Brytyjczycy wiedzą, jak robić doom – zawsze wiedzieli. Całą zabawę w granie ponurych, wolno sunących riffów wymyślił i opatentował Black Sabbath. Niedługo potem mieliśmy Witchfinder General czy Pagan Altar. W latach 90. metalowy świat rozkochał się w spowolnionym, natchnionym cmentarną aurą death metalem wyciskanym przez kultowe dziś Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathemę. W głębokim podziemiu bulgotało jeszcze niemal rytualne Esoteric. Do tego wszystko dokładamy właśnie Warning. Po raczej średnich demówkach grupa zadebiutowała zupełnie przyzwoitym „The Strength to Dream”, na którym wypracowała zręby autorskiego stylu, lecz nie jest to porywający materiał. Dopiero, gdy skład z Harlow rozpadł się, a następnie zmartwychwstał, dał światu swoje opus magnum i jedną z wizytówek gatunku w XXI wieku. „Watching from a Distance” to spiżowy pomnik.
DOOM… ALE CZY NA PEWNO?
Odkąd znam „Watching from a Distance”, zastanawiam się, czy to faktycznie doom metal. Jeśli rozbierzemy materiał na części od strony formalnej, nie ma co do tego wątpliwości. Riffy-głazy w wolnych tempach? Są. Przytłaczająca i depresyjna aura? Również. Ciężar? Pewnie. Ale jednak mam wrażenie, że gdyby zdjąć z tych utworów przester, gdyby odebrać te wszystkie brzmieniowe przymioty kojarzone z metalem, przynależność gatunkowa drugiego krążka Warning byłaby zupełnie inna. Żebyśmy mieli jasność: wyobraźcie sobie kawałki z epokowych materiałów Candlemass, ale zagrane na gitarach akustycznych – jasne, byłyby lżejsze, lecz wciąż doommetalowe, tylko w innej formie. „Watching from a Distance” ma z kolei znacznie bliżej do slowcore’a, czyli maksymalnie spowolnionej, zasępionej i leniwej wersji folku okazjonalnie muśniętego rockiem alternatywnym czy shoegaze’em. Biorąc to pod uwagę, takie kolosy jak „Footprints”, a zwłaszcza „Bridges” mają znacznie więcej wspólnego z Sun Kil Moon czy Low niż z chociażby Pentagram. Jeśli posłuchacie poniższego utworu, jestem pewien, że się zgodzicie.
WEWNĘTRZNY BÓL
Najważniejszym atutem „Watching from a Distance” nie są riffy czy wysmakowane aranżacje. To bardzo prosta płyta – nie będzie przesadą powiedzieć, że nawet początkujący instrumentaliści udźwignęliby większość tego materiału, gdyby bardzo się postarali. Mozolne i żmudne ciężarowe przeplatańce luźno puszczonych akordów z prymitywnymi partiami perkusji stanowią oczywiście wielką siłę krążka sprzed 20 lat, ale najważniejsze są emocje. Patrick Walker dosłownie wypluwa tu serce na wierzch. O ile w przypadku wielu zespołów metalowych o klimatycznym usposobieniu ten cały smutek i marazm są podawane trochę na pokaz, w ramach konkretnej pozy, o tyle w Warning żadnej maski nie ma. Jest tylko człowiek i jego ból. Momentami uczuciowy ekshibicjonizm lidera grupy bywa wręcz przytłaczający, a w innych sytuacjach niebezpiecznie bliski wpisom z pamiętnika wiecznie przygnębionego licealisty, ale to tylko dodaje autentyzmu muzyce. Walker z niczym się nie kryje i nie nakłada na swoje myśli żadnego filtra. Weźmy fragment wzmiankowanego już „Footprints”: A przez wszystkie bitwy dookoła / Których nie myślałem, że przyjdzie mi stoczyć / A jednak jestem tutaj, skruszony żołnierz / Roztrzęsiony, nagi, w twym zimowym świetle. Absolutny werteryzm, ale za to efektywny do bólu.
CO DALEJ?
Trzy lata – tyle potrzebowali Warning, by po wydaniu świetnie przyjętego „Watching from a Distance” znowu pomachać publice na pożegnanie i rozwiązać zespół. Co prawda Brytyjczycy reaktywowali się na kilkanaście koncertów między 2017 a 2018 rokiem, ale był to jednorazowy wyskok. Po dysocjacji kapeli Patrick Walker przerzucił się na stuprocentową działalność pod szyldem 40 Watt Sun, którą – i to całkiem intensywnie – kontynuuje aż do dzisiaj. Jeśli jeszcze nie znacie tego zespołu, a kochacie Warning, gorąco polecam. Muzyka jest w podobny sposób przygniatająca emocjonalnie, lecz instrumentalnie jeszcze lżejsza, a przy tym bardziej intymna. Zmiana znacząca, ale machina działa, więc dokładnie o to chodzi. Mimo tego, twórcy „Watching from a Distance”… znów wracają do żywych. W ubiegłym roku grupa zaanonsowała reaktywację i podpisanie kontraktu z legendarną Relapse Records. Do tego pojawiły się także doniesienia o pracach nad nowym albumem. Czy będzie dobrze? Jak wiemy, metalowe powroty z grobu często kończą się źle, ale w tym przypadku jestem pewien dobrego rezultatu. Tego im i sobie życzę.
Co więcej, Brytyjczycy zagrają pierwszy koncert w Polsce. Zobaczycie ich na tegorocznej odsłonie Red Smoke Festival i jeśli jeszcze się wahacie, to przypominam tylko, że drugiej takiej okazji prędko nie będzie. Znając cykl życia Warning, mogę się założyć, że kolejny rozpad to kwestia czasu. Spieszmy się kochać doomowców, tak prędko odchodzą…