W połowie lat 90. Dødheimsgard byli standardowym zespołem blackmetalowym. Nie da się przeoczyć wysokiego poziomu „Kronet til konge” czy „Monumental Possession” (zwłaszcza tej pierwszej), ale nikt tam świata nie zmieniał. Na tle gatunkowych konkurentów z ówczesnej ekstraklasy prezentowali się dobrze, choć nie szałowo. Wszystko zmieniło się przy EP-ce „Satanic Art” i wydanym rok później „666 International”. Zespołem na dobre i złe zaczął rządzić Vicotnik, a przesiadka z perkusji na gitarę stworzyła dużo więcej opcji do transmisji kreatywnych pomysłów. Ten człowiek nie uznawał prostych rozwiązań. Jak to przełożyło się na „Supervillain Outcast”?
MILENIJNE NIEPOKOJE
Na przełomie wieków black metal fluktuował w osobliwych kierunkach. Z jednej strony modna była gotycka emfaza, którą pielęgnowali chociażby Cradle of Filth, ale wielu ich kolegów po fachu grało znacznie gorszą muzykę (Hecate Enthroned, patrzę na was!). Z drugiej gatunek ubrano w połyskujące skórospodnie, siateczkowane koszulki, brokat i brzmienia z okolic industrialu w guście nocnej ramówki Vivy Zwei. Z jeszcze kolejnej flanki coraz śmielej atakowali anaboliczni siłacze w rodzaju Dark Funeral, Marduka. Klasycy z Mayhem przeobrazili się o 180 stopni i ruszyli na napędzaną triggerami wojnę ze światem przy „Wolf’s Lair Abyss” oraz „Grand Declaration of War”. Darkthrone byli „locked behind crumbled doors”, pluli na wszystkich i robili swoje, coraz mocniej idąc w oldschool.
Dødheimsgard reprezentowali jeszcze inny odłam sceny. Napędzani przez zawsze przedsiębiorczego i zaradnego Satyra wraz z paroma innymi pupilkami z jego wytwórni, Moonfog, zmienili sens black metalu. Tu nie było już okultyzmu, romantyzowania mizantropii, tolkienowskiego świata, lasu… Wszyscy wyszli do miasta, zaczęli snuć wizje przerażającej przeszłości związane z nadciągającym nowym tysiącleciem. „Dawne dzieje? Nie, tylko tu i teraz. Bieżące problemy i lęki są dużo ciekawsze” – strzelam, że tak mogli pomyśleć muzycy DHG, tworząc „666 International”.
Nie stary dobry diabeł, tylko odwołania do hinduizmu. Nie depresja, tylko mania.
O ile pewna część materiału powstała już kilka lat wcześniej, o tyle w 1999 roku nowonarodzony zespół brzmiał jak larwa przeobrażona w motyla. Okazało się jednak, że ten motyl był radioaktywny, wielki i skrajnie nieprzewidywalny. Na pożegnanie XX wieku Norwegowie wypuścili album, który wówczas poczytny „Terrorizer” określił jako „metal bawi się na rejwie z Mozartem, aż robią się odpychający”.
Wyobraźcie sobie black metal najczęściej rozpędzony do prędkości ponadświetlnych. Dodajcie do niego wpływy tanecznego, a przy tym lodowatego industrialu spod znaku Skinny Puppy. Poza tym dochodzą pojedyncze klasycyzujące wątki, pozostałości po „Satanic Art”, które również pasują do chaosu generowanego przez zespół… Chociaż przyznam, że określanie ich impresjonizmem (Rate Your Music, pamiętamy) jest nieco na wyrost – mówiąc dyplomatycznie.
Na finał dorzucamy wokale Aldrahna, który zamiast nieśmiało wychodzić poza blackmetalowe klisze, całkowicie postawił na obłęd. Absurdalność i skuteczność tego krążka do teraz rzuca się cieniem na wszystkie kolejne przedsięwzięcia rewolucjonistów z Oslo.
WIELKI TALENT Z WIELKIEJ BRYTANII
Przechodzimy do 2007 roku. Dødheimsgard wciąż wydawali się w będącym o krok od wyzionięcia ducha Moonfogu – do czego doszło chwilę po premierze „Supervillain…” – ale blackmetalowa stawka się zmieniła. Na tronie rozsiadały się multigatunkowe eksperymenty z USA oraz awangardowe dziwactwa z Francji.
Zmienił się też sam zespół. Z Vicotnikiem pożegnał się Svein Egil, którego syntezatorowe wycieczki od inspiracji Aphex Twin do muzyki poważnej stanowiły istotną część tożsamości grupy. W podobnym momencie odszedł także Apollyon, a Czral opuścił skład chwilę po nagraniu omawianej tu płyty. Co najważniejsze ręcznik zawiesił także Aldrahn, który co prawda robił chórki w paru kawałkach, ale został zastąpiony przez Kvohsta. Znany wcześniej głównie z Code wokalista był raczej anonimowy na tle swojego kolegi, który w CV oprócz DHG miał również Thorns, Zyklon-B, a nawet pojedyncze współprace z Dimmu Borgir we wczesnej fazie kariery. Poza tym oprócz bogatego portfolio Norweg posiadał coś jeszcze – reputację jednego z najbardziej charakterystycznych blackmetalowych krzykaczy.
Kvohst zaznaczał w prawie każdym wywiadzie udzielonym na potrzeby promocji płyty, że musiał wejść w ogromne buty. Zmieniał nie tylko kultową postać, ale jednocześnie zadecydował o wielu aspektach piosenek.
Czy podołał? W momencie premiery nie każdy był przekonany, mimo że na przestrzeni lat „Supervillain Outcast” zdobył należyte uznanie. Nie żeby od razu po wydaniu został zrównany z ziemią, ale dominowały polaryzujące opinie, a nie jednogłośna linia partii. Różnice są kluczowe: Aldrahn wydzierał się jak szaleniec. Z zasępionych czystych wokali przechodził do krzyku, z krzyku w ryk, pozwalał sobie na skrzek, zawodzenie na granicy fałszu… Kvohst miał podobnie wielkie zdolności, lecz inne metody działania. To bardzo dobry warsztatowo wokalista, który zawsze świadomie manipulował głosem.
Wiedział, kiedy zejść w melancholię oraz połączone z nią folkowe zawodzenie i kiedy wejść w tryb maksymalnej furii. Mówiąc dosadniej: Brytyjczyk był znacznie normalniejszy od swojego poprzednika. Biorąc pod uwagę charakter płyty z 2007 roku, ta modyfikacja okazała się strzałem w dziesiątkę. W ślad za bardziej kliniczną, sterylną muzyką poszła zmiana piosenkarskiej ekspresji.
Kvohst prócz wspomnianych czystych partii miał wiele innych asów w rękawie. Operował wrzaskiem w hardcore-punkowej manierze, a jako z jedną z wiodących inspiracji w tym zakresie wskazywał His Hero Is Gone. Schodził w deathmetalowe doły, składając w ten sposób hołd LG Petrovovi z Entombed. Stworzył dwa interludia (dyskusyjne, ale ich niepokój mnie pociąga), puszczając oko do Lisy Gerrard, a w swym światotwórstwie nawiązywał chociażby do „Satyricon” – . Momentami dystopijne społeczeństwo kreślone fluorescencyjnymi barwami z „Supervillain…” zostało doprowadzone wręcz do komiksowej formy – tak brzmiałby album nagranego przez Jokera w przerwie od wojny z Batmanem. Wyspiarski anonim podołał jak mało kto.
TEŻ DZIWNIE, ALE INACZEJ
Parę miesięcy temu zetknąłem się z opinią jakoby „Supervillain…” miało być materiałem dużo bliższym System of a Down, niż można by przypuszczać. Najpierw popukałem się w głowę, ale mina szybko mi zrzedła, gdy to przeanalizowałem. Wiele z bardziej zawodzących wokali Kvohsta miało w sobie coś z dramatyzmu pielęgnowanego przez Serja Tankiana. Liczne gitarowe zrywy na styku nu-metalu i thrashowej intensywności Darona Malakiana również znalazły tu swoje odzwierciedlenie – ale w skrajnie robotycznej, zimnej i brutalniejszej formie.
Doszedł też kolejny bliskowschodni element, tym razem spod znaku anime w metalowej osnowie, lecz nie jak u Babymetal, tylko jak w ścieżce dźwiękowej do „Death Note”, gdyby ta miała być black metalem.
To dobry moment, by podnieść kwestię związaną z zawsze ważną w black metalu przynależnością estetyczną i emocjonalną danego artysty. Czy DHG jako Superłotry wciąż są częścią blackmetalowego ekosystemu, czy funkcjonują poza nim? Znów – dyskusyjna kwestia. I nie chodzi nawet o śmiałe wybory muzyczne, tylko ideologiczny aspekt twórczości. Uważam, że diabeł wciąż siedzi tu w szczegółach i właśnie dlatego mamy do czynienia z black metalem, ale to inny rodzaj złola. Kvohst idealnie sportretował go we fragmencie adekwatnie zatytułowanego „21st Century Devil”:
„To nie wieczność
To nie nadzieja
To szum
To napięcie
Jest tu
Jest tam”
Inne warstwy muzyki również są bezkompromisowe. Gdy pojawia się atak blastami, jak to DHG zawsze lubili w najbardziej rozwścieczonych momentach, brzmi inaczej. Skwantyzowana i „cykająca” produkcja daje tym napadom bardziej odhumanizowaną cząstkę. To atak tak bezlitosny, że aż nieludzki. Obok niego pojawią się liczne industrialowe pohukiwania i hałasy – najczęściej w formie posklejanych ze sobą samotnych sampli, pojedynczych ambientowych stuknięć w klawisze czy innych zgrzytów i trzasków. Żeby było zabawniej, takie „Apocalypticism” brzmi jak najbardziej kanciasty na świecie jazz/funk pochodzący ze sterylnego gabinetu. Z kolei „Foe x Foe” mogłoby być skrajnie zdeformowaną piosenką Ministry.
To są prawdziwe cuda – podobnie jak tytuły kawałków które na podstawowy program płyty nie trafiły, lecz doszły do niej na wydaniach bonusowych. Oto kilka próbek: „Teenanager”, „Satanatomic Evolution”, „Senseoffender”… Zabawnie brzmią te jednoosobowe mistrzostwa Kvohsta w tworzeniu najbardziej błyskotliwych gierek słownych, lecz i tak robią wrażenie w kontekście świata, w ramach którego funkcjonuje „Supervillain Outcast”. Ta płyta nawet mimo wątków brzmiących bardziej archaicznie nawet niż niektóre wynalazki z lat 90., broni się w każdym aspekcie. Jedynie poza tym czasowym. Niemal godzina takiej muzyki to tak przynajmniej o piętnaście minut za dużo.
Niemniej Dødheimsgard we wcieleniu Superłotrów dalej są u mnie tymi ulubionymi. Później bywało już albo lepiej („Black Medium Current”), albo gorzej („A Umbra Omega”), ale nigdy tak magnetycznie. Klasyk ze spiżu.