Często określa się was mianem zespołu grającego „medieval punk”. Szczerze mówiąc – brzmi to jak strasznie tanie hasło reklamowe, które nie mówi za wiele o waszej muzyce. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, słysząc takie określenie, to heavymetalowe przebieranki, opowieści o bitwach i chwale, tylko że w punkowym stylu. A wy przecież jesteście zespołem ściśle punkowym i politycznym. Jakie masz więc zdanie o tej szufladce?
Cóż, w zasadzie takie samo jak twoje. Nie wydaje mi się, by to określenie było trafne. Z drugiej strony rozumiem, w jaki sposób powstało. Jakby nie było, motywy średniowieczne i fantasy, obecne w naszej twórczości, ogrywamy w sposób bardzo spójny i uporządkowany, co jest dość nietypowe dla muzyki tego typu. Dlatego tak często się o tym wspomina, kiedy tylko ludzie próbują dojść do tego, czym nasz zespół właściwie jest. Nigdy nie podejmowaliśmy żadnych działań, by przyjęło się właśnie to określenie. Tak po prostu wyszło. Żyjemy w hiperkapitalistycznych czasach, gdzie ludzie starają się sprzedać wszystko nośnymi hasłami, opisując cię jak najkrótszym i najchwytliwszym określeniem. Nas też to spotkało, więc niech tak będzie. Nie widzę zresztą nic złego w tym, że stanowi to punkt do rozpoczęcia dyskusji na temat naszego grania.
Zanim porozmawiamy o najnowszej płycie, chcę spytać cię o początek waszej drogi. Estetyka fantasy pojawia się w muzyce rockowej od co najmniej lat 60., ale zazwyczaj w bardziej narracyjnym i teatralnym wydaniu. U was to nie tylko kwestia symboliki. To utwory bardzo przyziemne. Skąd więc w ogóle ten oryginalny pomysł na średniowieczną estetykę w tekstach i wizualiach?
Zawsze istniał podobny nurt, przewijający się przez różne sektory kontrkulturowe. Tak jak sam powiedziałeś, już w latach 60. takie tropy fantasy już się pojawiały, zwłaszcza patrząc na ówczesne kapele czy ziny polityczne. Oczywiście było to przedstawiane w sposób charakterystyczny dla tych czasów, więc raczej nie był to tak mroczny, średniowieczny styl, jak u nas. Ale tak – uważam, że zawsze istniał mariaż estetyki fantastycznej z alternatywnymi, kontrkulturowymi ruchami i sztuką. Po prostu bywały czasy, gdzie było to mniej popularne u ludzi zajmujących się taką działalnością i tyle. Szczerze mówiąc, kiedy zaczynałem, miałem wrażenie, że istnieje wokół mnie trochę podobnych rzeczy. Na pewno nie czułem, że pojawiłem się znikąd. Czułem, że raczej odpowiadam wizualnie na inne, podobne decyzje artystyczne u moich przyjaciół, którzy – co najwyżej – nie połączyli tego wraz z przekazem w taki sposób, w jaki zrobiłem to ja. Ale, szczerze mówiąc, nie myślałem o tym nawet w ten sposób. To było dla mnie bardzo instynktowne. Kocham tę estetykę całe moje życie, więc u mnie to po prostu przyszło naturalnie. Całe życie przyciągała mnie wyobraźnia i podejście artystyczne w tego rodzaju twórczości, więc chciałem zrobić coś swojego. Chciałem jednak, by było to dojrzałe, a nie eskapistyczne, bo nie czułbym się z tym po prostu komfortowo. Zacząłem więc się zastanawiać – w jaki sposób mogę w tych ramach ująć to co mam do powiedzenia? Zwłaszcza, że fundamentem fantasy jest właśnie to – używa się symboli oraz aspektów wizualnych i decyduje się, co będą one oznaczać w kontekście danego dzieła. Bardzo praktyczny aspekt, który pozwolił mi to tak płynnie spiąć.
A czy istnieją jakieś konkretne książki, filmy czy gry, które zainspirowały to podejście?
I tak, i nie. Głównie dlatego, że nie myślałem o tym w ten sposób, po prostu wpływały na mnie rzeczy, na które naturalnie natrafiłem w życiu. Jak u wielu ludzi, moim pierwszym zetknięciem się z fantasy, były „Hobbit” i „Władca Pierścieni” Tolkiena, na początku ich animowane adaptacje, w tym ta od Ralpha Bakshiego. Potem przeczytałem książki i mniej więcej w tym samym czasie zaczęły wychodzić filmy Petera Jacksona. To było dla mnie ogromne przeżycie. No i poza tym, zawsze byłem też fanem weird fiction. To też dla mnie bardzo ważne, tak samo jak horrory, których akcja czasami również osadzona jest w settingu fantasy. Kiedy już się w to wciągasz, to okazuje się, że to jest ogromny, często funkcjonujący w formacie pulp fiction, świat literacki, w którym ciągle możesz znaleźć coś nowego, a który często umieszcza akcję w magicznych światach. I tak, jestem również wielkim fanem gier wideo i to też na pewno ma na mnie wpływ. Przykładowo „Dark Souls” albo inne gry wydawane przez FromSoftware. Nie wiem czy mogę to nazwać bezpośrednią inspiracją, bo na pewno nie myślę świadomie o tym, że „teraz zapożyczę z tego jakieś elementy”, ale te gry wciągnęły mnie na tyle, że jestem pewien, że mają one wielki wpływ na to, co tworzę. Chodzi o ten obskurny i ciężki klimat. Wiesz, kiedy się w nie gra, czuć przygniatający ciężar tego mroku. A to z kolei pochodzi jeszcze od tego, co wpływało na twórców, czyli różnych anime i mang, takich jak chociażby „Berserk”.
Przechodząc zatem do samej muzyki, skąd pomysł na połączenie waszego anarcho-post-punku z dungeon synthem? Ten gatunek zazwyczaj dość jednoznacznie kojarzony jest z black metalem.
Generalnie się zgadzam, chociaż to długi temat. Tak jakby strumienie syntezatorowej muzyki new age oraz black metalu, w którymś momencie zaczęły się łączyć. Ale w każdym razie, byłem świadomy, że to zjawisko istnieje i byłem jego fanem. Przede wszystkim jednak miało to aspekt praktyczny. Od samego początku moim celem w tym projekcie było stworzenie muzyki w klasycznym rockowym formacie gitary-bas-bębny-wokal. Wiesz, rzeczy proste, które robię od zawsze. Niestety, potrafi to być dość mocno ograniczające dla samego tworzenia muzyki, podczas gdy jestem również wielkim fanem twórczości kładącej duży nacisk na same kompozycje. Samo w sobie jest to nurtem, który istnieje przecież od co najmniej XIII wieku. Nie mówiąc nawet o aż tak starych czasach – istnieje po prostu masa muzycznych zabiegów, których nie da się osiągnąć w klasycznym formacie rockowej kapeli. Postanowiłem więc stworzyć zespół, który będzie spełniał ten klasyczny format, w którym będę w stanie ująć swoje nietypowe pomysły, ale bez wchodzenia w rejony prog rocka albo innej nadętej, komponowanej ze skupieniem muzyki. Właśnie do tego przydał mi się dungeon synth. W skrócie – pisałem utwory na klawiszach, a potem przepisywałem je na gitarę. Kiedy więc grałem te motywy nieco szybciej i z przesterem, traciłem część smaczków harmonicznych, które słyszałem podczas komponowania utworu. Więc wpadłem na pomysł, by używać krótkich wstawek w dungeon-synthowym stylu, jako intro, żeby zaakcentować tę samą melodię lub motyw w późniejszej części utworu. Można było usłyszeć ten sam motyw z różnych perspektyw, dzięki czemu ostateczny efekt w odbiorze też był inny, motyw zdawał się być podkreślony, dzięki tak zagranemu intro. Jest to więc element użytkowy, który podkreśla kompozycyjną stronę tych utworów.
Dla porównania, zazwyczaj, gdy w black metalu pojawia się krótkie, klawiszowe intro, brzmi to leniwie, jak coś zupełnie oddzielnego od samego utworu. Nie bałeś się takiego odbioru?
Chodzi o to, że wszystko może być zrobione dobrze albo źle. Ważne, żeby przyświecała ci jakaś konkretna, artystyczna koncepcja. Jeśli robisz coś tylko dlatego, bo brzmi inaczej albo wydaje ci się, że tak powinno się to robić bez większego pomyślunku, zazwyczaj to nie wypali. Nie będzie interesujące, bo nawet jeśli zabrzmi dobrze, to bez większej spójności nie zaangażuje to tak bardzo w materiał.
Co sądzisz o black metalu? Specjalnie pytam, bo wiem, że jesteś fanem gatunku, znam też twój blackmetalowy projekt Mirth, ale czy to nie jest dla ciebie trochę niezręczne terytorium? W końcu dużo kapel oskarżanych jest o ekstremalnie prawicowe sympatie, czasem nie bez powodu.
Przy wielu z tych kapel – nawet jeśli nie udało się ich złapać z ręką w nocniku przyznania się do takich poglądów – można mieć silne poczucie, że pewnie prywatnie i tak wygadują takie rzeczy. Bardzo nie lubię tego często występującego „odcięcia” i oświadczeń, że zespół jest „apolityczny”. Przecież nie da się od tego odciąć. Jeśli jesteś człowiekiem i doświadczasz rzeczywistości, więc nie da się być całkowicie apolitycznym. Rozumiem to stanowisko, ale się z nim nie zgadzam i faktycznie to czasem potrafi być frustrujące. Ale przecież jest masa blackmetalowych zespołów, które nie mają takich poglądów. Poza tym, tak szczerze mówiąc, trochę już mnie męczy szukanie takich informacji. Wiesz, o co mi chodzi, nie? Po prostu teraz tych kapel jest tak dużo, tak samo jak opinii, które często są dodatkowo wyeksponowane przez internet. Z jednej strony to dobrze, bo łatwiej można dotrzeć do tego, jakie poglądy ktoś reprezentuje. Ale to jest strasznie wycieńczające. Nie dałbym rady poznać każdej kapeli i ich poglądów. Być może przez to nawet nie interesuję się tym gatunkiem, aż tak jak mógłbym, ale tak to po prostu działa. Tych informacji jest po prostu za dużo. Jestem fanem tego stylu, ale mój – i tak ograniczony – czas staram się poświęcać na robienie innej muzyki i nie ukrywam tego w żaden sposób. Ale muzycznie kocham ten gatunek i na pewno jestem nim zainspirowany, zwłaszcza klasykami. Zresztą zawsze kocham klasyki różnych gatunków, bo to samo w sobie oznacza, że ktoś musiał wynaleźć własny sposób na granie i zadziałało!

Wasza najnowsza płyta jest zdecydowanie najbardziej zróżnicowana muzycznie. Czy poprzedni styl stał się dla ciebie zbyt ograniczający?
Wydaje mi się, że po prostu kiedy spędzasz przy jakimś temacie tak dużo czasu, czasem nie zauważasz nawet tych zmian. W mojej głowie, jeszcze zanim staliśmy się grupą, zawsze byliśmy przede wszystkim projektem, w którym umożliwiłem sobie eksplorowanie różnych muzycznych ścieżek. Nawet samo dodanie dungeon-synthowego intro do utworu punkowego było dla mnie definicją tego, że będziemy robić to, na co mamy ochotę. Być może stworzyłem jakiś trzon naszego brzmienia, ale za każdym razem starałem się dodawać do niego coś innego. To zawsze była myśl przewodnia. Nasza kapela istnieje już na tyle długo, że obecnie dominuje u nas pewność siebie. Nie było sensu zamartwiać się nad możliwością trzymania się na siłę swojego brzmienia. Uznałem, że po prostu wydam taką płytę, która będzie interesująca. Z mojej perspektywy to zawsze była kontynuacja mniej więcej tej samej ścieżki, którą podążamy od początku. W zasadzie dopiero, gdy album wyszedł, zdałem sobie sprawę, że ludzie postrzegają go jako bardziej zróżnicowanego. Kiedy go tworzyłem na pewno tak o nim nie myślałem.
Na tej płycie słyszę… nadzieję? Czy nowa płyta jest właśnie o niej? Wcześniej, przez to połączenie brzmienia lo-fi z tekstami, odnosiłem wrażenie, że to jest muzyka nie tylko o gniewie społecznym, ale również o w dużej mierze o bezsilności. Może poza EPką „Confrere”.
W zasadzie to zawsze chciałem, by nadzieja była u nas częścią większego obrazka. Masz rację, „Confrere” jest również dobrym przykładem takiego utworu. Powiedziałbym wręcz, że jest ich wiele więcej, chociażby na singlu „Not Today, Not Tomorrow”. Nadzieja jest częścią ludzkiego doświadczenia, tak samo jak złość, pogodzenie się z porażką albo z tymczasowością swojego zwycięstwa, po którym zawsze przychodzi kolejna fala czystej przemocy, jak zawsze w historii świata. To będzie zawsze trwać, ciężko byłoby wymyślić jakiekolwiek rozwiązanie, które zakończyłoby ten cykl. Przekazem zawsze było podkreślenie, że pomimo występowania tego cyklu, ważna jest możliwość walki o to co uznajemy za tego warte. Możesz upadać, a nawet przegrać, ale ostatecznie i tak masz taki obowiązek, jako osoba. Więc na pewno podczas tego cyklu pojawiają się momenty odczucia nadziei, która pozwala nam przetrwać. Zawsze chciałem, żeby było to widoczne w emocjonalnej warstwie mojej twórczości, ale jako jeden z elementów. Na pewno nie chcę określać nadziei jako głównej idei płyty, bo szczerze mówiąc nie odczuwam jej zbyt mocno. Jedynie czasami, ponieważ po prostu musimy ją odczuwać jako ludzie.
Bez niej ciężko sobie wyobrazić sobie dalsze funkcjonowanie. Nie zmienia to faktu, że ciężko byłoby walczyć ze złem tego na świata na większą skalę. Łatwiej ująć to w liryczne metafory o walce z niegodziwością niż autentycznie zmienić funkcjonowanie świata, bo nie mamy do tego żadnych narzędzi. Możemy jako jednostki, jedynie dbać o nasze najbliższe podwórko i środowisko. Tylko tyle i aż tyle.
Dokładnie, a do tego ludzie, w zależności nawet od dnia, mogą radzić sobie z tym na zupełnie innych poziomach. Właśnie o to chodzi w tworzeniu, umieszczaniu tego rodzaju emocji w symbolicznym pejzażu, pozwalający ludziom nadać jakiś sens swoim ideom i pomysłom, spotkać je w jakiejkolwiek formie. Nawet jeśli miałaby to być po prostu wymyślona historyjka. Jeśli odczuwasz, jako konieczność, potrzebę zaklinania swoich uczuć w wiarę, że jednego dnia będziesz w stanie walczyć o to co słuszne, to wtedy nawet samo to uczucie jest prawdziwe.
Tak jak mówiłeś – zanim był zespół, Poison Ruïn istniało jako twój solowy projekt. Nie bałeś się, że po tak czysto punkowych i DIYowych początkach, twoje przekształcenie projektu w pełnoprawny zespół, podpisanie umowy z metalowym Relapse Records oraz – chyba po raz pierwszy w karierze – brak pełnej kontroli nad miksem i masteringiem materiału, oddając te aspekty odpowiednio Jonahowi Falco i Arthurowi Rizkowi, będzie potraktowane jako sprzedanie się? Patrząc na to całkowicie z boku, można by faktycznie pomyśleć, że oddajesz po kolei dalsze aspekty swojej kapeli, która u korzeni była wyłącznie twoja.
Świetne pytanie! Myślę często o tych kwestiach. Ale wiesz, po pierwsze – cały czas odczuwam, że podejmowanie wszystkich decyzji, również tych o których mówisz, należy do mnie. Mam pełną kontrolę kreatywną nad aspektami artystycznymi. Poza tym, chcę też podkreślić, że dalej to przecież płyta, na której 99% muzyki zagrałem wyłącznie ja. Napisałem i skomponowałem każdy fragment. a poza kilkoma ścieżkami wspierającego wokalu w tle oraz partią harmonijki, wykonuję na niej wszystko. Więc ciężko mówić tu o oddawaniu jakiejkolwiek kontroli artystycznej. Dalej mam pełną swobodę, powiem wręcz, że to i tak znacznie więcej niż prawie każda inna kapela. Zawdzięczam to również chłopakom z zespołu. Wspierają mnie i wkładają bardzo dużo pracy, wysiłku oraz czasu, żeby tak dobrze brzmieć jako grupa podczas koncertów. Cały czas uczą się mojej twórczości i odpowiada im ten układ. Wiem, że to brzmi jakbym się bronił, ale chcę po prostu podkreślić, że mój zespół też bardzo wspiera to czym jest ten projekt. Jestem bardzo wdzięczny za ich pracę. Co do współpracy brzmieniowej, podkreślę, że Arthur robił już mastering na “Härvest”, więc po prostu wrócił. Ale fakt, Jonah Falco odpowiadający za miks to ogromna różnica. Chcę jednak powiedzieć, że jeśli usłyszałbyś moje miksy i stemy, które mu zaniosłem, to dowiedziałbyś się, że już one były o wiele bardziej selektywne niż poprzednie nagrania. Czystsze brzmienie również było powiązane więc z moją wizją tej płyty, od samego początku chciałem by brzmiała inaczej. Ale przyznam też, że nie widzę tego jako progres w naszym rozwoju, ponieważ nie chcę by to zabrzmiało, że od teraz każda płyta będzie brzmiała coraz czyściej i bardziej selektywnie. To po prostu coś innego, kreatywne wyzwanie, z którym się zmierzyliśmy. Jasne, mógłbym sobie wpełznąć do nory i naparzać kolejne płyty w estetyce brudnego lo-fi dzień za dniem, gdybym miał taki kaprys. Wrócę jednak do tego, o czym już mówiliśmy – o tym, że nie u każdego proces tworzenia się udaje. Jeśli chcesz, żeby to co robisz było autentyczne i szczerze, musisz dawać sobie nowe wyzwania. Dzięki temu możesz być zarówno bez przerwy zainteresowany tym co tworzysz, jak i możesz nagrać coś nowego. Stąd też mój pomysł na wyraźniejszy dźwięk, chciałem, żeby to koniecznie różniło tę płytę od naszych poprzednich wydawnictw. Co do samej pracy z Jonahem – jest świetny. Kawał fantastycznej roboty. Do tego to była ciągła współpraca, odbijanie do siebie nawzajem pomysłów i dochodzenie do wspólnych wniosków. Nigdy nie było sytuacji, że odegrałem to co swoje, a potem to już jego brocha. Pracowaliśmy razem, zarówno na płaszczyźnie artystycznej, jak i technicznej. Do tego wszystkiego przyznam ci też, że odczułem konieczność oddania komuś innemu pieczy nad miksem dla bezpieczeństwa mojego zdrowia psychicznego. Po ostatniej pracy nad „Härvest”, które miksowałem w całości samemu nie było innego wyjścia. Zarządzanie produkcją płyty długogrającej, gdzie już z założenia czujesz pewnego rodzaju presję to jedna sprawa – pogodziłem się już z tym, że usłyszy to sporo osób. Dlatego właśnie starasz się zrobić to tak dobrze, jak tylko możesz – wiesz, że trafi to do twoich fanów i innych słuchaczy. Ale drugą sprawą jest to, że kiedy nagrałeś cały album sam, masz masę materiału i zadań do przypilnowania, byłeś częścią każdego procesu, od nagrywania po miksy – to po prostu możesz nie słyszeć obiektywnie własnego materiału. Pamiętam, jak przy poprzednich nagraniach, odsłuchiwałem całość raz za razem, usuwałem całe miksy, tworzyłem je całkowicie od nowa. Nie zliczę ile razy chciałem zacząć „Härvest” całkowicie od początku. Spędziłem nad tą płytą o wiele więcej czasu niż była taka potrzeba. Więc obserwator z zewnątrz nadaje perspektywy. Częścią procesu było przyjęcie do świadomości, że tak jest po prostu lepiej i istnieje konkretna przyczyna, dla której zazwyczaj tak się właśnie robi. A jeśli ktokolwiek potraktowałby to jako sprzedanie się, to trudno. Jak ktoś ma z tym problem to najprawdopodobniej po prostu nie rozumie natury mojej relacji z tymi ludźmi albo sam ma problem ze sobą. Dzięki kontraktowi z wytwórnią mam możliwość wydawania swojej sztuki. Daje mi to opcję zaangażowania się w to bez obciążania mojego budżetu, więc jasne, że w to idę. Dalej mam kontrolę nad naszymi wypowiedziami i przekazem, nigdy nie pojawiła się żadna próba ingerencji w treść naszej muzyki. Cieszę się więc wsparciem, które mam od swoich współpracowników i wytwórni.
Nie wiedziałem, że nagrywasz albumy w całości samemu. Wiedziałem, że jesteś autorem całej muzyki i tekstów, ale założyłem, że – skoro od 2022 jesteście pełnoprawną kapelą – to oddajesz na przykład partie perkusji czy basu pozostałym członkom zespołu. Skąd ta dynamika?
Głównie? Dwie rzeczy. Pierwsza – tak jest szybciej, tak już to robiliśmy, to działa. Czas na nagrywanie nie przedłuża się w odniesieniu do życia pozostałych trzech członków zespołu. Reszta chłopaków też ma swoje kapele. Jeśli kazałbym im przyjechać, nauczyć się kawałków i pracować ze mną nad płytą, zeżarłoby to więcej czasu niż trzeba. I tak ostatecznie na żywo będziemy grać to razem. A druga kwestia – przyzwyczaiłem się już do takiej metody pracy. To projekt, w którym to ja wpadam na różne pomysły i popycham go w różne rejony. Dzięki temu mogę podejmować decyzje artystyczne całkowicie samemu, dłubać sobie nad tym w zaciszu, podczas gdy podczas pracy z innymi ludźmi, musisz uszanować też ich czas. A to z kolei przyczynia się u mnie do poczucia bezwładności, tej myśli, że skoro już gracie razem i gra się wam dobrze, to muzyka sama idzie w tym kierunku. Jeśli pracuje się nad tym samemu, ma się większą kontrolę na temat kierunku danej muzyki. Zresztą – dobrze się w tym czujemy. Dosłownie nikt nie ma z tym problemu, a jeśli by miał i chciałby spróbować tworzyć bardziej jako zespół, to chętnie się w tym spróbuję. Może to będzie kiedyś jedno z tych wyzwań, o których mówiłem i nagramy wspólnie album? Na razie jest jak jest.
Adam Lonkwic
zdj. Kat Bean