Poznajmy się: Oranssi Pazuzu

Dodano: 09.06.2026
Hej, dzieciaki! Byliście kiedyś na przerażających mokradłach, które do was mówią? Jeśli nie, włóżcie kalosze i wskakujcie tam z nami. Przewodnikami wycieczki będą Oranssi Pazuzu.

Fińscy poszukiwacze przygód z okolic black metalu (i wielu innych wątków) to wyjątkowo lubiany zespół w naszym kraju. Już dawno temu pogodził zarówno słuchaczy alternatywy, których średnio zajmuje metal, jak i ortodoksyjnych fanów ekstremy. Krautrock, czerń, psychodelia… Dużo tego, a każdą z tych rzeczy grupa traktuje jako część większej całości, a nie jednorazowy gimmick będący egzotyczną mieszanką nieprzystających do siebie elementów. Poznajmy się z nimi i sprawdźmy, co znajdziemy pod ich kamieniem.

TA PIERWSZA: „Muukalainen puhuu” (Violent Journey)

Wiecie, jak to czasami bywa z debiutami – słyszymy na nich młodych, zdolnych, ale często nieopierzonych muzyków. Talent i determinacja stanowią ważny element, lecz jeszcze brakuje ogrania czy pomysłu na siebie. Oranssi Pazuzu są kompletnym zaprzeczeniem tej reguły. Już na „Muukalainen puhuu” Finowie byli zespołem, który doskonale wiedział, czego chce. Jednocześnie ich osłuchanie (oraz blisko dziesięcioletnia przygoda lidera grupy, Juho Vanhanena, w psych-rockowym Kuolleet Intiaanit) oraz kompozytorski kunszt udowodniły, że black metal i kwaśny rock mają ze sobą więcej wspólnego niż można przypuszczać. Już w otwierającym „Korppi” słyszymy organy hammonda, transowo zapętlone melodie o orientalnym posmaku oraz wyrastające z nich tremolowo-blastowe krajobrazy. Jak wspomniałem, nie ma w tym grama popisówki czy zabawy. Wszystko sprowadza się do atmosfery niepokoju, która jest tak spójna, a jednocześnie pojemna w uniwersum Finów, że tak odległe wszechświaty brzmią jak coś, co w zupełnie naturalny sposób się ze sobą zazębia. 

TA NAJLEPSZA: „Värähtelijä” (Svart) 

Może podpadnę w tej chwili ultrasom Pomarańczowego Demona, ale o ile uwielbiam opisany wyżej debiut, o tyle jego dwie następczynie są nieco gorsze. Nie zrozumcie mnie źle – „Kosmonument” i „Valonielu” to wciąż jedne z najbardziej kreatywnych blackmetalowych płyt wydanych w drugiej dekadzie XXI wieku. Problem leży w tym, że Oranssi Pazuzu już pokazali, iż stać ich na więcej. Oba wzmiankowane krążki odpływają moim zdaniem w rejony post-rocka czy nawet progrocka, co niekoniecznie im służy, bo w ten sposób muzyka zespołu traci na grozie i niepokoju, a zamiast tego zaczyna meandrować bez większego celu. „Värähtelijä” stanowi korektę kierunku. Na tej płycie wróciło wszystko, co u nordyckich dziwaków najlepsze, ale w jeszcze dojrzalszej formie, z jeszcze swobodniejszym podejściem do aranżacji i unikania jakiejkolwiek zwyczajności w strukturach utworów. „Saturaatio” idealnie wprowadza do tego przerażającego świata, już od startu brzmiąc jak psychodeliczno-rockowa wędrówka z finalem w piekle. Plemiennie nabita „Lahja” przenosi nas do rytuału, w którym nie wiemy, o co chodzi, ale wiemy, że zostaną złożone w nim ofiary ludzkie. Z kolei najbardziej blackmetalowy „Havuluu” zaczyna się niepozornie, lecz wciągnięcie w blisko dziesięciominutowe spotkanie z otchłanią to tylko kwestia chwili. Absolutny top. 

TA NAJNOWSZA: „Muuntautuja” (Nuclear Blast)

Jestem ciekawy, co myśleli sobie włodarze Nuclear Blast po ściągnięciu Oranssi Pazuzu do swojego gniazda. Finowie wydali dwie płyty we współpracy z jedną z największych metalowych wytwórni na świecie. Pierwsza z nich, czyli pandemiczna „Mestarin kynsi” brzmiała jak kontynuacja wątków z „Värähtelijä” i sygnalizowała delikatne wypalenie formuły. Z kolei jej następczyni wydana w 2024 roku to nie tylko powrót składu do formy, ale poniekąd wynalezienie się na nowo. Żebyśmy mieli jasność: wciąż znajdziemy tu repetytywne figury aranżacyjne i black metal poddany terapii z wszelkich osobliwości. Główna różnica to środki użyte do wykonania zadania. Spacerockowo-psychodeliczna lekkość wyleciała z tej układanki. W jej miejsce wszedł industrial. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Teraz Pomarańczowy Demon nie jest leśną kreaturą, tylko humanoidem gotowym zmanipulować i poturbować każdego na swojej drodze. Posłuchajcie chociażby otwierającego „Bioalkemisti” – wciąż czujemy, kto to gra, ale tym razem muzyka brzmi groźniej, jeszcze bardziej alarmująco i intensywnie. Albo takie „Ikikäärme”, które cierpliwie pełza w kierunku słuchacza, a na koniec zalewa go zdekonstruowanym doom metalem. Tak to się robi.    

Kto był na Oranssi Pazuzu, ten wie, że ich koncerty są totalnie głośne, odjechane i generalnie intensywne do bólu. Przygotujcie zatyczki i szykujcie się na wręcz fizyczne doznanie, bo ci Finowie nie są tu po to, by było przyjemnie. Tylko się z nimi zetkniecie na żywo, a przez parę dni nie będziecie myśleć o niczym innym. Ta energia jest jak magnes.  

Łukasz Brzozowski

zdj. Rainer Paananen 

Bilety na polskie koncerty Oranssi Pazuzu kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas