„Roots”, czyli złoty moment i koniec klasycznej Sepultury

Dodano: 19.01.2026
Gdy Brazylijczycy na szóstym albumie zajrzeli w głąb swoich korzeni i odcięli się od thrash metalu, dotarli do gwiazd. Niestety miało to swoją cenę.

Nawet dzisiaj co bardziej eksperymentalne i poszukujące metalowe tytuły nie zawsze spotykają się z falą entuzjazmu słuchaczy. Gdy przyzwyczaimy się do tego, że zespół X czarował konkretnym brzmieniem, czasami nie godzimy się z odwróceniem przyjętego porządku o 180 stopni. Pomyślcie więc, jak wielkim ryzykiem było wyskoczenie z takim materiałem jak „Roots” trzy dekady temu. Ostatecznie krążek z 1996 roku dał Sepulturze wiele dobrego, ale jednocześnie odebrał znacznie więcej, niż można by przypuszczać. 

NOWE SZATY

Nie jest tak, że kierunek obrany na „Roots” nie był możliwy do przewidzenia. Pierwsze zakusy na taką formę zespół miał już przy okazji „Arise”. To wtedy – zaraz obok thrash/deathmetalowych cięć – w arsenale formacji pojawił się nieco większy współczynnik groove’u, pobrzmiewające gdzieś na dalekim planie elementy industrialne czy nawet przyklęknięcie obydwoma kolanami przed dziedzictwem hardcore punka. „Chaos A.D.” tylko podbiło siłę tych elementów, tymczasem na „Roots” stanowią one (no, może prócz industrialu) sedno muzyki. To już nie jest thrash, nie ma tu zbyt wiele klasycznie rozumianego metalu. Niesiony potężną produkcją Rossa Robinsona charakter krążka odznacza się większą potęgą od czegokolwiek, co grupa zrobiła wcześniej. I nie chodzi wyłącznie o skoczny „Roots Bloody Roots”, czyli największy hit w zestawie (oraz w dyskografii jego autorów), ale o całą specyfikę muzyki. To wszystko buja, napiera na słuchacza i atakuje przede wszystkim motoryką, a nie zawrotnymi tempami. Takie utwory jak „Lookaway” czy „Born Stubborn” są tego wzorowym potwierdzeniem.

KORZENIE, ALE NIE TE METALOWE

To właściwie przypis do poprzedniego segmentu, ale na tyle istotny, że pomijanie go byłoby nierozsądne. Chodzi oczywiście o folkową podbudowę tych utworów, o ujęcie pochodzenia muzyków w pełnej krasie. Tu z pomocą znów przyszedł Ross Robinson. Numetalowy producencki guru zachęcał artystów do zajrzenia w głąb duszy i ujęcia narodowej tożsamości jako jednego z nadrzędnych elementów pomagających w komponowaniu. Stąd wziął się plemienny wydźwięk materiału – rozbujana rytmika utworów, odejście od gatunkowych schematów i pojawienie się najróżniejszych perkusjonaliów, od surdo aż po timbau. Pakiet zasiliło także inne podejście w kwestii klejenia ze sobą poszczególnych elementów utworów. Nie chodziło już o piosenki napisane od linijki, a o ciągłe jamowanie i zaskakiwanie samych siebie. Słowem: procesem rządziła wolność, a nie strach przed nagięciem granic. Wielu fanów nie przyjęło tego z radością, ale w ich miejsce pojawili się nowi. W końcu „Roots” to największy sukces komercyjny Sepultury.

CELTIC FROST 

No i coś z zupełnie odmiennego bieguna. Wcześniej wspominałem o improwizowaniu, o brazylijskim folklorze, o wolności… Ale przecież Sepultura zapomniała o metalu. Bracia Cavalera i spółka odsączyli swoją propozycję artystyczną prawie ze wszystkich elementów, które kojarzyły się z ciężarami jeszcze dekadę wcześniej, lecz niektóre z nich zachowała i przeobraziła. Jednym z tych najistotniejszych pierwiastków jest oczywiście inspiracja Celtic Frost. Co ciekawe, wcześniej było słychać ją tylko na prehistorycznych „Bestial Devastation” czy „Morbid Visions”, tymczasem w przypadku „Roots” dostała nowe życie. Chodzi przede wszystkim o riffy. Te muliste, zwiastujące koniec wszystkiego gitarowe patenty ze „Spit”, „Cut-Throat” czy nawet „Attitude” wręcz ociekają wątkami z elementarza Szwajcarów. Jasne, nie jest to tak podszyte piekłem jak w wypadku pierwowzoru, tylko utopione w skocznych strukturach, ale podobieństwa jak najbardziej słychać. Sam Max Cavalera – słuchający wówczas na potęgę Deftones czy Refused – nawet niespecjalnie się od tego odżegnywał. Dowód? Chociażby wyśmienity cover widoczny poniżej, nagrany właśnie w ramach sesji do „Roots”. 

NU-METAL CZY NIE?

Tocząca się od dawna debata o tym, czy „Roots” jest płytą numetalową, czy może jednak nią nie jest, wciąż pozostaje aktualna. Moim zdaniem jak najbardziej należy wrzucić ją do tego nurtu. Dlaczego? W nu-metalu (podobnie jak w grunge’u kilka lat wcześniej) trudno uchwycić jednoznaczny estetyczny bodziec. Jasne, ktoś powie, że chodzi po prostu o mieszankę skocznych riffów z rapowaniem, ale to nie takie proste, bo przecież różnice między chociażby Slipknotem a Linkin Park można mnożyć w nieskończoność. Moim zdaniem sytuacja jest bardziej złożona, bo na wpisanie w klucz nu-metalu wpływa przede wszystkim aura muzyki i element bycia edgy, a nie ustalone odgórnie stylistyczne chwyty. W związku z tym szósty długograj Brazylijczyków jak najbardziej pasuje do tej szuflady. Niepohamowany gniew „Roots” to w tym przypadku kluczowy argument „za”. Nigdy wcześniej kwartet z Belo Horizonte nie miał w sobie tyle wściekłości. Nie zapominajmy też o wokalach Maxa, w których pięknie wyraża się hardcore’owy żar, co również nie wydaje się przypadkowe. W końcu starszy z dwójki braci w tamtym okresie bardzo ciepło i ochoczo wypowiadał się o fascynacji tą sceną. Ma to swoje przełożenie na charakter utworów. 

KONIEC WSZYSTKIEGO

Jak wspomniałem, „Roots” była wielkim sukcesem. Krążek wylądował na 27. lokacie listy Billboard 200 w tygodniu premiery i ostatecznie rozszedł się w dwumilionowym nakładzie na całym świecie. Do tego zespół przeskoczył z dużych klubów do hal. Niestety radość z tych osiągnięć przyćmiewały wewnętrzne tarcia. W największym skrócie: Igor Cavalera, Andreas Kisser i Paulo Jr. byli na wojnie z Maxem oraz jego żoną, menadżerką grupy, Glorią Cavalera. Trzech członków kapeli, w odróżnieniu od jej lidera, nie chciało współpracować z małżonką starszego z braci, uważało ją za słabe ogniwo rozbuchanej wówczas machiny. Wokalista był temu przeciwny, a negatywne napięcie tylko narastało. Wszystko rozleciało się w sierpniu 1996 roku, gdy zmarł Dana Wells – syn Glorii i pasierb Maxa. Po tej tragedii nic nie było takie samo, a kilka miesięcy później frontman opuścił szeregi formacji. Niedługo potem założył Soulfly, a jego byli koledzy pozostali na lodzie…

Przez pierwszych kilka lat po rozłamie losy Sepultury nie układały się najlepiej. Wytwórnia, w której się wydawali, a więc Roadrunner Records, pompowała i promowała Soulfly, a notowania współtwórców „Roots” drastycznie malały. Co prawda grali w mniejszych czy większych klubach i nie spadli do ligi okręgowej, ale był to wyłącznie cień minionej sławy. Jak się okazało, wcale nie bezpowrotnej. W marcu 2024 roku zespół ogłosił, że po obfitej pożegnalnej trasie zakończy działalność i z dnia na dzień… przeżył odrodzenie popularności. Obecnie Sepultura znów wyprzedaje wielkie hale i obsadza najważniejsze sloty na szanowanych festiwalach. To bardzo godne zakończenie bogatej, pełnej wzlotów i upadków kariery, a przy tym zupełnie zasłużone. Zrobili dla metalu tyle, że inaczej być nie mogło.   

Łukasz Brzozowski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas