Poznajmy się: Soilwork

Dodano: 20.10.2026
Są jedną z pierwszych nazw rzucanych przez prawie każdego w kontekście melodyjnego death metalu. Od których płyt warto zacząć przygodę z nimi? Poznajmy się z Soilwork!

Gdybym miał wskazać, co wyróżniało załogę z Helsinborga na tle gatunkowych gatunkowych konkurentów w formatywnych latach, byłyby to dwie rzeczy. Pierwsza: postawa „leaders not followers”. Druga: bardzo nowoczesne (na swój czas) podejście do nurtu. Soilwork od zawsze byli jednym z tych zespołów, które z melodyjnego death metalu wyciągały przede wszystkim thrashowy kłus, a zamiast zamaszystego heavy stawiały na twardy groove. Dzięki temu stali się wielcy, ale nie tylko.

TA PRZEŁOMOWA: „The Chainheart Machine” (Listenable)

Debiutancki album Soilwork był całkiem niezły. Grupa prezentowała na nim melodyjny death metal bogaty w ambitne pomysły, wściekłe sekcje i sporo technicznej woltyżerki. Niestety brakowało w tym wszystkim czegoś więcej niż tylko przyzwoitych piosenek. Szwedom wystarczył dosłownie rok, by wyciągnąć wnioski i skorygować wszelkie minusy swojego stylu. Efektem naniesionych zmian okazał się „The Chainheart Machine” – jeden z najistotniejszych krążków zespołu. Stylistycznie to po prostu kontynuacja tego, co słyszeliśmy na „Steelbath Suicide”, ale zagrana znacznie lepiej. Pod każdym względem Soilwork przeskoczyli nie jeden, a kilka schodków. Na drugiej płycie Skandynawowie w dalszym ciągu jadą do przodu z melodyjnym death metalem doprawionym thrashową motoryką. Są brutalni, a przy tym chwytliwi. Mają zarówno świetne, łkające partie gitar, jak i konfrontacyjny groove. Takie hity jak „Bulletbeast”, z tym zadziornym riffem, albo niemal progresywnie skrojony „Spirits of the Future Sun” pokazują, że piosenkopisarstwo jest tu na najwyższym poziomie. Nawet teraz, blisko trzy dekady po premierze. 

TA KONTROWERSYJNA: „Figure Number Five” (Nuclear Blast)

Wczesne lata dwutysięczne były bardzo interesującym okresem dla wielu gwiazd melodyjnego death metalu. In Flames poważnie zaczęli obwąchiwać się z nu-metalem na „Reroute to Remain”. Tompa Lindberg (cześć jego pamięci) z At the Gates również peregrynował te rejony ze swoim nowym zespołem, The Great Deceiver. Soilwork poszli w jeszcze innym kierunku. Niemal całkowicie wycięli w pień melodyjno-deathmetalowy trzon twórczości, zmierzając ku alternatywnemu metalowi. W ten sposób przygotowali najbardziej hymniczne, przebojowe i wręcz popowe (jak na ekstremalne standardy) piosenki w swojej karierze. „Figure Number Five” to płyta z krystalicznie czystą produkcją, wielkimi refrenami i toną słodyczy. Słowem: w swoim czasie spełniała wszystkie standardy, by wrzucić ją do worka z napisem „metal zarobkowy”. Nie ma w tym nic złego, ponieważ ugrzecznione Soilwork wciąż proponowało świetne numery. To właśnie z tej płyty pochodzi ich chyba największy hit – „Rejection Role”. Triumfalne refreny, które nie wyłażą z głowy, to z kolei ogromny atut „Cranking the Sirens” czy „Strangler”. Nawet balladowy „Departure Plan” działa idealnie. Kawał płyty.

TA NAJLEPSZA Z TYCH NAJNOWSZYCH: „Verkligheten” (Nuclear Blast)

Wiem, że wiele osób nie wskazałoby w tym miejscu krążka z 2019 roku. Zupełnie naturalnym tropem byłoby tu podanie „The Living Infinite” czy może najbardziej epickiej w historii tego zespołu „The Ride Majestic”. Mimo wszystko stawiam na „Verkligheten”, ponieważ to chyba najbardziej eklektyczny materiał Szwedów, a przy tym odnoszę wrażenie, że zrobiony bez zbędnej spiny. Jedenasty album Soilwork ukazuje zespół ze stabilnym statusem i stylem, który może modyfikować swoje składowe w dowolny sposób – i to właśnie robi. Czego tu nie ma?! „Arrival” to sobie typowe dla tego zespołu thrashowe wątki, ale utwór wchodzi także w rejony symfonicznego black metalu godne Emperor! „Full Moon Shoals” startuje od uroczej melodii, następnie przechodzi w triumfalny marsz, a bliżej końca Szwedzi odpalają protokół sprintowo-blastowy. Wszystko chodzi jak w zegarku. Niemal powermetalowy (lecz bez typowego dla tego nurtu wątku przypałowości) „Stålfågel” to wymarzony koncertowy hymn – podobnie jest z galopującym „The Wolves Are Back in Town”. Świetna i dojrzała płyta zespołu, który doskonale wie, czego chce. 

Lubiany w naszym kraju Soilwork już niebawem zagra te wszystkie cudowne hity u boku Amon Amarth i Orbit Culture w gliwickiej PreZero Arenie. Koncert odbędzie się 29 października, więc nie zwlekajcie z kupnem biletów!

Łukasz Brzozowski

zdj. materiały zespołu

Bilety na koncert Amon Amarth, Orbit Culture i Soilwork kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas