Dlaczego Vio-Lence nie odniosło sukcesu godnego większych thrashowych graczy? Nie mówię nawet o wyżynach zdobytych przez Megadeth czy Slayera (o Metallice nie wspominam, bo są bezkonkurencyjni), ale chociażby karierze wypracowanej przez takie składy jak Exodus lub Overkill. Powodów jest kilka, ale ten najważniejszy to pociąg, który odjechał z peronu, zanim Sean Killian i załoga zdążyli tam trafić. „Eternal Nightmare” ukazało się w 1988 roku, gdy thrash był dużą rzeczą, lecz najdorodniejsze owoce jego popularności zbierali ci, którzy pchali ten wózek kilka lat wcześniej – jedyny wyjątek to Testament. Właśnie dlatego bohaterowie tekstu musieli obejść się smakiem, a szkoda, bo mowa o jednej z najlepszych płyt w historii gatunku.
ŚMIERĆ POZEROM
„Bez nieba nie byłoby piekła. Gdyby nie glam, nie mielibyśmy racji bytu” – mówił w dokumencie „Get Thrashed” wokalista Vio-Lence, Sean Killian. Rywalizacja między glammetalowymi pięknisiami a thrashowymi dzikusami rozpalała sceny w Los Angeles, San Francisco czy Nowym Jorku i dawała paliwo do pisania jak najbardziej intensywnych numerów graczom pokroju twórców „Eternal Nightmare”. Zespoły rzędu Def Leppard, Dokken, Mötley Crüe czy Ratt były uznawane za pozerskie i nastawione na komercję, a nie szczere realizowanie artystycznych celów. Takie przepychanki brzmią zabawnie z perspektywy czasu, lecz właśnie dlatego omawiany tutaj krążek z 1988 roku jest tak żywotny. Vio-Lence i ich liczni koledzy po fachu chcieli udowodnić, że są najgroźniejsi, najszybsi i najbardziej bezlitośni. Co prawda pod koniec lat 80. thrash był nieco inną bestią niż na początku, a przedstawiciele nurtu eksplorowali jego bardziej techniczną czy melodyjną stronę, ale w przypadku tej płyty do głosu dochodzi sama agresja. Tak właśnie powinno być.
ZERO LITOŚCI
Gdybym miał wskazać najbardziej rozjuszone materiały w historii thrash metalu, „Eternal Nightmare” okupowałoby jedną z topowych pozycji takiej listy. To płyta, która brzmi tak, jak wygląda okładka. Odpalacie ją i bez ostrzeżenia wpadacie do krwiożerczej paszczy z zaostrzonymi kłami. Przez zdecydowaną większość czasu pierwszy album Vio-Lence pędzi na złamanie karku, taranując wszystko po drodze. Nie ma to jednak demonicznego wydźwięku „Reign in Blood” ani nie wpada w deathmetalowe rewiry jak „Darkness Descends”, „Illusions” czy nawet „Pleasure to Kill”. Tutaj chodzi o stuprocentowo chuligańską energię, którą nurt emanował w najwcześniejszych latach, tylko że przyspieszoną i doprowadzoną do granic wytrzymałości. Robb Flynn (ten sam, który dekadę później udawał nu-metalowca) i Phil Demmel są riffowymi maszynami. Nie idą w heavymetalowe melodie, nie korzystają z okazji na zmiękczenie stylu. Nawet, gdy poruszają się w średnich, headbangerskich tempach – np. w „Calling in the Coroner” – brzmią, jakby za chwilę mieli wyrwać słuchaczowi kończyny. Tu nie ma żartów.
O CO CHODZI Z TYMI WOKALAMI?
Thrash metal stoi wokalistami uznawanymi za bardzo utalentowanych i charyzmatycznych, a jednocześnie tymi wzbudzającymi skrajne emocje. Słowem: na każdego Jamesa Hetfielda czy Chucka Billy’ego przypada Bobby Blitz lub właśnie wspomniany w tym tekście dwukrotnie Sean Killian. Wielu słuchaczy odbiło się od Vio-Lence tylko ze względu na jego brawurowe popisy głosowe. Rozumiem to. Maniera wypracowana przez tego sympatycznego krzykacza z Castro Valley nie jest dla każdego. Czysto obiektywnie Killian nie należy do najbardziej utalentowanych thrashowych szczekaczy, ale właśnie za to go kocham. Wokalna ekwilibrystyka na „Eternal Nightmare” jest trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Nie ma tu ani chrypki, nie ma czegoś na kształt łagodniejszego growlu, nie ma piania w heavymetalowej manierze… Jest za to bardzo dużo krzyku, lecz bez cienia przesteru. Sean brzmi trochę jak ekstremalnie agresywna przekupa na targowisku miejskim, która nie trafia w dźwięki, w rytm również, ale jej obłąkańcza charyzma wynagradza wszystko. Gdyby na tym krążku śpiewał lepszy technicznie wokalista, całośc straciłaby połowę uroku.
CHWILA SUKCESU
„Eternal Nightmare” to świetna płyta, która dzięki thrashowej manii dobijającej do głównego nurtu wzniosła się na niegłupie wysokości. Krążek sprzedał się w kilkudziesięciu tysiącach kopii i dotarł do 154. lokaty w ramach zestawienia Billboard 200. Imponujący wynik jak na tak dziki debiut. Niestety sukces materiału nie został powtórzony w przyszłości. Lepiej skomponowana i dojrzalsza „Oppressing the Masses” nie załapała się do tego zestawienia, mimo kultowego statusu wśród fanów, a „Nothing to Gain” z 1993 roku uchodzi za najsłabszy album grupy – nie bez powodu. To nie są najlepsze kompozycje na świecie, tylko typowy dla tamtego okresu przykład kapeli thrashowej usilnie poszukującej nowego stylu bez wybitnych efektów.
Jeśli jeszcze nie wiecie, informujemy, że mimo upływu lat Vio-Lence wciąż dowozi na żywo. Szukacie weteranów, którzy nie stracili energii? Idziecie na nich. Będziecie mieli ku temu aż dwie okazje, ponieważ grupa wystąpi w Polsce razem z Biohazard, Cro-Mags i Sworn Enemy. Koncerty odbędą się 20 lipca w B90 i następnego dnia w Progresji. Bądźcie tam!