Po rozpadzie Svartidauði jesteście najbardziej uznaną blackmetalową kapelą z Islandii. Czy czujecie się docenieni w swoim kraju?
Tak. Wiele zespołów z Islandii jeździ po świecie, jak chociażby The Vintage Caravan czy Kælan Mikla, ale jeśli chodzi o black metal, zdecydowanie jesteśmy najczęściej koncertującą grupą. Podkreślę jednak, że jeśli chodzi o ekstremalną muzykę, funkcjonują również inne kapele, często młodsze, więc są obecnie na naszym etapie sprzed dekady.
Graliście na festiwalach, takich jak KEXPort, gdzie prezentowaliście się obok islandzkich artystów z zupełnie innych rejonów muzycznych. Czy czujecie się częścią większej sceny muzycznej waszego kraju?
W zasadzie tak. To bardzo mała scena, łatwo się wzajemnie poznać w kontekście koncertowej kultury. Dodatkowo interesuję się również muzyką poza blackmetalowym spektrum, więc to wychodzi samo z siebie. Wiele zależy jeszcze od tego, gdzie chodzisz się napić. My na przykład wolimy cichsze miejsca niż głośne kluby i czasem napotkamy jakiegoś muzyka z totalnie innego świata, wymieniamy się wtedy naszymi doświadczeniami.
Często mówi się o islandzkiej scenie blackmetalowej, jako o zjawisku nowym, istniejącym od jakichś 15 lat. Ale przecież nawet w latach 90. były wydawane u was nagrania z tego nurtu, chociażby autorstwa Sólstafir. Jak ty byś ocenił miejsce Islandii w świecie black metalu?
Na tle innych scen?
Tak.
No cóż, na pewno jest mniej okazała niż ta polska, francuska, szwedzka czy norweska – chociażby dlatego, że jesteśmy mniej zaludnionym krajem. Niemniej obecna scena to byt stosunkowo nowy. Svartidauði było pierwszą grupą tej najnowszej generacji black metalu, Sólstafir to z kolei zupełnie inne pokolenie. Nie wiem, jak miałbym ją ocenić, ale cieszę się, że ludzie uważają islandzką scenę blackmetalową za wartościową.
Porównałeś kiedyś rozwój brzmienia Misþyrming do Dissection. Słychać to w produkcji i kompozycjach, faktycznie z każdym albumem brzmicie coraz czyściej i bardziej rock’n’rollowo. Czy to będzie dalszy kierunek dla waszych następnych albumów?
Nie. Duch naszej muzyki jest dalej blackmetalowy i o ile zgadzam się z tobą, że – zwłaszcza na drugiej płycie – mocno bawiliśmy się bardziej punkowymi czy popowymi motywami, tak był to jedynie eksperyment. Szukamy sposobu na oddanie jeszcze większego brudu w brzmieniu, lecz nie skupimy się wyłącznie na nim. Na pewno jednak nasz następny materiał będzie skąpany w ogromie mroku i agresji.
Zastanawiam się, czy nie wpłynęła na to wasza ostatnia trasa, na której graliście debiut Behemoth wspólnie z Nergalem. Mogliście mocno wejść w świat surowego, starego black metalu. Jak wam się współpracowało?
Świetnie. Nergal twardo stąpa po ziemi i odnosił się do nas z wielkim szacunkiem. Wspólne koncerty na festiwalach pokazały nam również, z jak wielką klasą odnosi się do swoich fanów. Zawsze znajdzie czas by zamienić z nimi kilka słów, bez arogancji, której można by się spodziewać po kimś tak uznanym jak on. Ma też ogromne uznanie dla naszej muzyki, mocno zintegrował się z energią, jaką wnieśliśmy do tego projektu. Mamy dużo wspólnego, mimo że dzieli nas przecież wiek i doświadczenie.
Jeśli dobrze słyszałem, zobaczył was na żywo na jakimś festiwalu i wpadł na pomysł wspólnego grania. Podszedł do was z perspektywy fana.
Tak, zna Misþyrming już od czasów pierwszego albumu. Postował go na swoich mediach społecznościowych i tak dalej. Wyraźnie podobają mu się nasze płyty.
A tak szczerze – dorastałeś również z tymi najstarszymi i surowo blackmetalowymi płytami Behemoth? Większość współczesnych słuchaczy kojarzy głównie ich ostatnie materiały.
Jak najbardziej. Pierwszą płytą Behemoth, którą usłyszałem, był „Demigod” w okolicach premiery. Niedługo potem kupiłem kolejne kompakty. Wydaje mi się, że później leciało to w następującej kolejności: „Pandemonic Incantations”, „And the Forests Dream Eternally”, „Grom” i oczywiście „Sventevith”. Znam ich wszystkie albumy.
A co uważasz o „Gromie”? W Polsce to płyta z jednej strony kultowa, z drugiej postrzegana jako nieco kiczowaty artefakt tamtych czasów. Rozważaliście granie na żywo również innego materiału Behemoth z tamtego okresu?
No cóż, „Gromu” nie będziemy raczej grać, ale szanuję tę płytę z racji aspektów nostalgicznych. Czuć czasy, w których to powstawało. Przenosi cię to gdzie indziej.
A jak porównałbyś swoje doświadczenie z Misþyrming do tak nośnego projektu? Nie zrozum mnie źle, wasz zespół również jest duży, ale to jednak coś innego.
Podeszliśmy do tego jak do czegoś zupełnie nowego – jak do projektu z ogromnym potencjałem frekwencyjnym na wielkich festiwalach. Może nie mówimy o czymś zupełnie dla nas niespotykanym, ale jednak skala działania jest nieco większa. Mieliśmy też bardzo profesjonalną polską ekipę techniczną. Składało się to więc na nową perspektywę.
Od premiery waszej ostatniej płyty minęły cztery lata. Kiedy wydacie kolejną?
Nie mogę powiedzieć. Mogę jedynie zdradzić, że cały czas tworzymy coś nowego. Na obecnej trasie gramy nawet nową piosenkę (nosi tytuł “Hnífsdalshungrið” – red.). Miejmy więc nadzieję, że nie będzie trzeba czekać za długo.
Kiedyś mówiłeś, że już na etapie tworzenia demówek komponujesz ścieżkę każdego instrumentu, łącznie z perkusją. Dalej uważasz to za najlepszą metodę pracy czy może czasem do procesu tworzenia wkradnie się mały „jam session” z resztą kapeli?
Cały proces tworzenia demo ma pomóc uniknąć popełniania błędów podczas nagrywania albumu. Trzeba się zaznajomić z kawałkami, by później podczas tworzenia płyty nie grać ich po raz pierwszy. Powinna być oczywiście też przestrzeń na zagranie tego wspólnie z kapelą, by kompozycje mogły dostać trochę życia, dać jakiś niespodziewany również przez nas efekt. Etap klejenia demo jest jednak bardzo ważny i pozwala przygotować się do odegrania utworu z niezbędną do tego pewnością siebie. Próbujemy czasem grać w studiu tak jak na żywo. Chcemy uzyskać ten koncertowy efekt.
Jasne, ale miałem na myśli sam proces komponowania. Z tego co mówisz, nagrania demo tworzysz całkowicie sam, zamiast tworzyć wspólnie z resztą zespołu.
Tworzyliśmy też demówki, które są w zasadzie nagraniem na żywo, z całą kapelą. Nawet kiedy tworzę demówkę samemu i tak musimy to ograć w czwórkę, a wtedy to już nie brzmi jak demo. Każdy dodaje wtedy coś od siebie.
Wspominałeś kiedyś, że kiedy tworzysz muzykę, czerpiesz inspirację z wielu źródeł, nie tylko blackmetalowych. Ale co to właściwie za źródła? Wiem, że jesteś fanem Iron Maiden i Rammstein, ale co poza tym? Może jakiś przykład spoza muzyki rockowej?
Lubię chodzić na różne koncerty, lubię elektronikę i inne rzeczy. Często inspiruje mnie muzyka inna niż metal – niekoniecznie ze względu na samo brzmienie, a bardziej atmosferę i podejście. Są różne metody kreowania ciemności.
Chciałem spytać o twoje teksty. Na ostatniej płycie, „Með hamri”, wkradło się coś, co mogę nazwać… humorem? Nie wiem, na ile dobrze to odczytuję, ale czy nie czułeś się trochę nieswojo, śpiewając humorystyczne teksty? W końcu black metal cechuje się dużą powagą.
Możesz być śmieszkiem, ale dalej mieć coś istotnego do powiedzenia. Każdy dowcip ma w sobie coś z prawdy. Osobiście jestem ekstremalnie sarkastyczny i czasem ludzie – a nawet ja sam – nie zdają sobie sprawy, że żartuję. Często mówię o bardzo ponurych sprawach, a potem wpadam w rechot. Śmiech u ludzi wykształcił się jako reakcja na stres. Podobnie myślę o tematyce tekstów zespołów deathmetalowych. Piszą o flakach i okrucieństwie, przekraczając w końcu granicę, więc stają się zabawni. Coś obrzydliwego może być przecież budzić uśmiech. Równowaga w humorze jest ważna, ale sam humor nie powinien być nigdy najważniejszy. Jeśli chcesz obejrzeć zabawny film niekoniecznie odpalisz przecież komedię – możesz włączyć dramat albo film akcji i też znajdziesz tam śmieszne sceny.Chodzi o comic relief, który rozładowuje napięcie. Dzięki niemu łapiesz dynamikę.
Niedawno James Hetfield wypowiedział się ze sceny o braku politycznego „pieprzenia” na jego koncertach. Co prawda Metallica ma przecież poważniejsze i politycznie nacechowane utwory, ale stwierdził, że występy jego grupy to eskapizm, w którym chodzi wyłącznie o ciężką muzykę i dobrą zabawę. Uważasz, że w muzyce metalowej jest miejsce na poważny przekaz polityczny?
Każdy muzyk może wpływać na masy. Czy powinien? To już inna kwestia. Nie uważam mojej kapeli za odpowiedni nośnik takich treści, ale lubię pisać o poważnych tematach. Nie jestem jednak nigdy zbyt bezpośredni, staram się wypowiadać w sposób symboliczny lub poetycki. To zresztą właśnie cenię w poezji – pozostawioną przestrzeń na interpretację. Jeśli wypowiadasz się zbyt konkretnie i nie pozostawiasz odbiorcy przestrzeni na własne domysły, twoja twórczość staje się zbyt ograniczona. Powinniśmy zachęcać odbiorców do myślenia po swojemu. To najważniejsze.
Współpracowaliście nawet w tekstach z poetą Kristóferem Pállem. Czy samemu pisałeś lub wydawałeś poezję?
Pisałem, ale już prawie w ogóle tego nie robię.
Brakuje czasu czy całą uwagę poświęcasz muzyce?
Jeśli chodzi o muzykę, zawsze skupiam się w 95% na warstwie instrumentalnej, a teksty to zawsze tylko dodatek. Czasem, kiedy coś mi się podoba, sprawdzam sobie również warstwę liryczną i okazuję szacunek danej twórczości, zwracając uwagę na różne jej aspekty. Bywałem bardzo rozczarowany, kiedy okazywało się, że kapela, której muzykę bardzo lubię, ma teksty głupie albo takie, z którymi nie można się utożsamić. Wracając jeszcze do Manowar i humoru – na pozór to ich proste, naiwne śpiewanie o tym, że metal to ich ścieżka życiowa, brzmi żenująco, ale tak naprawdę jest w tym pewna głębia. W końcu my naprawdę żyjemy metalem. To styl życia, a od ciebie zależy, jak go przedstawisz. Nie trzeba przecież wyglądać i brzmieć tak głupio jak jakiś stereotypowy niemiecki pijaczek z Wacken słuchający Sabatonu. W każdym razie zdarza mi się zwracać uwagę na teksty, ale przede wszystkim słucham samej muzyki.

W tym roku graliście chyba na Wacken, nie?
Tak.
Graliście też na Hellfest czy Graspop. Jak porównałbyś takie występy do typowych blackmetalowych koncertów w klubach?
To zdecydowanie coś innego. Na festiwalach brakuje tej specyficznej intymności, którą zapewnia ci mały klub. Wolę, kiedy tłum mam blisko siebie, kiedy mogę spojrzeć ludziom w oczy, kiedy mogę podejść bliżej i fani mogą dotknąć mojej gitary. To tworzy specyficzną więź, w której zasila nas energia tłumu i tłum zasilany jest naszą energią, aż w końcu czujesz, że wymyka się to spod kontroli. Totalny rock’n’roll. Nie doświadczam takiego stanu na dużych festiwalach, lecz na pewno mam frajdę z bycia na tak dużej scenie i wybrzmiewaniu z tak donośnego systemu nagłośnieniowego.
Jesteś wielkim fanem Rammstein. Wspominałeś kiedyś, że to pierwsza tak duża metalowa miłość w twoim życiu. Czy za dzieciaka nie marzyłeś o założeniu właśnie takiej kapeli dla wielkich tłumów, z chwytliwymi utworami, grającej na stadionach?
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem ich koncertówkę, myślałem o tym, jak super musi być występowanie na tak wielkiej scenie. Ale nawet nie dlatego, że w takiej chwili czujesz się bożyszczem tłumu czy coś takiego – bardziej chodziło o możliwość zrobienia tak ogromnego, teatralnego show. Jeśli próbujesz grać muzykę dla mas i osiągnięcie popularności jest twoją jedyną motywacją, poniesiesz porażkę. Osobiście uważam, że Rammstein przestał być tak dobry właśnie wtedy, gdy zaczęli myśleć o sobie komercyjnie, bo na początku to tak nie wyglądało. Jeśli tworzysz muzykę z pasji, masz przy okazji talent i farta, będziesz robić coś wartościowego. Ale teraz na pewno nie chciałbym zacząć tworzyć czegoś przyswajalnego.
Co do innych kapel, w przeszłości wypowiadałeś się z pogardą o grupach takich jak Deafheaven. Dalej masz takie samo zdanie? Niektórzy uważają taką muzykę za po prostu kolejny etap w rozwoju black metalu.
Rozumiem, że niektórzy mogą tak uważać, ale moim zdaniem black metal był jedynie inspiracją dla tych ludzi do stworzenia tej swojej nieinteresującej – moim zdaniem – muzyki. Uważam, że cechuje ich zupełnie inne podejście, inny sposób myślenia, dlatego nie uważam tego za black metal. Wiadomo, że jakieś najbardziej oczywiste aspekty, takie jak wrzeszczany wokal, przesterowane gitary czy blasty, wzięli z blacku. Ale tak całościowo… To zupełnie coś innego.
Masz takie samo zdanie o Oranssi Pazuzu? W końcu to też grupa, która połączyła black metal z zupełnie inną muzyką – psychodelicznym krautrockiem.
Ale oni są prawdziwi. Nie brakuje im odpowiedniego nastawienia, dlatego pasują. Są bardzo skupieni na tym, co tworzą – jednocześnie to przyziemni i bardzo uduchowieni ludzie. Nie tak jak jakiś pierdolony metalcore, który wychodzi z zupełnie innej…
….perspektywy?
Nie, nie chodzi tylko o perspektywę. Chodzi o samą przyczynę tego po co to robią. To nie jest mizantropia ani rock’n’roll.
Rozumiem. Zazwyczaj tak, ale są w tej niszy takie kapele jak Kickback z Francji. To hardcore, czasami można wręcz określić ich łatką metalcore’ową, a ich muzyka jest bardzo mroczna.
Zgadzam się. Kickback jest super. Ogólnie jest dużo hardcore’owych kapel, które strzelają ci prosto w pysk, dużo blackmetalowców lubi takie granie. Lubimy też klasyczny punk czy inne gatunki rocka. Krótko mówiąc: niektóre kapele hardcore’owe są w porządku, ale kiedy słyszę termin „metalcore”, to zaczynam się martwić.
Pracujesz obecnie jako producent i inżynier dźwięku dla wielu kapel. Jak doświadczenie z nagrywania Misþyrming wpłynęło na twoje podejście?
Dało mi to bardzo dużo doświadczenia. Zawsze robiłem coś na boku, ale kiedyś były to głównie moje inne projekty. Zyskuję coraz więcej obycia i dużo czasu zajmuje mi produkcja innych grup, głównie z Islandii. Dobrze spędzam przy tym czas i cieszę się, że wybrali właśnie mnie, to zaszczyt. Zazwyczaj zespoły przychodzą z konkretnymi pomysłami, nie chcą korzystać z Quad Cortexu, cyfrowych wzmacniaczy, triggerów na perce i tak dalej. Chcą nagrywać w sposób surowy i naturalny.
Jakby przyszedł do ciebie zespół metalcore’owy, odmówiłbyś mu?
To zależy. W zasadzie właśnie kończę miks zespołu hardcore’owego, w jasny sposób inspirowanego również klasycznym punkiem. Lubią też Nails, który kocham. Powiedzieli mi, że chcą brzmieć inaczej na tle selektywnie wyprodukowanych kapel. Chodziło im o szorstkie, brutalne brzmienie. Prawie skończyliśmy i uważam, że cel został zrealizowany.
Wasz debiut ukazał się 11 lat temu. Wywołał ogromne zamieszanie na scenie. Jak wspominasz tamten czas? To musiało być bardzo intensywne doświadczenie: osiągnąć spory sukces w blackmetalowym światku w tak młodym wieku.
Miałem swoje marzenie, za którym podążałem tak konsekwentnie, jak tylko mogłem. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem wtedy do końca, co robię w studiu, ale wiedziałem, że chcę to sfinalizować. Pomimo wielu błędów w końcu się udało. Gdy opublikowaliśmy płytę i zyskała ona pozytywny rozgłos, uznałem, że chciałbym ją wydać również w Terratur Possessions i Fallen Empire Records. Byłem fanem tych wytwórni. Dzięki Terratur udało się nam załatwić pierwsze koncerty i nagle okazało się, że jesteśmy regularnie występującą kapelą.
Jakie dzisiejsze kapele są według ciebie tak dobre jak klasycy gatunku pokroju Darkthrone czy Mayhem?
Jeśli mówimy o nowych grupach, wymieniłbym Ultra Silvam czy Black Curse. Jeśli wyjdziemy z blackmetalowego poletka, mogę też wymienić Primitive Man, ale to w sumie nie jest młody zespół. Przepadam też Conan. Blut aus Nord jest zajebiste – to też nie młodziaki, ale dopiero zaczynają być klasykami. Concrete Winds też niszczy. Sporo tego.
Mówiliśmy o tym, że do tej pory, z każdą płytą Misþyrming stawało się coraz selektywniejsze. A myślałeś o tym, żeby pójść w totalnie inną stronę? W stronę produkcji warmetalowych, jak chociażby Teitanblood?
Tak…
Rozumiem, że to cała odpowiedź.
(Śmiech) Dokładnie. Nie no, mogę powiedzieć, że zwłaszcza wskazany przez ciebie Teitanblood ma bardzo unikalne i inspirujące brzmienie. Eksperymentują i potrafią nagrywać nieco bardziej selektywne płyty, ale to dalej jest przepotężne i pasuje do kompozycji. Uważam, że również udaje mi się osiągnąć bardzo istotny balans, czyli brzmienie czyste, wyraźne, ale jednocześnie brudne i odpychające. Prędzej pójdziemy właśnie w tym kierunku niż Clandestine Blaze czy Darkthrone. Oczywiście lubię również ten rodzaj brzmienia, ale nie pasowałby do Misþyrming.
Jaką masz opinię o polskiej scenie blackmetalowej i które zespoły najbardziej cenisz?
Nie mogę odpowiedzieć na pytanie, bo prawdopodobnie zostanę wtedy scancellowany. (śmiech). Ale moja ulubiona polska grupa to Cultes des Ghoules.
Adam Lonkwic
zdj. materiały zespołu