Jedną z największych zalet Anneke jest eklektyzm. Jej aksamitny głos pasuje do niejednego gatunku. Holenderka nigdy nie zamykała się w wygodnej bańce, tylko cały czas sprawdzała nowe i poszukiwała. Jasne, nie przechodziła w rejony harsh noise’u czy muzyki eksperymentalnej, lecz w kategorii z okolic rocka czy metalu prześlizgiwała się między wieloma opcjami stylistycznymi. Zawsze wychodziła z tego obronną ręką. Nie o każdej artystce z podobnego matecznika gatunkowego (tutaj: gotyckiego metalu) można powiedzieć to samo.
Devin Townsend Project – „Hyperdrive”
Gdy szukamy terminu, pod którym można by zamknąć album „Addicted” (na którym ukazał się powyższy utwór), jedno z pierwszych skojarzeń to „pop metal”. Bo „Hyperdrive!” – podobnie jak i reszta numerów z tej płyty – jest ciężki, opiera się na ścianie gitar, ale równie istotne w tym zestawie jest granie przebojowością, melodiami słodkimi jak wata cukrowa i oczywiście przyswajalnością. Anneke odnajduje się w tym świecie niczym ryba w wodzie. Wokale prowadzące bohaterki tego tekstu słyszymy w czterech utworach z krążka, lecz w „Hyperdrive!” wypadają najlepiej. Niesamowitym jest, że anielski, a przy tym uroczy głos Van Giersbergen bez problemu spaja się z nieco bardziej szorstką warstwą instrumentalną, co oczywiście daje hit nie z tej ziemi. Jeśli znacie pierwowzór rzeczonej piosenki z innej solowej płyty Devina, „Ziltoid the Omniscient”, to wiecie, że ta wersja przewyższa go o głowę lub dwie.
The Gathering – „My Electricity”
Pewnie wielu z was zastanawia się, dlaczego w to miejsce nie wstawiłem któregoś z ikonicznych hitów The Gathering lub po prostu czegokolwiek z „Mandylion”. Odpowiedź pierwsza: to byłoby zbyt proste. Odpowiedź druga: uważam „How to Measure a Planet” za najwybitniejszy materiał tego zespołu. Odpowiedź trzecia: właśnie na rzeczonym krążku głos Anneke okrzepł i nabrał stu procent autorskiego charakteru. O ile na wcześniejszych materiałach niemal operowe zawodzenia Holenderki bywały drażniące, o tyle tutaj problem nie występuje. Artystka nie rezygnuje ze swojej firmowej barwy, w której prócz słodyczy zawiera się tona dramaturgii, lecz tonuje swoją manierę. Napędzane po równo alternatywnym rockiem, jak i trip-hopowym beatem „My Electricity” nie tylko wprowadza w błogość, ale przy okazji łamie serce – ta subtelna melancholia jest nie do podrobienia. W tym wariancie Anneke błyszczy i olśniewa.
Anneke Van Giersbergen – „Handle Me With Care”
Głupio byłoby w takim omówieniu zapomnieć o solowej twórczości tej piosenkarki. Jej solowe dokonania to przede wszystkim szerokie spektrum stylistyczne. Jest w nich miejsce i na oldschoolowy, energetyczny power pop, i na intymność folku. To po prostu Anneke w pełnej krasie – bez ograniczeń czy narzuconego kagańca estetycznego. Wydana dosłownie przed chwilą EP-ka „La Mort” potwierdza tę tezę, bo już samo „Handle Me With Care” zahacza o kilka odległych bajek. Z jednej strony mamy więc folkowo-filmową bazę utworu, z drugiej strony element elektroniczny, gdzieś po drodze przewija się w tym pop… Słowem: zero hamulców. I bardzo słusznie. Piosenka jest klimatyczna, a przy tym żywotna. Podobnie można powiedzieć o reszcie materiału. „La Mort” to druga część mini-albumowego tryptyku Holenderki poświęconemu refleksjom związanym ze śmiercią obojga rodziców, czyli multum emocji – nierzadko takie, które wzajemnie się wykluczają. Czy istnieje lepsze oddanie stanu towarzyszącego w takiej sytuacji?
Vuur – „Freedom”
Czy mamy na sali fanów progmetalu? Z całą pewnością mamy. Co prawda Anneke mierzyła się z tym nurtem na kilku płytach Devin Townsend Project, ale tam występowała jako gościni. W przypadku Vuur jest centralną postacią. Jedyny krążek tego projektu, czyli „In This Moment We Are Free – Cities” miał na celu oddać muzyczną atmosferę panującą w różnych miastach, od Berlina po Paryż. W przypadku „Freedom” chodziło o oddanie atmosferę Rio de Janeiro. Dostajemy tu więc i bardziej subtelne wątki, ale także to, co składa się na esencję całego krążka, czyli progresywno-metalowe konstrukcje wymieszane z odrobiną metalu alternatywnego. Giersbergen robi w tym wypadku po prostu swoje. Jej zawsze hipnotyzująca, a w tym przypadku nieco rozedrgana barwa idealnie spaja się z resztą utworu.
Napalm Death – „In Deference”
Najmniej oczywista rzecz z tego zestawu. Bo czy ktokolwiek kojarzy Anneke z bardziej ekstremalnymi dźwiękami? Mówiąc o ekstremie nie mam na myśli death/doomowych początków The Gathering czy Anathemy, w której udzielała się gościnnie, tylko grindowy bezlitosny szał Napalm Death. Co prawda przeszywający utwór legend brytyjskiego hałasu nie uwzględnia jej śpiewu, a raczej mówione partie (podobnie jak intro do tej samej płyty, czyli „Weltschmerz”), ale sama ta współpraca działa jak należy. Polecamy, bo kawałek jest po prostu niezawodny.
Zobaczenie Anneke na żywo w naszym kraju nie jest codziennością. W związku z tym zapraszamy na oba polskie koncerty artystki z zespołem, które odbędą się w listopadzie. Polecamy tego nie przegapić.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały artystki