„Radio w mojej głowie”. Wywiad ze Stoned Jesus

Dodano: 23.03.2026
Stoned Jesus zawitają do Polski na dwa koncerty. Będą na nich promować wydany w zeszłym roku album, „Songs to Sun”. Z tej okazji porozmawiałem z liderem grupy, Igorem Sidorenko. Czy z grania w Stoned Jesus można się spokojnie utrzymywać? Jak wyglądało dorastanie w Ługańsku? Czy jest znudzony swoim największym hitem, „I’m the Mountain”? Dlaczego mówi, że ma w głowie radio? Odpowiedzi znajdziecie poniżej.

Jakie jest twoje najwcześniejsze muzyczne wspomnienie z dzieciństwa?

Mój tata puszczający The Beatles oraz grający ich numery na gitarze. Był muzykiem; grał w radzieckich zespołach i nawet trochę koncertował. Jednak kiedy przyszedłem na świat, mama powiedziała mu: „Koniec z tym, powinieneś zostać w domu i zaopiekować się naszym dzieckiem”. Ojciec przelał później wszystkie swoje niespełnione muzyczne ambicje na mnie. Dzięki niemu od najmłodszych lat byłem otoczony muzyką – Beatlesi, Deep Purple, Pink Floyd, Rainbow… Do zainteresowania rockiem przyczyniła się też moja starsza siostra, która generalnie puszczała eurodance czy rap, ale kiedy miałem jakieś osiem, może 10 lat, szperając w jej kolekcji odkryłem płytę „MTV Unplugged in New York” Nirvany. To był punkt zwrotny. Zaczynałem już wtedy grać na gitarze i pamiętam, że słysząc któryś z numerów pomyślałem: „cholera, ten kawałek opiera się na trzech akordach, ale jest genialny!”. Zdałem sobie sprawę z faktu, że nie musisz być wirtuozem, żeby pisać kapitalne piosenki. Do dziś uważam Kurta Cobaina za jednego z najlepszych songwriterów w historii, a ich akustyczna płyta to najlepszy dowód na jego wielkość – te numery zagrane jedynie na gitarze, odarte z całych tych aranżacyjnych sztuczek, brzmią nadal niesamowicie. To wielka sztuka. Nirvana i The Beatles miały największy wpływ na moje muzyczne dorastanie.

Do Stoned Jesus przykleiła się łatka zespołu stonerrockowego. Pamiętasz swój pierwszy kontakt ze stonerem jako słuchacz?

Najpierw było Black Sabbath. Miałem dwanaście lat i trafiłem gdzieś na jedną z płyt Ozzy’ego i spółki – nie pamiętam którą. Byłem bardzo podekscytowany. Pobiegłem do mojego ojca i zapytałem, dlaczego nigdy mi tego zespołu nie pokazał – w końcu puszczał mi mnóstwo kapel z lat 70. Wolał jednak Deep Purple czy Nazareth. Później zostałem fanem proga, słuchałem Dream Theater, ale ciągle szukałem nowych brzmień, przekopywałem się przez różne gatunki i w ten sposób, mając jakieś 20 lat, trafiłem na stoner. Pomyślałem sobie, że to w zasadzie Black Sabbath, tylko zagrane wolniej i ciężej. I że jestem w stanie sam coś w tym stylu napisać. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłem wielkim fanem tego gatunku. Tylko nasz debiut, „First Communion”, to w 100% stoner rock; potem poszliśmy znacznie dalej, chociaż wiele osób nadal wrzuca nas do tej szufladki. Nie mam z tym żadnego problemu, ale nie do końca się z taką opinią zgadzam.

Gdyby nie ojciec, nigdy nie zainteresowałbyś się muzyką?

Bardzo możliwe, że nie. Był bardzo ważną dla mnie postacią. W 2018 roku otwieraliśmy koncert Deep Purple – jednego z jego ulubionych zespołów – w Kijowie. Mój ojciec zmarł w 2017 roku, więc spóźnił się o rok… To było magiczne przeżycie – pod sceną było dziesięć tysięcy osób. Wiem, że nie przyszli tam dla nas, być może w ogóle nie wiedzieli kim jesteśmy, ale i tak miałem dreszcze. Pomyślałem, że koło się zamknęło: tata pokazał mi Deep Purple, oni wpłynęli na mój zespół, a potem ja otwierałem ich koncert.

Pochodzisz z Ługańska, zgadza się?

Dorastałem w miasteczku położonym jakieś 80 kilometrów od Ługańska.

Jak wyglądał ten region kiedy byłeś nastolatkiem?

W zasadzie nie było żadnej sceny muzycznej. Wśród moich znajomych było raptem parę osób, które interesowały się muzyką, ale oni byli na etapie odkrywania Linkin Park, a ja jarałem się Frankiem Zappą i Genesis (śmiech). No, nie bardzo mieliśmy o czym gadać. Grywałem i jamowałem z lokalnymi muzykami. Z dwoma przyjaciółmi mieliśmy zespół – byliśmy fanami Opeth i My Dying Bride, nazywaliśmy się Funeral of the Sun. Nie było mowy o graniu koncertów, więc po prostu siedziałem godzinami w pokoju, tworząc muzykę, której sam chciałem słuchać. Potem, dzięki internetowi, odkryłem kijowską scenę undergroundową. To była dziwna historia – zazwyczaj ludzie na początku swojej muzycznej kariery jamują w garażach, grają koncerty w małych pubach i spotykają się z innymi ludźmi, a ja – jako że był początek lat 00., wszedłem w muzykę na poważnie dzięki forom internetowym (śmiech). Spędzałem godziny na forum neformat.com.ua, do dziś zresztą istniejącym, a w końcu zacząłem podróżować do Kijowa, żeby spotykać się z osobami, które miały podobny gust do mojego i chciały trochę wspólnie pograć. Kiedy miałem 22 lata, przeprowadziłem się do stolicy na stałe.

Bez internetu byłoby ci niezwykle trudno zostać muzykiem.

Absolutnie. To dzięki niemu dowiedziałem się, że w Kijowie jest jakaś scena. Zaangażowanych w nią było może ze 100 osób. Na koncerty przychodziło, powiedzmy, 30, z czego 20 z nich w którymś momencie wieczoru pojawiało się na scenie (śmiech). To było naprawdę magiczne. Wszyscy byliśmy po dwudziestce, bez zobowiązań, po prostu dobrze się bawiliśmy i tworzyliśmy muzykę.

Trudno było ci przywyknąć do życia w dużym mieście?

Nie, nie miałem z tym problemu, od razu mi się w Kijowie spodobało i do dziś kocham to miasto. Jest bardzo różnorodne. Każdy dla siebie coś tam znajdzie – są dzielnice imprezowe, bardziej artystyczne, ale i takie bliżej natury. To też miasto dużych możliwości, dużo mu ze Stoned Jesus zawdzięczamy. To tam znaleźliśmy nasz pierwszy management, a dodatkowo nasz manager był też właścicielem jednego z najbardziej popularnych klubów, do którego regularnie przyjeżdżały świetne kapele. Widziałem całe mnóstwo genialnych koncertów za darmo.

Czy mieszkańcy Ługańska różnią się znacząco od ludzi z Kijowa czy Lwowa?

Absolutnie. To bardzo przemysłowy region – wiesz, górnictwo, ciężkie maszyny i te sprawy. Ludzie są zmęczeni, bo – umówmy się – nie mają zbyt dobrych warunków pracy, i kiedy przychodzi wieczór lub weekend chcą po prostu wyluzować przy piwie. Nie w głowie im, na przykład, oglądanie wczesnych koncertów Genesis z Peterem Gabrielem. Kiedy byłem nastolatkiem i takie właśnie rzeczy mnie interesowały, byłem bardzo zdziwiony, że nikt nie podzielał moich pasji. (śmiech) Ale byłem jeszcze bardziej zdziwiony, gdy nikt nie podzielał ich też w Kijowie! Ludzi interesował metalcore albo indie rock. Nie mogłem znaleźć muzyków, którzy znali podobną muzykę, co ja. Nasz pierwszy perkusista na “First Communion” pochodził z zespołu post-punkowego, nie miał ze stonerem nic wspólnego.

Jesteś liderem Stoned Jesus. Czy pozostali członkowie zespołu mają w ogóle wpływ na proces twórczy?

Mam bardzo jasną wizję tego, w jaki sposób nasza muzyka powinna brzmieć. Poza jedną linią basu i dwoma riffami, to ja jestem autorem każdej nuty stworzonej przez Stoned Jesus. Zazwyczaj wygląda to tak, że po prostu przynoszę gotowe piosenki na próby i je wspólnie dopracowujemy. Pozostali członkowie kapeli mogą dodawać swoje pomysły – perkusista czy basista może chcieć zmienić jakąś partię – i ja nie mam z tym problemu pod warunkiem, że nie kłóci się to z moją pierwotną wizją. Odkąd skończyłem 16 lat, słyszę w głowie niemal gotowe utwory, a potem po prostu je nagrywam. Czasem to mylące, bo momentami zaczynam się zastanawiać czy to kawałek, który gdzieś kiedyś usłyszałem, czy coś nowego, ale zazwyczaj okazuje się to mój własny materiał.

Słyszysz muzykę w głowie niemal cały czas czy muszą być spełnione jakieś szczególne warunki?

To zależy. Czasem dzieje się to kiedy brzdękam sobie na gitarze – pojawia mi się jakiś pomysł i palce same ciągną w tym kierunku. Najczęściej jednak działa to dosłownie jak radio – mogę jechać komunikacją miejską lub być gdziekolwiek i nagle słyszę melodię. Mam mnóstwo pomysłów muzycznych i mnóstwo koncepcji, które w pewnym momencie spotykają się jak dwa kręcące się koła.

Miewasz czasami problemy z kreatywnością?

Miałem je po śmierci mojego ojca. Przez około rok nie byłem w stanie pisać nowych rzeczy. Potem, kiedy już kreatywność znowu mi wróciła, napisałem kawałek poświęcony temu uczuciu – „Feel” z albumu „Pilgrims”. To było jakieś osiem albo 10 miesięcy nicości. Czasami w normalnych warunkach również zdarza mi się mieć jakieś krótkotrwałe blokady twórcze. Najczęściej zaglądam wtedy do mojego folderu z demówkami kilkunastu lat i słucham ich, co pomaga mi się odblokować. Jeśli coś po upływie dekady nadal brzmi dla mnie okej, uznaję, że warto się nad tym pochylić i wrócić do tego pomysłu.

Istnieje wśród artystów mit, że kiedy jest się smutnym lub przygnębionym, jest się też bardziej kreatywnym.

Może na niektórych to tak działa, ale na mnie nie. Gdy twoje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone, nie stworzysz arcydzieła. „Under the Bridge” piszesz, gdy odniosłeś już sukces, a nie wtedy, gdy faktycznie pod tym mostem mieszkasz.

Jesteś w stanie wyżyć tylko ze Stoned Jesus?

Tak, utrzymuję się tylko z grania w zespole. Teraz jest trochę trudniej, bo stacjonujemy w Europie, gdzie są surowsze regulacje i wyższe podatki. Dużo zależy od intensywności koncertowania. Muzycy undergroundowi żyją dziś głównie z tras. Po pandemii „klasa średnia” muzyków znikła. Masz albo zespoły podziemne, albo gigantów – jak Metallica. Zespoły ze środka stawki mają ciężko; co chwilę widzę wiadomości o jakimś zespole zawieszającym działalność – ostatnio choćby o While She Sleeps. Nie słucham takiej muzyki, ale nazwa obiła mi się o uszy, są chyba dość popularni, a ostatnio ogłosili, że rezygnują z koncertowania. My natomiast nie mamy tego w planach. Trasa, w ramach której zawitamy do Polski, będzie naszą najdroższą pod względem produkcji – nightlinery, ekipa itd. To zawsze ma w sobie trochę z hazardu. Jeśli zamiast 300 osób przyjdzie 200, możesz zaliczyć finansową klapę, nawet jeśli koncert był świetny. Ta niestabilność to wielki problem dla zdrowia psychicznego w branży, o czym niestety mało się mówi.

No tak, wiele zespołów głośno mówi o tym, że zamiast zarabiać na trasach, często na nich traci.

Paradoksalnie w lepszej sytuacji jest dźwiękowiec czy człowiek obsługujący stoisko z merchem, bo ma zapewnioną stałą stawkę. Wie, że za całą trasę zarobi tyle i tyle, i nie musi się o nic martwić.


Widziałem, że w zeszłym roku byliście w Australii i Ameryce Południowej. Jak było?

Fenomenalnie. To był mój trzeci raz w Ameryce Południowej, ale dla chłopaków z zespołu pierwszy, więc byli bardzo podekscytowani. Z kolei Australia dla nas wszystkich była pierwszym razem. Cholera, to jest inny świat. Czułem się jakbym wylądował na innej planecie – wszystko tam jest wyjątkowe, począwszy od natury, poprzez relacje społeczne aż po ich podejście do życia. Mają luz. Nie przejmują się III wojną światową. (śmiech) Trochę im tego zazdroszczę.

A co z publicznością w Ameryce Południowej? Mają opinię totalnie szalonych na punkcie muzyki.

I tak rzeczywiście jest. Widownia potrafi chórem wyśpiewywać solówki gitarowe. (śmiech) Szaleją. Nawet jeśli w klubie jest 100 osób, to ma się wrażenie, jakby było ich 15 tysięcy, bo są tak energetyczni i nakręceni. Myślę, że jest ku temu powód – ze względów ekonomicznych nie odwiedza ich aż tak wiele zespołów, więc każdy zespół naprawdę doceniają. My, wracając tam po raz trzeci, jesteśmy jak weterani południowoamerykańskiej psychodelii. Ludzie naprawdę uwielbiają przychodzić i nawet jeśli nie mają dodatkowych pieniędzy na merch, to i tak kupią bilet. Dadzą ci z siebie wszystko, całą swoją energię.

Logistyka w Ameryce Południowej jest znacznie trudniejsza niż w Europie?

Tak. Ostatnia trasa dała nam się we znaki. W ciągu pierwszych sześciu dni graliśmy codziennie. Ameryka Południowa to wielki kontynent, odległości między miastami są ogromne. Zaraz po koncercie powinniśmy grzecznie iść do hotelu, żeby jako tako wypocząć przed kolejną podróżą, ale widząc zajawkę fanów, trudno jest odmówić im tych paru chwil spędzonych wspólnie po występie. Kończyło się na tym, że lądowaliśmy w hotelu o 3 nad ranem, a o 6 musieliśmy wstawać by ruszać dalej (śmiech) Pomyślałem sobie o tym czytając ostatnio newsa o Morrisseyu, który odwołał koncert z powodu niewyspania. Ludzie pukali się w czoło, mówili, że jest nienormalny, ale po części go rozumiem. Deprywacja snu to nie przelewki. Jeśli nie śpisz wystarczająco dużo, twój organizm po prostu wysiada.


Jest jakiś kraj lub region na świecie, do którego chciałbyś dotrzeć ze Stoned Jesus, a jeszcze ci się to nie udało?

Oczywiście, bardzo chciałbym zagrać w Stanach Zjednoczonych. Przejdę teraz do kwestii biznesowych, ale to jest nasz największy rynek. Zawsze byliśmy tam bardzo popularni i na Spotify to wciąż nasz numer jeden pod względem słuchalności. Ale niestety, prawdziwy świat wkraczający do świata puszystych, eterycznych i rozmarzonych muzyków mówi, że nie powinniśmy tam jechać jeszcze przez przynajmniej kilka lat.

Co najmniej do 2028 roku.

Dwa razy już prawie nam się udało zrobić tam trasę. Najpierw w 2015 roku – niestety, nasz ówczesny basista nie dostał wizy. Potem próbowaliśmy w roku 2020, ale wtedy nikt nigdzie nie grał, bo przyszła pandemia. Nasi znajomi i przyjaciele z amerykańskich kapel ciągle nas namawiają i mówią, że zrobimy w USA furorę, bo ludzie nas tam uwielbiają. Cóż, mam nadzieję, że nam się uda.

I’m the Mountain” – lubisz ten kawałek?

Uwielbiam. Bardzo się cieszę, że to nasz najpopularniejszy utwór. „I’m the Mountain” powstał w 2011 roku – wtedy też napisałem numer „Drunk and Horny”, który znalazł się na naszej EP-ce „Stormy Monday”, i cóż… całe szczęście to „I’m The Mountain” przyjął się lepiej. (śmiech) Nie bez powodu tamten numer nie jest już nigdzie dostępny. Z kolei nasz najpopularniejszy utwór to 16-minutowy epik. Uwielbiam go grać; to najlepszy moment każdego koncertu. Nawet kiedy gramy gdzieś w północnych Niemczech, gdzie ludzie po prostu stoją ze skrzyżowanymi ramionami i co najwyżej zaklaszczą kilka razy po skończeniu kawałka, przy tym numerze szaleją. Wiele zespołów nienawidzi swojego flagowego utworu, ale dla mnie to zawsze najlepsza część występu. Muzycznie wciąż się broni.

To utwór z tych, które pisze się raz w życiu?

Prawdopodobnie. Wielu muzyków próbuje ponownie złapać piorun w butelkę na siłę pisząc kolejny wielki hit, ale spójrzmy prawdzie w oczy – Paul McCartney nie pisał „Yesterday” co dwa lata. Stoned Jesus ma też inne popularne kawałki – choćby „Black Woods” czy „Here Come the Robots” ale są to numery zupełnie inne od „I’m the Mountain”. Drugiego takiego kawałka już pewnie nie napiszę, a próbując ciągle to robić, popadłbym w śmieszność.

Paweł Drabarek

zdj. materiały zespołu

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas