Top 10: Dziwny metal 

Dodano: 07.01.2026
Metal ma wiele twarzy. Może być rozjuszony, chaotyczny i agresywny. Może być też podniosły, posępny, skomplikowany, podany z puszczeniem oka, ciężki, lekki… W wielu przypadkach jest także dziwny – i to na tych odstających od wszelkich norm reprezentantach gatunku skupiam się w poniższym tekście.

Na bazie jakich kryteriów dobierałem kapele z tego – subiektywnego, ma się rozumieć – topu? Oprócz dziwaczności i szoku chodziło też o to, by ich numery były nie tylko plątaniną nieoczywistości, ale także by w dużej części przypadków były dobre. W końcu nie samym ekscentryzmem człowiek żyje. Zatem zapinajcie pasy – w ramach tej podróży nic nie będzie normalne. 

Mr. Bungle

W tym miejscu mógłbym wstawić wiele projektów traktowanego jak święta krowa Mike’a Pattona, lecz wybrałem po prostu ten najlepszy i najbardziej wybuchowy. Mr. Bungle to pierwszy zespół tego nietuzinkowego piosenkarza. Gdy rzeczony wokalista, Trevor Dunn i Trey Spruance zakładali kapelę, byli licealistami i stawiali na thrashową jatkę. Stamtąd przeskoczyli do szalonego eponimicznego debiutu, który brzmi jak Frank Zappa przeżywający atak psychozy, a to przecież nie koniec zabawy. Na „Disco Volante” odpięli wszystkie hamulce, rozciągając się od bliskowschodniego folku po easy listening, pop, sludge, noise, death metal czy nawet osobliwy jazz. Podobnie złożona, ale bardziej chwytliwa „California” również buchała bogactwem nieprzystających do siebie elementów. Jakże zabawnym jest, że gdy panowie wrócili po latach do żywych, to nie z kolejną przekraczającą granicę płytą, tylko z… nagranym na nowo debiutanckim demo.  Prawdziwi mistrzowie nabijania słuchaczy w butelkę.

O.L.D.

James Plotkin nie jest pierwszym człowiekiem, o którym myślicie, gdy do głowy wpada temat metalowych wizjonerów. Szkoda, bo na przestrzeni lat nagrał tonę przeróżnych płyt – w pełni autorskich i odległych od siebie stylistycznie. Było więc dronująco doomowe Khanate, był też niepokojący ambient w wydaniu solowym… a na czele tego wszystkiego stoi O.L.D. Zespół startował z pozycji głupkowatego grindu, lecz prędko się nim znudził. Na kolejnych dwóch płytach formacja eksplorowała metalową awangardę, która brzmiała jak muzyka z innej galaktyki. Przy pożegnalnym, najgorzej sprzedającym się w historii Earache Records krążku „Formula” zupełnie porzucili metal. Zamiast tego wskoczyli na głębokie wody szorstkiego industrialu zaplecionego w elektronikę brzmiącą jak 808 State z otchłani. Jeśli nie znacie, to poznajcie, a zaliczycie podróż w kosmos bez wstawania z kanapy. 

Sigh 

I znów – podobnie jak u O.L.D. czy Mr. Bungle początki Sigh były raczej zwyczajne. Ich pełnowymiarowy debiut ukazał się pod sztandarami Deathlike Silence, czyli wytwórni Euronymousa z Mayhem, i brzmiał jak płyta z nordyckim black metalem, lecz nagrana przez Japończyków. Przy trzecim krążku, „Hail Horror Hail”, wszystko uległo przeobrażeniu. Do blackmetalowego trzonu doszły elementy symfoniczne, progresywne, surrealistyczne i jakie tam sobie jeszcze chcecie. Ta dziwna plątanina wszystkiego stała się orężem grupy z Tokio. Najdzikszym w kwestii formy albumem Sigh pozostaje „Imaginary Sonicscape” – trudno o bardziej adekwatny tytuł. Zespół żongluje tu i jazzem, i black metalem, i elementami psychodelicznymi, a oprócz nich wieloma rzeczami spoza jakiegokolwiek klucza. Drugiego takiego materiału po prostu nie ma.

Sleepytime Gorilla Museum

Któregoś razu zetknąłem się z tezą, że ta muzyka to coś między Coil a System of a Down. Nie wiem, czy sam pozwoliłbym sobie akurat na takie porównanie, lecz trafnie oddaje ono istotę tego zespołu. Gdy słucham ich najpopularniejszej płyty, „Of Natural History z 2004 roku, jestem przekonany, że stojąca za nią myśl przewodnia brzmiała: Zróbmy wszystko na opak. Utworami rządzi prog metal, lecz nie brzmi jak typowy prog metal, tylko coś ponadnormatywnie nerwowego i wściekłego. W innych fragmentach, na przykład bardziej psychodelicznych, mantryczne sekcje przeplatają się z nienaturalnymi hałasami i zgrzytami. Mówiąc najogólniej: w przypadku tego składu hasło „awangardowy” jest jak najbardziej zasadne. 

Master’s Hammer 

Mało kto o tym pamięta, ale zanim w latach 90. rozbłysła łuna na północnym (skandynawskim) niebie, czeska scena blackmetalowa stanowiła jeden z wiodących filarów ekstremalnego podziemia. Liderami na tym poletku byli właśnie Master’s Hammer. W ciągu swojej bogatej działalności nasi południowi sąsiedzi nagrywali rzeczy, owszem, spójne, lecz drastycznie od siebie różne. Nigdy nie zdarzyło im się wyskoczyć z dwoma bardzo podobnymi materiałami. Eksperymentowali z wątkami orkiestrowymi, zdarzył im się także zwrot w kierunku martial industrialu na „Šlágry”, ale zawsze brzmieli ponadgatunkowo i po swojemu. Tutaj nawet nie ma sensu bawić się w estetyczną wyliczankę. Zespół zresztą wrócił do żywych za sprawą ubiegłorocznego krążka „Maldorör Disco”, który jest odpowiedzią na nigdy niezadane pytanie, jak brzmiałby black metal na dyskotekowym parkiecie. 

Duma 

Czas na coś świeższego, a przy tym bardzo krótkowiecznego. Duma powstała w 2019 roku i zawinęła manatki ledwie cztery lata później. Jedyny długogrający materiał, jaki po sobie zostawili, to zatytułowany nazwą zespołu materiał z 2020 roku. Wyobraźcie sobie – mówiąc skrótowo – najdziwniejszy i najbardziej wystrzelony poza orbitę grindcore, jaki istnieje, i dostaniecie właśnie „Dumę”. Zespół stawia na brutalność bez podziału na szufladki. Większość tego jazgotu zalewają fale powykręcanego na wszystkie strony industrialu, zdigitalizowanego hardcore’a, a nawet odrobiny electro. To muzyka tak odhumanizowana i dzika, że aż… ludzka do bólu. Nie polecam tej płyty do rekreacyjnego słuchania, ale jeśli chcecie dokonać na sobie lobotomii, gorąco zachęcam do seansu z Dumą. Dziedzictwo projektu w wersji solo kontynuuje Lord Spikeheart.

Reveal

Kolejny przypadek zespołu z tej młodszej generacji, który mimo wielkiego potencjału zdążył się rozlecieć. Powiązani z takimi składami jak In Solitude artyści grają coś, co na pierwszy rzut oka nie wydaje się skrajnie dziwne, ale po rozłożeniu na części czaruje bogactwem barw. Reveal sprawiają wrażenie zdekonstruowanego mokrego snu oldschoolowego metalowca. Thrashowe podjazdy w kierunku wczesnego Voivod? Są. Deathmetalowa tkanka riffów? Owszem. Ale poza tym robi się dużo bardziej osobliwie. W wielu chwilach Szwedzi brzmią jak zmutowana wersja The Birthday Party. W innych sytuacjach krzyżują starego garażowego rocka z blackmetalowym nerwem, a wszystko ubierają w produkcję, której nie powstydziłyby się altrockowe składy. Prawda, że piękne? 

Liturgy

A tutaj o co chodzi? Liturgy to przedziwne zjawisko, które doprowadza black metal do ściany i granicy wytrzymałości słuchacza. Pozwolę sobie na osobiste wyznanie: nie przepadam za tym zespołem. Granie artystycznym wizerunkiem i posługiwanie się łatką „transcendentalnego black metalu” robi z nich (a właściwie z niej, ponieważ przedsięwzięciem jednoosobowo zarządza Haela Hunt-Hendrix) najbardziej pretensjonalny projekt na świecie, ale… jest tu wyjątek w postaci płyty „The Ark Work”. Ten materiał jest tak nadęty, przegięty, przekombinowany i do tego stopnia nieznośny, że gdy już się z nim mierzę, nie mogę się od niego oderwać. Najpewniej te piszczące i obrzydliwe syntetyczne krajobrazy was odrzucą, lecz kto powiedział, że muzyka ma być wyłącznie przyjemna? 

Lugubrum

U tych holenderskich przyjemniaczków również nie było przestrzeni na normalność. Lugubrum czysto teoretycznie są zespołem blackmetalowym, ale naginają nurt pod własne kaprysy. Z jednej strony są tu dysonanse, a z drugiej wręcz krzywe partie jakby zaprezentowane przez amatorów. Niby formacja porusza się w średnim tempie, ale brzmi tak, jakby wsysała słuchacza, a nie napierała na niego energią. Jest w tym coś progresywnego, lecz bardzo pierwotnego – pozbawionego typowej dla prog rocka fanfaronady. Przedziwna sprawa. Nic dziwnego, że z taką propozycją artystyczną nie wyszli poza bardzo głębokie podziemie.

Anal Cunt 

Na finał coś głupiego. Anal Cunt – pomijając postać Setha Putnama – nie jest specjalnie dziwnym tworem. Przez prawie całą karierę uprawiali chaotyczny noisegrind, a w tekstach przejeżdżali się po prawie każdym, po kim mogli się przejechać. Gdyby w słowniku języka angielskiego pod hasłem edgy pojawiły się tytuły ich utworów, nikt by się na to nie zżymał. Ale w 1998 Amerykanie zaserwowali jednorazowy zwrot o 180 stopni – dosłownie. Wydana wtedy płyta „Picnic of Love” nie ma nic wspólnego z ekstremalnym łojeniem. Piąty krążek składu z Newton to do przesady ociekający słodyczą folk. Zawartość liryczna opowiada o ciamajdowatym chłopaku, który pragnie znaleźć życiową miłość i koegzystować z nią w zgodzie z chrześcijańskimi wartościami. Z kolei muzycznie zespół oferuje balladki z Sethem Putnamem na czele, który nie dość, że śpiewa falsetem, to jeszcze fałszuje od góry do dołu. Ilekroć wracam do tego małego koszmarku, na mojej twarzy gości uśmiech od ucha do ucha. Dzięki, Seth!

Łukasz Brzozowski

Zespół na zdjęciu: Sleepytime Gorilla Museum, autorka: Jenya Chernoff  

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas