Co spodobało ci się w metalu najbardziej, gdy posłuchałeś go po raz pierwszy?
O kurczę, nie dostałem wcześniej takiego pytania! Hm, w pierwszej kolejności na pewno doceniłem bezpośredniość metalu. Nie było w tej muzyce żadnego cackania się i przymulania, tylko od razu strzał między oczy. Jako młody chłopak bardzo czegoś takiego potrzebowałem.
Dlaczego?
Bo wcześniej słuchałem pop punka, który również jest bardzo bezpośredni, ale jednak mniej intensywny. Z kolei pierwszym metalowym zespołem, na jaki trafiłem, był Blind Guardian – zapoznanie się z ich muzyką traktuję jako punkt zwrotny w moim życiu.
To kwestia któregoś utworu, płyty?
Chodziło przede wszystkim o płytę „A Night at the Opera”. Gdy ją usłyszałem, nie wierzyłem w to, co się tam dzieje. Byłem oczarowany na obsesyjnym poziomie. Słuchałem tego w zasadzie dzień i noc. Ten album całkiem nieźle oddaje atuty, które powaliły mnie przy poznawaniu metalu. Zderzenie się z tą ścianą dźwięku to wielka sprawa. Masz wrażenie, że muzyka nie przestaje na ciebie napierać, że jest wręcz zbyt intensywna. Ale później oswajasz się z tym kontrolowanym chaosem i totalnie przepadasz. Tak było ze mną i pewnie z wieloma innymi adeptami ciężkich brzmień.
Zabawne, że wcześniej wspomniałeś o pop punku. Takie Blink 182 i Blind Guardian są oczywiście zespołami z innych planet, ale ich atak melodią przebiega na podobnych zasadach.
Totalnie się z tym zgadzam. Myślę, że właśnie z powodu, o którym wspomniałeś, bardzo swobodnie przeskoczyłem z pop punka w power metal. Oba gatunki są szalenie melodyjne i z miejsca wpadają w ucho, a to, że środki do celu prezentują się inaczej, jest już inną sprawą. Co więcej, metal zawsze miał w sobie więcej detali i szczególarstwa. W wielu pozostałych gatunkach muzycznych wszystko leci jednotorowo, a tymczasem im ciężej, tym więcej rzeczy do odkrywania. Znów wracamy do Blind Guardian i „A Night…” – niesamowicie, że wszystko jest tam tak przebojowe, a jednocześnie pieczołowite. Niezależnie, jakie by te galopady nie były, przy każdym odsłuchu złapiesz coś nowego, czego wcześniej nie złapałeś – skrzypce, dęciaki… Była to też jedna z pierwszych płyt, których słuchałem od góry do dołu, bo angażowała mnie naprawdę mocno. Przy każdym posiedzeniu z nią, czułem się, jakby moja głowa wręcz puchła od nabywanych informacji – oczywiście w najlepszym możliwym sensie.
Teraz też tak masz?
Teraz już nie, bo trochę za dobrze się z tymi utworami znamy. Lubię wrócić do tego materiału i Blind Guardian w ogóle – za każdym razem jest to świetna zabawa. Po prostu trudno już o efekt „wow”, gdy zna się tę muzykę jak własną kieszeń.
Czyli wracasz do tej muzyki, by sprawdzić, czy nadal ci się podoba?
Nie, ponieważ wiem, że mi się podoba i zawsze są to miłe sesje odsłuchowe. Po prostu mam te numery wgrane w głowę – jestem w stanie zanucić dowolny fragment dowolnej piosenki obudzony nad ranem. Każdy z nas ma takie płyty.
Pop punka też jeszcze lubisz?
Bardzo rzadko go słucham. Gdy już się coś trafia, to raczej nie przełączam, ale żeby odpalać coś z tej przegródki z własnej woli? Raczej nie. Moją ulubioną płytą pop-punkową była „American Idiot” Green Day. Nie tak dawno temu dostałem w prezencie ich koncertówkę. Grali różne kawałki, ale dominowały właśnie te z „American Idiot”. Zetknięcie się z tym po latach było bardzo przyjemnym doświadczeniem. Kochałem ten album za cały koncept. Nie jest on jakiś specjalnie złożony, lecz wciąż robi wrażenie, przynajmniej na mnie.
A muzyka?
Już nie aż tak. (śmiech) Oczywiście są to fajne numery – często szybkie, energiczne, przebojowe, bardzo konkretne. Niestety (lub stety) jestem chyba w innym miejscu jako słuchacz. Właśnie z tego powodu riffy czy melodie, którymi „American Idiot” wręcz ocieka, nie pociągają mnie za mocno. To chyba normalna rzecz. Gdy już wskoczysz na ten poziom wyżej, rzeczy, które jarały cię, gdy o muzyce nie wiedziałeś praktycznie nic, uderzają już z mniejszą siłą rażenia. Oczywiście nie uważam tego za cokolwiek złego. Ot, tak już bywa. Z jednych rzeczy się wyrasta, z innych nie.
Koledzy z zespołu podzielają twoje obecne lub dawne fascynacje?
Dawne – raczej nie. Ale te obecne… W sumie różnie bywa. Oprócz power metalu słucham na przykład muzyki filmowej lub klasycznej. Nie zaskoczę cię, mówiąc, że oba te nurty łączy z metalem bardzo wiele – powaga, zmiany nastrojów, ciągła dramaturgia. Świetna sprawa. Wszyscy w Gloryhammer słuchamy różnej muzyki, najczęściej gust jednego członka zespołu nie ma zbyt wiele wspólnego z gustem drugiego. Właśnie dzięki temu jesteśmy otwarci na nowe rzeczy.
To są naprawdę tak wielkie kontrasty?
Pewnie, niektórzy z nas lubią pop, inni kochają thrash metal z lat 80., jeszcze ktoś docenia bardziej ekstremalne brzmienia… Zestaw różnych inspiracji pozwala nam na kreatywne myślenie o piosenkach.
To pasuje do charakteru „Space 1993: Wrath of Kor-Virliath”. Brzmicie tu najbardziej eklektycznie w waszej historii.
Też tak uważam. Wiadomo, że nie dopuszczamy, by odejść od esencji stylu Gloryhammer. Piosenki mają być melodyjne, napakowane świetnymi solówkami, ubrane w dobre refreny… Ale jednocześnie lubimy badać, jak cienka jest ta granica. Dlatego czasem te numery wybrzmiewają bardziej popowo, a w innych przypadkach są prawie że brutalne. Póki gra to wszystko w zgodzie z zespołową filozofią, nie ma problemu. Poszukiwania nowych elementów zawsze są fajne, ponieważ zaburzają schemat, pozwalają na odnalezienie w sobie czegoś, o czym mogło się nie mieć pojęcia.
Odnalazłeś w sobie coś specjalnego przy nagrywaniu tej płyty?
Nie wiem. Byłem chyba zbyt skupiony na swoich zadaniach, by się nad tym zastanawiać. Stresu z pewnością nie odnotowałem.
No pewnie, bo to twoja druga płyta nagrana z Gloryhammer.
Prawda, ale przy pierwszej też nie byłem specjalnie poddenerwowany. Jasne, towarzyszyła mi ogromna ekscytacja, lecz w ogólnym rozrachunku podszedłem do wszystkiego przede wszystkim ze spokojem.
Śpiewasz w zespole już pół dekady, ale niektórzy wciąż postrzegają cię jako „tego nowego”. To bardzo irytujące?
Dużo mniej, niż mógłbyś się spodziewać. Wiedziałem, z czym się będę mierzył i kogo będę zastępował. Wiem też, że metalowcy są przywiązani do charyzmatycznych postaci. Po prostu robię swoje i udowadniam, iż wybranie mnie okazało się najlepszym pomysłem dla Gloryhammer.
Pochodzisz z Cypru – raczej mało metalowe państwo.
Bardzo niemetalowe. Gdy wsiąkałem w metal jako gnojek, nie miałem w swoim otoczeniu prawie nikogo, z kim mógłbym dzielić tę pasję. Wszystko rozgrywało się w internecie.
Czyli byłeś samotnikiem?
Znajomych mi akurat nie brakowało. Byłem osamotniony, jeśli o metal chodzi, ale w innych kwestiach mam same miłe wspomnienia. Poza tym nawet nie narzekam na tamten okres. Dziś metal na Cyprze jest jako tako kojarzony, ale tych 15-20 lat temu… Zapomnij!
Czy fani Gloryhammer mogą liczyć na niespodzianki, gdy w dniu premiery odpalą „Space 1993: Wrath of Kor-Virliath”?
Tak, ponieważ to bardzo zróżnicowana płyta i nie ma na niej momentów nudy czy monotonii. Gwarantuję wam, że gdy ją włączycie, poczujecie się, jakbyście weszli do innego świata!
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu