PIEŚNI LODU I OGNIA: zespół Enslaved i płyta „Eld”

Dodano: 02.10.2026
W świecie norweskiego black metalu Enslaved to syn koleżanki twojej starej. Jeśli miało się okazję śledzić ich karierę od połowy lat 90., trudno nie dojść do wniosku, że to klasowi prymusi, którzy przez 35 lat podejmowali same dobre decyzje. Byli tam, gdzie działo się najwięcej, wypłynęli z falą obrazoburczego metalu, która jednych zmiotła z planszy, innych zaprowadziła do więzienia, a z innych zrobiła gwiazdy rocka. A Enslaved mieli na tyle szczęścia i oleju w głowie, aby spić samą śmietankę, i nigdy, ale to nigdy nie nadepnąć na żadną polityczną czy penitencjarną minę.

To oczywiście spore uproszczenie i pogłębiona rozmowa z muzykami zespołu z pewnością ujawniłaby problemy, których żadna długowieczna kapela raczej nie uniknie. Zmiany składu, płyty sprzedające się lepiej i gorzej, trafione i nietrafione decyzje dotyczące koncertów i tras. Ot, banały idące w parze z ciężką pracą w artystycznym zawodzie. Jednak ułożone na osi czasu płyty Enslaved pokazują, jak pracowity i konsekwentny był – i wciąż jest – to zespół. Nie stał się on przy tym producentem albumów z wykrojnika. Jego licząca, bagatela, siedemnaście tytułów dyskografia dowodzi, że za myśleniem o jakości stała wizja artystyczna. Oko Odyna patrzyło przychylniej to w stronę ekstremalnego metalu, to na progresywne rejony rocka, ale niezależnie od osobistej, podyktowanej gustem oceny Enslaved nigdy nie splamił się płytą ewidentnie wstydliwą.

Jak północny wiatr

Jeśli w wyrównanym dorobku Norwegów brak wyraźnych potknięć, „Eld” uchodzi tu za danie dla koneserów. Ten wydany w marcu 1997 roku album wymieniany jest w ogonie klasycznej, blackmetalowej ery Enslaved, którą otwiera wspaniałe, choć brzmieniowo półamatorskie demo „Yggdrasill” z 1992 roku. Na młodszym o zaledwie trzy lata drugim pełnoczasowym albumie „Frost” zespół brzmi jak maszyna do zabijania. Podług wskazówek ojca sceny, Euronymousa, trio gra norweski black metal z Norwegii, ale nie kopiuje przy tym brzmienia żadnej ze swoich zaprzyjaźnionych kapel. Studio Grieghallen ubiera ich muzykę w dość selektywną produkcję. Akcenty wikińsko-epickie nie wydają się skórą zdartą z truchła Bathory. Trym Torson jest, obok Hellhammera i Frosta, najlepszym blackmetalowym perkusistą swojego pokolenia. Wydany w będącej wówczas na artystycznym i komercyjnym szczycie Osmose Productions „Frost” otwiera Enslaved drzwi do tras, które zahaczą nawet o Meksyk. 

Po powrocie z serii koncertów Ivar Bjørnson i Grutle Kjellson – po dziś dzień dwa filary Enslaved – chcą od razu brać się do pracy nad nowym materiałem. Ten nie podoba się Trymowi, a może po prostu bardziej kusi go wizja dołączenia do, przystępującego wówczas do prac nad drugą płytą, Emperor? Tak czy inaczej, zespół traci wyjątkowego instrumentalistę i już nigdy nie będzie takim monumentem, jak w swoich pierwszych latach. Nowego perkusistę Grutle poznaje w szkolnej ławie technikum w Haugesund, gdzie wraca po trasie na kolejny semestr. Harald Hegelson jest muzykiem zupełnie innym niż Trym. Świetny technicznie, nie rozumie do końca charakteru muzyki Enslaved ani jej korzeni. Jest fanem thrashu i metalu progresywnego, czeka go nauka gry na dwie stopy i grania blastem. Oraz przygoda życia z Enslaved: nagrają razem jedną płytę i zagrają jeden koncert.

Powstaniemy w chwale

Teoretycznie preferencje Hegelsona powinny być spójne z ambicjami Grutle i Ivara. „Eld” jest płytą „progresywną” ale jeszcze nie tak, jak to, co zacznie się kilka lat później na „Mardraum”. W momencie wydania czyta się ją jako epicki blackmetalowy album z wikińskim podtekstem, stawiając między resztą potomstwa Bathory, m.in. pierwszymi płytami Hades czy Helheim. Ale na „Eld” dzieje się dużo więcej, co pokaże dopiero perspektywa czasu. Album zaczyna się spektakularnie: szesnastominutowy „793 (Slaget om Lindisfarne)” to na tamten moment najbardziej epicki i ambitny utwór od czasu „Slaget i skogen bortenfor” umieszczonego na mini-albumie „Hordanes Land”. Pozostałe utwory, same w sobie bardzo dobre, nieco bledną w obliczu jego nowej jakości: subtelnego, filmowego intra płynnie przechodzącego w progrockowe przestrzenie i blackmetalową siarkę. Jego folkowość nie jest natrętną cepelią, epicki rozmach nie jest udawany ani wymuszony. Charakteru dodaje nietypowe brzmienie materiału, za które w dużym stopniu odpowiada być może osoba Haralda. Jego gra jest gęsta, ale nie tak zdyscyplinowana jak metalowy galop Tryma. Bębny na „Eld” wysunięte są na przód, dominuje nietypowe jak na tę estetykę, charakterystyczne dla muzyki progresywnej brzmienie werbla piccolo. Płyta brzmi jak black metal, ale nie przypomina żadnego albumu ze swoich czasów. 

Trudno uwierzyć, że za tak dojrzałą i wysmakowaną muzyką stoją ludzie, mimo kilkuletniego doświadczenia, niezwykle młodzi – w momencie wydania „Eld” Ivar Bjørnson ma 20 lat. Nad każdym z nich wisi wybór między dalszą edukacją a pracą w zespole. Harald wybiera naukę, swój jedyny koncert z Enslaved gra na release party albumu. Grutle i Ivar idą za ciosem i kolejny album wydają zaledwie rok później. Na „Blodhemn”, oprócz drugiego gitarzysty Roya Kronheima, znów gra rasowy metalowy pałker – Dirge Rep, wówczas perkusista Gehenny, który kilka lat później wyda fantastyczny album pod szyldem Orcustus. Ale to już inna legenda.

Człowiek z Hordalandu

Odbiorowi „Eld” nie przysłużyła się okładka. Teoretycznie nie ma na niej nic, co nieadekwatnie anonsowałoby zawartość płyty: ot, Grutle Kjellson w wikińskim odzieniu siedzi na zdobionym drewnianym krześle. Słuchacze prawdopodobnie woleliby jednak zdjęcie fiordów albo drakkar we mgle i ta konkretna okładka przez lata kwitowana jest lekkim uśmieszkiem. Faktem jest, że sama sesja wygląda niezwykle profesjonalnie: zespół wynajmuje zawodowego fotografa, zdjęcia powstają w zaprzyjaźnionym sklepie, którego właściciel podsuwa muzykom kostiumy, rekwizyty i to niezapomniane, drewniane krzesło. Wiele lat później kupi je – świadom lub nie, jak ważny jest to artefakt w historii pewnego norweskiego zespołu – Peter MacNicol, aktor znany z roli Johna Cage’a w serialu „Ally McBeal”.  

Co ciekawe, pierwszy projekt okładki „Eld” był jeszcze bardziej radykalny niż to, co finalnie się na niej znalazło. Grutle na drewnianym krześle miał być wklejony w…  zdjęcie wnętrza wulkanu. Wydawca płyty, Osmose Productions, rozesłał jednak egzemplarze promocyjne ze znanym wszystkim obrazkiem i tak już zostało. Wypada więc docenić, że tak naprawdę niewiele brakowało, a trzeci album Enslaved pojawiałby się w satyrycznych zestawieniach „najgorszych okładek” między płytami Tulus a Maniac Butcher.

Królowie Północy

„Potencjał i szerokość spojrzenia na muzykę czynią z Enslaved jedną z najbardziej okazałych osobowości rocka ostatnich lat. Jej filary, a więc znakomita transowość opętańczego czasu, echa skandynawskiego folku czy wreszcie umiejętność budowania dramaturgii całej płyty, skrywane są pod podszewką agresywnej blackowej formy. I to właśnie czyni z <<Eld>> płytę niezwykłą. Płytę, która ujawnia swoje drugie dno dopiero po dziesiątkach przesłuchań” – pisze Wojtek Wysocki w magazynie „Brum” (nr 5/97). W momencie wydania na „Eld” poznają się jednak nieliczni i gdyby muzycy Enslaved byli świadomi zacytowanej tu recenzji, być może nie wspominaliby tych czasów z taką goryczą. W dokumentalnym serialu „Heimvegen” wspominają, że płyta została „zamordowana” w branżowej prasie. „(…) Pamiętam, że recenzentom nie podobała się produkcja, nie podobało się brzmienie werbla i generalnie oczekiwali, że będzie to kontynuacja „Frost”. A nie była. Myślę, że to kwestia nieadekwatnych oczekiwań wobec nas i tego, że słuchacze nie byli gotowi na eksperymenty, które podjęliśmy na tym albumie” – wspomina Grutle w wywiadzie dla „Noise Magazine” (nr 1/2023). 

Z biegiem czasu „Eld” zyskuje należny mu status klasyka. Jego twórcy wykonują go w całości w 2005 roku na festiwalu Hole in the Sky i w 2023 roku na Beyond the Gates. Enslaved jest już wtedy innym zespołem o innym statusie. Mimo takiej, a nie innej tematyki choćby wspomnianego „793” (rok, w którym wikingowie splądrowali zakon Benedyktynów na wyspie Lindisfarne), mimo treści sampli z filmu „Biały wiking” otwierających „For lenge siden”, mimo wizerunku i koneksji z pierwszą falą norweskiego black metalu – nikt nigdy nie ciskał w zespół oskarżeniami o obrazoburstwo czy nacjonalizm. Również dlatego, że Enslaved był po prostu zawsze wolny od takich treści i skojarzeń, co jest, wbrew wyobrażeniu wielu, jak najbardziej do pogodzenia z opiewaniem własnej kultury. 

Złoci chłopcy norweskiego metalu są dziś uniwersalnymi ambasadorami dziedzictwa kulturowego swojego kraju. Enslaved jest bytem o żywej i twórczej teraźniejszości, która pasuje do rockowo-metalowego mainstreamu, ale w razie potrzeby muzycy okażą legitymacje blackmetalowca podbite jeszcze we wczesnych latach 90. Jako jeden z nielicznych „wikińskich” zespołów metalowych przez prawie cztery dekady szerokim łukiem omijali przaśność i ostentacyjny banał. „Eld” to jeden z mniej docenionych epizodów bogatego dorobku Enslaved, płyta poniekąd „przejściowa” i bardziej patrząca za horyzont, ale wyjątkowa i w dyskografii Norwegów, i w całym black metalu. 

Bartosz Cieślak

zdj. materiały autora

Bilety na koncert Enslaved i Sólstafir kupicie TUTAJ. 

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas