Raczej mało który fan Slipknota wskaże „Mate. Feed. Kill. Repeat.” jako najmocniejszy punkt ich dyskografii. Wielu młodszych sympatyków formacji nawet nie słyszało tego materiału, a sam zespół traktuje go wyłącznie jako wprawkę pod to, co było potem, a nie pełnoprawny debiut. Ale czy to zła muzyka?
ODRZUCONE DZIECKO
Muzycy Slipknota nie podchodzą do tego materiału z sympatią. Albo inaczej – nie darzą go nienawiścią, lecz dużym szacunkiem raczej też nie. Mimo że „Mate. Feed. Kill. Repeat” trwa nieco ponad 50 minut i w żadnym wypadku nie brzmi jak coś godnego pożałowania, twórcy mówią o nim wyłącznie w kategoriach demówki, a nie ważnej pozycji w dyskografii. Mimo że mamy tu do czynienia z dobrymi numerami, rozumiem to. Po pierwsze: styl zespołu jest zupełnie inny od tego, co zaprezentowano potem, do czego jeszcze przejdziemy. Druga sprawa: w ramach poszukiwań estetycznych poczynionych w ramach tego wydawnictwa Slipknot potrafił brzmieć niekonsekwentnie. No cóż, niby normalna rzecz dla debiutującego zespołu, ale skoro tak bardzo ich to gryzło… I tak nie posunęli się do poziomu Pantery, która z dnia na dzień wrzuciła do kosza dziedzictwo zbudowane w ramach czterech pierwszych krążków. Swoje robi także obecność Andersa Colsefniego zamiast Coreya Taylora, ale to również nieco dłuższy temat. Jeśli miałbym się pokusić o jakąś obserwację, bez cienia wątpliwości mogę uznać, że w zestawieniu z chociażby takim „All Hope Is Gone” nieoficjalna inauguracyjna płyta Amerykanów wypada dużo lepiej.
TO NIE TEN SLIPKNOT
Co prawda na „Mate. Feed. Kill. Repeat.” złapiemy sporo utworów, które formacja – po mniejszym lub większym liftingu – nagrała na nowo w przyszłości, ale od razu słychać, że to inny zespół. Weźmy otwierający „Slipknot” (parę lat później przeflancowany na „sic”). Zaczyna się od industrialowego trzeszczenia, na pierwszym planie szaleje też mocarny deathmetalowy riff… Niby znamy te elementy z dalszych etapów kariery Amerykanów, ale na tym materiale wszystko brzmi dużo bardziej szorstko, ociężale (w dobry sposób) i surowo niż nawet na „IOWA”. A to przecież dopiero początek. Jeśli chcecie przeżyć prawdziwy szok, zalecam seans z moim ulubionym na płycie „Do Nothing/Bitchslap” – zespół w najlepsze przeskakuje z wątków śmierćmetalowych do motownowskiego disco czy funku i nawet nie brzmi przy tym kwadratowo! Widać, że zadanie domowe z debiutu Mr. Bungle odrobili na piątkę z plusem. Funkowe impresje połączone z odrobiną jazzowego fusion goszczą też w „Confessions”, a „Some Feel” brzmi jak groove metal zarażony psychodelią. Bardzo doceniam tak wielką kreatywność.
ANDERS COLSEFNI
Gdy myślę sobie o Andersie, od razu robi mi się go szkoda. Kiedy zespół wchodził na wysokie obroty i podpisał papiery z Roadrunner Records, ówczesny drugi wokalista – Corey Taylor – został mianowany tym wiodącym, przy czym Colsefniego zdegradowano do miana kolesia od chórków, który ma stukać w bębenek i przy okazji coś dokrzyczeć. Artysta nie zaakceptował tego planu, wybierając odejście z kapeli. – Bardzo to przeżyłem – wspominał po latach w wywiadzie dla brytyjskiego „Metal Hammera”. Niemniej rozumiem takie posunięcie. Anders nie był złym wokalistą, ale specjalnie dobrym raczej też nie. Growlował w średnio ekscytującej manierze, stawiając na charkot w niskim rejestrze, a gdy już śpiewał, brzmiał trochę jak bardzo wykwalifikowany bywalec barowych wieczorków karaoke, który po paru piwkach świetnie radził sobie z hardrockowymi hitami. Corey Taylor oferował jednak coś więcej, a jego skala głosu oraz możliwość przeskoku z niedźwiedziego ryku do emocjonalnych partii otwierała zespołowi nowe drzwi. Jak pokazał czas, zamaskowany skład z IOWA świetnie na tym wyszedł. Anders niekoniecznie – bywa.
RACZKOWANIE
Może jednak lepiej, że pierwszą płytą Slipknota jest krążek z 1999 roku? Tam dostaliśmy absolutnie dziki zespół gotowy zamordować słuchacza – w niemałym procencie dzięki ikonicznej produkcji Rossa Robinsona. „Mate. Feed. Kill. Repeat.”, mimo dobrych numerów, sprawia wrażenie kwadratowego. To dziwne, ponieważ muzycy wyłożyli na produkcję materiału rzekomo 40 tysięcy dolarów (chociaż Colsefni uważa, że raczej bliżej 16 tysięcy). Taka suma powinna zaowocować czymś naprawdę potężnym, tymczasem otrzymaliśmy materiał może nie do końca garażowy, lecz jednak pozbawiony brzmieniowego żaru. To dużo mówi o Slipknocie, który w zasadzie dopiero raczkował. Mimo że muzycy nie byli dzieciakami i mimo tego, że grali wcześniej w innych składach, nie byli jeszcze do końca ukształtowani, właściwie na każdej płaszczyźnie. Ale cóż, nie ma tego złego – ostatnie płyty grupy brzmią ekstraklasowo, lecz z całą pewnością są słabsze od strony kompozytorskiej.
Z takim materiałem jak ten Slipknot z pewnością nie wyprzedawałby wielkich hal. Niemniej uważam „Mate. Feed. Kill. Repeat” za kawał muzyki – może trochę nieporadnej, może nieoszlifowanej… ale bardzo wyrazistej i pokazującej, że zespół już wtedy odznaczał się sporym talentem. Posłuchajcie sobie tego, bo co jak co, ale nudy tutaj nie ma.