„Sonic Excess in Its Purest Form”. Najmocniejszy cios Crowbar?

Dodano: 01.04.2026
Ci Nowoorleańczycy nie nagrali słabej płyty, a tych, które można uznać za najlepsze, mają przynajmniej kilka. Jednak to krążek z 2001 roku uderza najmocniej – obuchem w łeb i emocjami w serce.

Widoczny w ostatnich miesiącach renesans popularności Crowbar wziął się znikąd – a może nie tyle znikąd, co z TikToka oraz instagramowych czy fejsbukowych rolek. Nastolatkowie i dwudziestoparolatkowie dowiedzieli się, że czterej masywni (czyt. przepiękni) kolesie z Luizjany imponują połączeniem budzącego szacunek wyglądu z muzyką – przepełnioną gniewem, ciężarem i surowizną w kwestii ładunku emocji. Dobrze, że na nich trafiło, bo prosty, a przy tym zawsze skuteczny format ich twórczości to coś, co w ogóle się nie starzeje. Dwudziestopięcioletnie w tym roku „Sonic Excess in Its Purest Form” dowodzi tego lepiej niż cokolwiek innego.

SMUTEK

Pierwszym i najprostszym skojarzeniem z Crowbar jest potęga ich muzyki. Słuchając tych mozolnie budowanych riffów, od razu myślicie o majestacie i ciężarze. To są najbardziej charakterystyczne cechy krążków Amerykanów, w tym „Sonic…”, ale nie jedyne. Gdy mierzę się z tym kolosem, moim pierwszym skojarzeniem jest właśnie smutek. Albo inaczej – to nie  łzy wywołane melodramatyczną zniżką nastroju, lecz frustracją. Ten moment, kiedy czujecie gniew, a jednocześnie nie możecie z nim nic zrobić, więc coś w was pęka. Oczywiście pakiet emocjonalny omawianego tu krążka uwzględnia też inne stany, dlatego na przykład „To Build a Mountain” to ułożona według hardcore’owego wzorca mobilizująca rzecz o przezwyciężaniu słabości. A jednak obok niej dostajemy chociażby „It Pours from Me”, gdzie Kirk Windstein prosto z trzewi komunikuje, że narobiony przez niego syf jest tak wielki, że próby uprzątnięcia go są bezcelowe. Słowem: Crowbar są oczywiście totalnymi twardzielami, aczkolwiek składają się ze znacznie większej liczby warstw niż można by zakładać. 

TE DWA HITY

Chodzi oczywiście o wspomniane „To Build a Mountain”, ale także o „The Lasting Dose”. Crowbar zagrali drugi z utworów na 218. koncertach, a że z trasami nie zwalniają, to ta liczba zmieni się jeszcze wiele razy. W dwóch linijkach kawałka zawiera się nie tylko esencja „Sonic…”, ale także po prostu zespołu. „Ta wojna w środku zabiła mą wolę / To, co zrobiłem, było przesadą” – sedno. Bo u załogi z Nowego Orleanu negatywne emocje zawsze przekuwano w pokaz siły, a nie mazgajstwa, ale właśnie, nie są one jakkolwiek tuszowane, tylko wywalane na talerz. Sam Windstein podkreśla, że to jedna z jego najlepszych piosenek i w sumie nie kłamie. Wlokący się riff, spadające jak tona cegieł uderzenia w bębny i Kirk gotowy wypluć absolutnie wszystko, co go trapi, ociekając przy tym śliną, potem, a nawet krwią. W Crowbar jednym z kluczy zawsze była życiówka podana bez filtra czy melodramatyzmu – człowiek oraz jego znoje, tylko tyle i aż tyle. Jeśli o „The Lasting Dose” czy „To Build a Mountain” chodzi, dostajemy dokładnie ten obrazek bez zbędnych przeszkadzajek w tle.

POMNIK

Ta płyta jest niczym okładkowa bazylika św. Ludwika w Nowym Orleanie – zbudowana z majestatu i monumentalności. To siódmy krążek Crowbar i człowiek ma wrażenie, że właśnie na nim styl zespołu wybrzmiał najbardziej dosadnie. Każdy riff ważący kilkaset kilogramów i każda ospałym tempem przesuwana konstrukcja mają w tym wypadku najsilniejszy wydźwięk. Nawet instrumentalne i bardziej wyciszone „In Times of Sorrow” – z zakusami w stronę gotyckiego country – raczej przetacza się po słuchaczu niż głaszcze go za uchem. Jednocześnie nie zapominajmy o songwritingu. Te utwory-walce nie miałyby takiej siły oddziaływania, gdyby chodziło w nich wyłącznie o zrzucenie na słuchacza jak najcięższych głazów. „Sonic…” stoi zapamiętywalnymi patentami, a przede wszystkim echami melodii wyzierającymi zza fali ciężaru. Wykarmiony na wszystkim od Kiss przez Carnivore aż po Melvins Kirk Windstein dobrze wie, że jeśli coś ma cię uderzyć, to lepiej, żeby od razu zostało w głowie. Krążek Crowbar z 2001 roku jak najbardziej zostaje.

Mimo tony pochwał nt. krążka, o którym opowiada ten tekst, jeszcze raz przypomnę: ten zespół nie ma słabych płyt. Wjeżdżajcie w każdą, a zostaniecie zmiażdżeni tak, jakby rozjechało was kilka ciężarówek. Robicie to na własną odpowiedzialność!

Łukasz Brzozowski 

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas