red Smoke świętuje w 2025 swoje dziesięciolecie – postanowiliście z tej okazji trochę zaszaleć czy wszystko w granicach zdrowego rozsądku? Pytam, bo line-up wydaje się trochę bardziej napakowany niż w ostatnich latach.

Jest szaleństwo w tym roku, zdecydowanie, ale dziesięciolecie świętuje się tylko raz, więc powiedzieliśmy sobie, że musi być naprawdę grubo. Jest to trochę powrót do korzeni, w line-upie widać dużo ciężarów, dużo gruzu, ale też trochę retro-klimatów, chociażby Kadavar. W ogóle jesteśmy trochę zdziwieni, że udało się ich ściągnąć, bo jest to zespół, który gra już raczej na większych imprezach. W każdym razie w tym roku jest więcej stoner/doomu, poprzednia edycja była z kolei mocno psychodeliczna, ale uważam, że fajnie, by każda edycja miała swój własny vibe. Tym razem idziemy grubo, idziemy również trochę generycznie, ale od takich klimatów zaczynaliśmy, więc czemu nie?

Im dalej w las, tym bardziej przy doborze line-upu skupiacie się na swoich osobistych gustach, czy trochę już odpuściliście i patrzycie raczej pod kątem tego, co może przyciągnąć potencjalnych odbiorców?

Line-up zawsze robię ja sam i skupiam się przy tym wyłącznie na osobistych odczuciach. Trochę tutaj żartuję, trochę nie. Każdego roku mam listę zespołów, które bardzo chciałbym ściągnąć na festiwal. Te, które się uda – super, natomiast te, których się nie uda zastępuję innymi, które zgłaszają się same albo poprzez jakieś propozycje od agencji. W ten sposób line-up stopniowo się wypełnia. Nie każdy zespół, który gra na Red Smoke należy do grona moich wymarzonych kapel, ale staram się ten line-up robić… może nie pod siebie, ale wydaje mi się, że wiem, co może podobać tym, którzy przyjeżdżają na festiwal, więc tego się trzymam. Oczywiście zależy mi także na różnorodności, żeby nie było tylko na jedno kopyto. Jest to mocno subiektywne podejście, ale z myślą o wszystkich.

Jest jakiś zespół, który usilnie próbowałeś ściągnąć przez te lata i nigdy się nie udało?

Wiele jest takich zespołów, np. Earthless – jak mi się kiedyś uda, to mogę umierać. Próbuję od pięciu czy sześciu lat, ale zawsze jest jakiś problem, w sensie oni są zainteresowani, tylko terminowo się to nie spina. Lipiec jest w ogóle dość specyficznym miesiącem pod kątem festiwalowym, więc czasem trzeba brać to, co jest. W każdym razie Earthless to takie małe marzenie. Kilka razy próbowaliśmy też ściągnąć Windhand. Tak samo Uncle Acid & the Deadbeats, ale wydaje mi się, że w międzyczasie wskoczyli na poziom dla nas nieosiągalny, więc te próby muszą się skończyć, bo po prostu jesteśmy już na nich za mali. Nie stać nas, dla niektórych zespołów to jest za mała publika.

Uważasz, że przez te wszystkie lata profil przeciętnego odbiorcy, który przyjeżdża na Red Smoke, w jakiś sposób się zmienił, czy niekoniecznie?

Zdecydowanie się zmienił. Początki były mocno, powiedzmy, męsko-stonerowo-metalowe. Nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie była to mniej zróżnicowana ekipa. Po jakimś czasie zaczęło pojawiać się więcej kobiet. Nie jest już tylko festiwal dla facetów, święto piwka i metalu. Dużo dzieciaków przyjeżdża, z rodzicami oczywiście, dużo młodych ludzi. Towarzystwo się zróżnicowało. My sami trochę staramy się zmieniać nasze, nazwijmy to, atrakcje, warsztaty jogi i tak dalej, co przyciąga inne osoby niż wcześniej – umówmy się, nie każdy przyjeżdża tylko słuchać muzyki, ludzie na te trzy dni chcą sobie uciec od świata. Nawet ciężko powiedzieć, kogo się spodziewać, bo nigdy nie wiadomo. Przykładowo w zeszłym roku przyjechała masa – uwaga – starych Niemców swoimi kamperami, bo odkryli, że nie tylko w Niemczech jest pełno festiwali w tym klimacie. Wiem, że w tym roku też kilku z nich przyjeżdża, chcą sobie zrobić swoje miasteczko. To jest fajne, że ten festiwal się niesie coraz dalej.

Co daje ci motywację do dalszego robienia Red Smoke? Bo nie jest to festiwal, który może się rozwijać w taki sposób jak większość tego typu imprez, to znaczy pod kątem ilości sprzedanych biletów albo coraz większego formatu sprowadzanych gwiazd. Nie ma wielu większych nazw w takim graniu niż Brant Bjork czy Kadavar, o których wspomniałeś wcześniej. 

Na pewno dotarliśmy do szczytu swoich możliwości w ściąganiu zespołów. Z biletami podobnie, bo jest tysiąc osób i więcej nie będzie – takie są prawa organizowania imprezy zamkniętej w tym miejscu. Aczkolwiek klimat, który wytwarza się dzięki ograniczonej liczbie widzów też coś w sobie ma. Co roku jest świetnie. To jest fajny tydzień – bo trzeba to najpierw zrobić, a potem posprzątać, więc z naszej perspektywy trwa to trochę dłużej niż dla uczestnika. Wiele osób widzimy tylko raz w roku, i nie mówię tu tylko o przyjezdnych fanach muzy, ale również o naszej ekipie, bo niektórzy mieszkają za granicą i to jest dla nas okazja do corocznego spotkania, jak rytuał, obrządek. Ściąganie fajnych bandów, o których się marzyło, żeby je zobaczyć, czy ściąganie ich do Polski po raz pierwszy daje sporą satysfakcję, więc myślę, że dopóki będzie się to udawało, to będziemy chcieli robić to dalej.

Tak podchwytliwie zapytam – bardziej przez te lata zaskoczył cię rozwój zespołu czy festiwalu?

Myślę, że festiwal zaliczył większy rozwój. Szybszy i bardziej niespodziewany. Pierwsze edycje, które zaczęły się udawać, były dla nas trudne o tyle, że zwyczajnie nie byliśmy na to gotowi. Nie potrafiliśmy w ogóle robić dużego festiwalu. Wszystko wychodziło w praniu, popełnialiśmy sporo błędów, musieliśmy uczyć się w biegu – tak szybko to wszystko się rozwijało. Z zespołem trochę jest tak, że można się zamknąć w salce prób i stamtąd nie wychodzić, i nikt ci nic nie powie. Festiwal to na pewno zupełnie inny pułap emocjonalno-stresowy. Z drugiej strony: jasne, nie spodziewałem się też, że zespół pójdzie w taką a nie inną stronę. Ale myślę, że to są dwie tak bardzo różne sprawy, że ciężko je ze sobą porównywać.

Adam Gościniak

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas