Satyr to człowiek, który w Norwegii ma status podobny do Nergala u nas. Na świecie ceniony i uznawany za jedną z największych gwiazd w gatunku, na ziemi matczynej – polaryzujący, w dodatku dość ostro. Czego by o nim jednak nie mówiono, w drugiej połowie lat 90. (i w pierwszej połowie dwutysięcznych) spowodował, że black metal żył i buchał kreatywną energią. Oczywiście nie on jedyny, lecz fakty są jasne, był jednym z architektów rozwoju gatunku, nikt mu tego nie odbierze. Jeśli do układanki dodamy Frosta, a więc wielkiego perkusistę, który w Satyricon nie odpowiada za wizję i rozwój, tylko fanatyzm i duszę, mamy komplet. Nie mogło im się nie udać.
TA PIERWSZA: „Dark Medieval Times” (Moonfog)
Po wydaniu dwóch demówek Satyricon z miejsca przystąpili do nagrania debiutanckiej płyty. Mieli wówczas 18 (Satyr) i 20 (Frost) lat. Czy w związku z tym „Dark Medieval Times” jest absolutnie ikonicznym klasykiem black metalu, bo przecież wydały go dzieciaki kujące żelazo póki gorące? Trochę tak, a trochę nie. Krążek ukazał się w 1993 roku, czyli w momencie, gdy spiżowe pominiki nurtu w postaci m.in. drugiego i trzeciego pełniaka Darkthrone oraz drugiego krążka Burzum, a także paru innych ujrzały światło dzienne. Słowem: Satyricon nieco się spóźnili, dlatego „Dark Medieval Times” wzbudziło mniejszy szok niż powyższe albumy, a szkoda. Debiut omawianego tu duetu jest dla mnie esencją drugiej fali black metalu w fazie adolescencji i niewinności. Nie ma żadnej kalkulacji, nie ma wyuczonej przebojowości – jest tona nastoletnich emocji, intensywność i naiwność. Każda z tych przaśnych folkowych zagrywek w „Walk the Path of Sorrow” miażdży mi serce, podobnie jak stanowiące esencję utworu epickie pochody w duchu Bathory. Podobnie mam z napędzanym gniewem „Into the Mighty Forest”. Gatunkowe vademecum, nie inaczej.
TA NAJLEPSZA: „Rebel Extravaganza” (Moonfog)
Satyricon znajdowali się w ciekawym położeniu u schyłku XX wieku. Dzięki wydanemu w 1996 roku „Nemesis Divina” przedostali się do panteonu gwiazd w swojej niszy, a wręcz zostali liderami nurtu. Z takim hitem jak „Mother North” mogli budować bajkową przyszłość i dopracowywać styl, który zażarł… ale zupełnie ich to nie obchodziło. Zamiast tego przy nieocenionej pomocy Snorre Rucha z Thorns, czyli ojca chrzestnego drugiej fali black metalu, nagrali „Rebel Extravaganza”, zmieniając się nie do poznania. Klasyczne corpse painty już ich znudziły, więc zdecydowali się na makijaż sugerujący fascynację klipami z Vivą Zwei, a w miejsce leśnego posmaku w swoim black metalu wrzucili absolutną brutalność, doprowadzając go i siebie do ściany. To numery rozjuszone, podane z maksymalną dawką agresji, a przy tym progresywne. Już otwierający „Tide in Broze Chains” czy następujący chwilę później „Filthgrinder” mówią wszystko. To blastowy szał, liczne zmiany tempa i palcołomne riffy zagrane w nieludzkich tempach. Kreatury czające się między drzewami i mistycyzm? Już nie – tu chodzi o milenijny zeitgeist i nadciągającą apokalipsę. Takie rozwiązania to ja rozumiem.
TA NAJBARDZIEJ PRZEBOJOWA: „Now Diabolical” (Roadrunner)
Za sprawą poprzedniej płyty, „Vulcano”, Satyricon nie tylko zmienili styl (znowu), ale w końcu przedostali się do metalowego mainstreamu. Nie byli gwiazdą wyłącznie na swoim hermetycznym podwórku, lecz grali coraz bardziej okazałe koncerty na coraz większych festiwalach – czasami niekoniecznie związanych z metalem jako takim. W związku z tym nie dziwi fakt, że „Now Diabolical” stanowi kontynuację poprzednika. Dostajemy tutaj natchniony rock’n’rollową energią black metal, w którym nie chodzi ani o przestraszenie słuchacza, ani o zalanie go chaosem, tylko przeboje podane w mrocznej osnowie. Satyr i Frost ewidentnie mieli łeb do tej konwencji, ponieważ każdy numer z tej płyty jest gotowym bangerem do nieustannego nucenia. Nie mówię już nawet o stadionowej pompie kawałka tytułowego czy lekko festyniarskim posmaku „K.I.N.G.”, bo równie silnie na słuchacza oddziałuje puls rytmiki w fenomenalnym „The Pentagram Burns” czy trąby huczące w końcówce finałowego „To the Mountains”. To na tym krążku Satyricon znalazł na siebie patent, co słyszymy na prawie każdym z ich późniejszych wydawnictw.
Satyricon nigdy nie splamił się słabą płytą, ale na poziom godny chociażby „Now Diabolical” już nie wskoczył. W sumie nie wymagam tego od nich. Co najlepszego mieli nagrać, to nagrali, a na Mystic Festival 2024 udowodnili, że wciąż dają świetne koncerty. Ta legenda dobrze się starzeje – bez wstydu, bez ujeżdżania chorowitego konia w postaci nieustannego odgrywania starych albumów na żywo… Wszystko z klasą. Panie Satyr, Panie Frost – szacunek!
Łukasz Brzozowski
zdj. Morten Andersen