Lubisz być zajęty?
Ha, dobre! Wiesz co, jeśli prześledzi się moją karierę, to trudno dojść do innego wniosku, więc tak – lubię być zajęty. Fajnie stawiać sobie nowe cele, mieć ten element czujności. Oczywiście czasami taki styl życia jest wybitnie stresujący, ponieważ dookoła ciebie dzieje się mnóstwo sytuacji, na które nie masz zbyt dużego wpływu, ale taki już urok bycia muzykiem. Mimo tego, nie narzekam, jest spoko.
To taki sam stres, jak wtedy, gdy byłeś nastolatkiem dopiero zaczynającym tę zabawę?
Nie, zupełnie inny. Gdy zaczynaliśmy we wczesnych latach 90. – a sytuacja, o którą mi chodzi, ciągnęła się do wczesnych lat dwutysięcznych – stres wynikał z tego, że nie wiedziałem, jak do pewnych rzeczy podejść i je ugryźć. Kiedy masz zespół, w twojej głowie pojawia się pomysł na wszystko z nim związane, a jeśli coś przeszkadza w realizacji tego pomysłu, ogarnia cię stres i panika. Dokładnie tak było ze mną. Dziś jestem spokojniejszy i bardziej doświadczony. Co prawda nawet z odpowiednim mentalem przeżywanie podbramkowych sytuacji nie przychodzi łatwiej, ale na pewno pozwala mi to uporządkować myśli w nieco sprawniejszy sposób.
No tak – doświadczenie doświadczeniem, ale z drugiej strony jesteście większym zespołem niż 20 lat temu.
W rzeczy samej. Oznacza to, że stawiamy poprzeczkę wyżej i robimy wszystko, by ją przeskoczyć. Mówiąc najprościej: jeśli obecnie się stresuję, wynika to z perfekcjonizmu, a nie natłoku pracy. Bywa niefajnie, ale warto się przy tym napocić.
Jak wyobrażałeś sobie swoją karierę, gdy jako zakochany w death metalu 15-latek zakładałeś Septic Broiler?
Powiem w ten sposób – w tamtym momencie w ogóle nie myślałem o tym w perspektywie kariery. Traktowałem zespół jako hobby i oczywiście wkładałem w niego całe serce, ale przy jednoczesnej świadomości niszowości tego, co robiliśmy, nawet nie zastanawiałem się nad potencjalnymi szansami dotarcia gdzieś dalej. Gdy wystartowaliśmy pod tym szyldem z Niklasem (Sundinem – red.), spędzaliśmy czas, przesiadując u mnie lub u niego, słuchając muzyki, czytając o zespołach… Fascynowała nas podziemna scena, dlatego chcieliśmy stać się jej częścią. Naszym marzeniem było przeczytanie recenzji swojego demo w zinie lub magazynie, który ceniliśmy. Serio, całymi dniami wertowaliśmy najróżniejsze pisma, bo byliśmy głodni metalu. Ale z drugiej strony byliśmy też nieco odmienni, bo nie chcieliśmy brzmieć jak inne zespoły. Zależało nam na własnym brzmieniu i wyróżnieniu się na tle reszty. Czuliśmy, że nie każdy mógłby nas wtedy zaakceptować, lecz nie miało to aż tak wielkiego znaczenia – nawet mimo chęci przynależenia do konkretnej grupy, o której wspomniałem. Chcieliśmy nagrać coś, z czego sami bylibyśmy dumni. Chodziło o oryginalność, a nie sprzedawanie setek tysięcy płyt.
Czyli pod koniec lat 80. inspirowałeś się lokalną ekstremą od Mefisto po Grotesque, ale chciałeś być wszystkim, czym te i inne składy nie były?
Myślę, że jak najbardziej. Po dziś dzień kocham zespoły, które wymieniłeś i właśnie dlatego chciałem zrobić coś swojego, a nie replikować ich brzmienie. Generalnie trzymałem rękę na pulsie w tamtym czasie. Zasłuchiwałem się w thrashu, imponował mi florydzki death metal i oczywiście działałem w obrębie sztokholmskiej sceny deathmetalowej – również wybitnej. Wiedzieliśmy, że jeśli nie zrobilibyśmy czegoś autorskiego, bylibyśmy postrzegani wyłącznie jako kopiści tych lepszych składów. Skrótowo – nie wiedzieliśmy, jak chcemy brzmieć, ale wiedzieliśmy, jak nie chcemy brzmieć.
Zakładam, że pisanie numerów w takich warunkach nie należało do najłatwiejszych.
No, nie należało. Ilekroć czuliśmy, że jakiś riff lub melodia brzmią zbyt znajomo, wyrzucaliśmy je do kosza. Wysiłek był spory, ale się opłacał, bo rzucaliśmy sobie wyzwanie i wiedzieliśmy, że brzmimy jak nikt inny.
To ciekawa kwestia, bo obecnie grasz w czterech zespołach, każdy działa dosyć aktywnie. Jak wiele czasu zajęło ci wydzielanie pomysłów w taki sposób, by wiedzieć, że dana rzecz idealnie pasuje do konkretnego składu?
Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. W każdym z tych zespołów grają inni ludzie, co oznacza, że metody tworzenia są inne. Na przykład w ten weekend (rozmawialiśmy 28 marca – red.) wbijam wokale na nową EP-kę Grand Cadaver. To oldschoolowy death metal, więc rzecz jest prosta i doskonale mi znana. Mam tę muzykę w swoim DNA, więc nawet mimo perfekcjonizmu jej wykonywanie przychodzi mi z wielkim luzem. W przypadku The Halo Effect proces przebiega na nieco innych warunkach, ale podobnie jak w Grand Cadaver chodzi o estetykę, w której czuję się jak ryba w wodzie. Największym wyzwaniem zawsze pozostaje wymyślenie czegoś nowego przy komponowaniu numerów Dark Tranquillity. Po 35 latach bardzo łatwo wpaść w rutynę, ale wydaje mi się, że skutecznie jej unikamy.

Ale chyba przyznasz, że granie w trzech innych składach pomaga w zachowaniu świeżości przy Dark Tranquillity.
Zdecydowanie tak jest, masz rację. To wszystko pomaga mi bez większych problemów wychodzić ze swojej strefy komfortu. Wyciskam z każdej piosenki, ile się da, nie wykonuję swojej roboty na kolanie. Oczywiście nie tak dawno temu przychodziło mi to trudniej, bo jeszcze na początku 2019 angażowałem się wyłącznie w Dark Tranquillity, a tu proszę – do pakietu wpadły trzy nowe projekty, właściwie jeden po drugim.
Wspomniałeś, że pisanie tekstów na ostatni album Dark Tranquillity było dla ciebie wyjątkowo katartycznym przeżyciem. Jakie wnioski pozostawiło to w twojej głowie, gdy kurz już opadł?
Całkiem ciekawe, bo okazało się, że jest w nim coś innego, ale z gatunku rzeczy, których raczej nie planowaliśmy. Z płytami Dark Tranquillity wygląda to tak, że jasne, nie są pozytywne, ale gdzieś na końcu tego tunelu pojawia się światełko nadziei. Przy „Endtime Signals” światełka nie ma – pozostaje sam mrok. No i tak czysto kompozytorsko również się przy tym napracowaliśmy. Rozbieraliśmy piosenki na czynniki pierwsze, aranżowaliśmy je od nowa, spędzaliśmy mnóstwo czasu nad detalami… Przygotowywaliśmy materiał z ogromną dokładnością. Chcieliśmy też pokazać stan obecnego świata. A nie jest on najlepszy.
„Endtime Signals” jest waszą najbardziej pesymistyczną płytą. Wciąż masz w sobie dużo niepewności czy jednak wierzysz, że może być tylko lepiej?
Obecnie powiedziałbym, że może być tylko gorzej. (śmiech) Doniesienia z bliska i daleka nie nastrajają pozytywnie. Ale wszystko zależy od twojego podejścia do rzeczywistości. Gdy piszesz teksty i trwasz w kompozytorskim szale, wpadasz w obsesję na punkcie różnych rzeczy. Kiedy jesteś po wszystkim, robisz sobie lekki reset, a twój umysł się przewietrza.
Co pomaga ci nie zatonąć w tych wszystkich niepokojących wizjach?
Koncertowanie jest bardzo pomocne. Kiedy co wieczór wychodzisz na scenę i krzyczysz o wszystkich złych rzeczach, mocno się przy tym oczyszczasz. Gdybym tego nie miał, być może bym zwariował. Serio, rozmyślanie o takich sprawach potrafi być wyczerpujące, dlatego nie pozwalam sobie na zbyt duże umartwianie się nimi.
Skoro o Dark Tranquillity mowa – bliższe są ci melodyjno-deathmetalowe czy gotyckie sekcje waszej muzyki? Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że w The Halo Effect skupiasz się wyłącznie na melodyjnym death metalu, a w Cemetery Skyline – na rocku gotyckim.
Rozumiem, co masz na myśli, ale jeśli chodzi o Dark Tranquillity, nie postrzegam tych dwóch elementów jako coś odmiennego, tylko jako element całości. W naszej muzyce przeważają melancholia czy smutek, a że w obu tych gatunkach łatwo o uzyskanie takich emocji, uważamy, że jedno z drugim dobrze się uzupełnia. Generalnie do tego dochodzi wyrazista ekspresja, na którą składają się gniew i frustracja, więc wszystkie elementy zbite razem dają wyjątkowo spójny krajobraz.
W formatywnych latach göteborska scena, z której się wywodzicie, polegała przede wszystkim na wspieraniu siebie. Teraz wasze zespoły są wielkie, wasze życia inne, wszyscy mają swoje rodziny i sprawy, ale czy wciąż czujesz wsparcie ze strony dawnych znajomych?
Tak! Scena w Szwecji jest raczej hermetyczna, każdy zna każdego – to jedna rzecz. Druga jest taka, że w większości wszyscy się lubimy, widujemy na festiwalach, jeździmy razem w trasy… Dużo rozmawiamy, dopingujemy się nawzajem i tak dalej. Ogólnie rzecz biorąc, nawet jeśli nie spędzamy razem tyle czasu, co w młodości, wciąż jesteśmy ze sobą blisko związani.
Łukasz Brzozowski
zdj. Michele Aldhegi (1), Alessandro Di Martino (2)