Zawsze miałem pewien problem z twórczością projektu Alexandra von Meilenwalda. Połączenie doomowych walców, blackmetalowych sprintów i muśnięcie tego gotycką zadumą brzmiało świetnie na papierze… ale nieco gorzej w praktyce. Słowem: doceniałem The Ruins of Beverast przede wszystkim za formę i kreowaną atmosferę, lecz w mniejszym stopniu za same utwory. Odnosiłem wrażenie, że te kolosy stoją na glinianych nogach, są nieco za długie i brakuje im konkretu, zamiast którego rządziło brodzenie w ciemności. Brakowało w tym wszystkim większej liczby numerów pokroju wyśmienitego „Kromlec’h Knell” z poprzedniego „The Thule Grimoires”, gdzie dostaliśmy esencję tego stylu w pigułce – bez przegadania, z dobrym wyczuciem na przecięciu przebojowości, posępności i ciężaru. „Tempelschlaf” nie przynosi rewolucji stylistycznej, ale wzrost poziomu songwriterskiego – jak najbardziej.

Wydana niespełna tydzień temu płyta jest dużo bardziej zbita i skondensowana od poprzedników. Mimo że najkrótszy utwór na krążku trwa grubo ponad sześć minut, to całość – znów wracamy do tego wątku – obfituje w same konkrety. Już otwierający kawałek tytułowy ukazuje zmianę na plus. Słychać w nim wszystkie najlepsze cechy The Ruins of Beverast podane w najbardziej kompaktowy sposób w historii projektu. Oznacza to snujący się doommetalowy riff z gotycką zadumą w tle, gdzieś po drodze pojawiają się nawet chwilowe eksplozje blastów, do tego dochodzi klimatyczne zwolnienie i rozbuchane od emocji solo na finał. Tak to się właśnie robi. Dalej jest równie dobrze. Mknący przed siebie „Day of the Poacher” ma najbliżej do black metalu, ale nawet mimo jadowitości nie brak w tym epickiego wydźwięku, który zarazem nie obniża poziomu agresji. Trudno mi coś temu krążkowi zarzucić. Proporcje na linii klimat-żar-ciężar rozkładają się równomiernie, a jako dodatek pojawia się jak zawsze odpowiednie wyczucie melodii – emanujące nawet z momentami napędzanego d-beatem „Alpha Fluids”. Cudowna sprawa.
„Tempelschlaf” to zdecydowanie bardzo mocny strzał na początek roku. Co więcej, z każdym odsłuchem jestem coraz bliższy uznania, że obcuję z najlepszym materiałem The Ruins of Beverast. Brawo, panie von Meilenwald!
Łukasz Brzozowski
(Ván Records, 2026)
zdj. materiały zespołu