Gdyby zapytać typowego fana QOTSA, który materiał zespołu uznaje za ten ulubiony, najpewniej wybrałby „Songs for the Deaf”. Podobnie liczna grupa postawiłaby na „…Like Clockwork”, ale to jednak pełniak z 2002 roku jest obiektywnie tym największym. Tutaj Homme i koledzy nie dość, że doprowadzili do perfekcji swój pustynno-rockowy styl, to jeszcze pchnęli go na szersze wody. Słowem: ciężkie riffy ciężkimi riffami, ale przebojowe refreny, odpowiednia doza humoru i minimum jeden niezatapialny hook w każdym numerze okazały się kluczowe.
RADIOWA KPINA
„Songs for the Deaf” to płyta koncepcyjna. Jako słuchacze wchodzimy do auta (w mojej głowie jest to mocno poobijany Pontiac Firebird) i przemierzamy dystans od Los Angeles po Joshua Tree. Przy utrzymywaniu przepisowej prędkości trasa powinna zająć mniej więcej trzy godziny, ale ten album Queens jest prawie trzykrotnie krótszy, więc warto nastawić się na szybką jazdę. Jedziemy więc i słuchamy bardzo szemranych (oczywiście fikcyjnych) rozgłośni radiowych. Czasami zasępieni, czasami cyniczni, a w innych przypadkach rozhulani niczym telewizyjni kaznodzieje prezenterzy zapowiadają nam kolejne numery. Na przykład przed „First It Giveth” wita nas rozpędzony hiszpańskojęzyczny DJ, który opowiada o rocku, którego nie da się zabić, a wszystko to na tle podkładu z okolic flamenco. Z kolei do utworu tytułowego prowadzi niepokojąca domina, traktująca słuchaczy jak swoje zwierzaki, które należy upokorzyć. Wszystko to miało być żartem z niskiego poziomu amerykańskich radiostacji. Efekt? Podbicie tychże za sprawą „No One Knows” i „Go with the Flow”. Dobra robota, chłopaki – zrobiliście bekę, a w dodatku utorowała wam ona drogę do sukcesu.
KOMPAKTOWY STYL
Lubię pierwszą płytę Queens of the Stone Age, mimo że moim zdaniem brzmi trochę jak propozycja dla sierot po Kyuss, a nie obietnica czegoś wielkiego i nowatorskiego. „Rated R” jest już znaczącym krokiem do przodu, rozwinięciem się rudowłosego Josha jako kompozytora, ale i fani, i sam zainteresowany czuli, że da się jeszcze więcej, że to nie jego ostatnie słowo. Sekretów sukcesu „Songs for the Deaf” można wymienić wiele, lecz ten najważniejszy to – przepraszam za banał – piosenki. Słowem: Homme zebrał swoje najlepsze cechy i ułożył z nich wzorcowe numery. Trudno szukać w tym dokładnej przyczyny czy sprytnego planu. Po prostu gwiazdy ułożyły się na niebie we właściwy sposób i oto dostaliśmy taką perłę. Bardzo powszechne zjawisko w muzyce, prawda? Płyta, mimo że długa, nie traci impetu ani chwytliwości nawet na moment. Wspomniane akapit wyżej hity są oczywiście kluczowe, lecz mniej oczywiste numery od nich nie odstają. Otwierający „You Think I Ain’t Worth a Dollar, But I Feel Like a Millionaire” to jeden z najbardziej żywotnych rockowych kawałków tego stulecia – absolutna topka, zwłaszcza w kategorii intra na bębnach. „Another Love Song” jest cudownie komediową petardą, a „Song for the Dead” oferuje pakiet złotych stonerowych riffów. Podobne plusy w innych numerach mógłbym wymieniać do oporu. Złoty zbiór.
DZIAŁANIA NA OPAK
Wszyscy wiemy, że Queens of the Stone Age nie byli żółtodziobami przed premierą „Songs for the Deaf”. Wiemy też, że lata doświadczenia w Kyuss (tu patrzę na Josha i Nicka Olivieriego) pozwoliły na nawiązanie wielu przyjaźni i zebranie przydatnych kontaktów. Nie zmienia to jednak faktu, iż na trzecim krążku Amerykanów obcujemy z gwiazdorską obsadą. Mało który zespół rockowy, który dopiero co przebija się do mainstreamu, ale jeszcze ma parę kilometrów do przejścia, może poszczycić się tym, że Dave Grohl sam chciał zagrać na ich płycie, a jak już zagrał, to niezawodnie. Chyba na żadnym materiale nie brzmiał równie potężnie. Do tego mamy grunge’ową legendę, Marka Lanegana, którego chropowaty głos z gatunku „papier ścierny” uświetnił chociażby „Song for the Dead” czy „Hanging Tree”. Skoro już przy obowiązkach wokalnych jesteśmy, warto wspomnieć o świetnej syntezie Homme’ego i Olivieriego. Ten pierwszy jak zawsze czaruje barwą na przecięciu twojego ulubionego kopisty Elvisa Presleya i zalotnego zawadiaki. Ten drugi z kolei wydziera się, wrzeszczy i brzmi jak niezły wariat, którym w tamtym czasie jak najbardziej był. No i ciekawostka: w roli bardzo drobnego gościa na wydawnictwie pojawia się również Chino Moreno z Deftones. Słyszymy go w jednej z fikcyjnych reklam aut przewijających się przez materiał. Niegłupi skład, prawda?
NAJWIĘKSZY PODRYG GENIUSZU
Tytułuję się fanem Queens of the Stone Age, ale prywatne sympatie nie przesłaniają mi faktów. „Songs for the Deaf” jest najmocniejszym i najwybitniejszym punktem ich dyskografii. Nigdy wcześniej ani później (wyłączywszy jedynie „…Like Clockwork”) zespół nie zbliżył się do poziomu płyty z 2002 roku. „Lullabies to Paralyze”, zgodnie z tytułem, może nieco usypiać, zanim na dobre wygrzebie się wszystkie atuty, jakie kryje. „Era Vulgaris”, którą totalnie uwielbiam – inspirowana po równo Wire, jak też oldschoolowymi grami wideo – to zbyt dziwaczna rzecz, by zdobyć serce mainstreamowego słuchacza, o czym grupa przekonała się chwilę po premierze. Ostatnie dwa krążki są z kolei średnie – „In Times New Roman” nawet się broni, przy czym „Villains”… Zupełnie nie. Nie chcę brzmieć jak nadęty elitarysta, lecz w wielu przypadkach wizjonerstwo rockowego Elvisa z Palm Springs wchodziło w zbyt niszowe terytoria, by niedzielni odbiorcy mogli się w nim zakochać. Dla mnie – bomba. Dla kogoś szukającego oczywistych hitów – już mniej. Mimo tego pamiętaj, Joshua, że wierni fani zawsze cię zrozumieją!
Mimo tego, że ostatni komercyjny podbój świata Queens of the Stone Age zaliczyli 13 lat temu, współcześnie przeżywają drugą młodość. Świetnie radzą sobie na trasie z System of a Down (z polskim przystankiem na PGE Narodowym). Ich niedawna gotycko-folkowo-orkiestrowa sesja z KEXP okazała się viralowym hitem. Do tego wydali także świetnego singla „Easy Street”, w ramach którego odsłaniają kolejne oblicze, zanurzone w alt-country, i wychodzi im to bardzo kompetentnie. Słowem: Królowe mają się całkiem nieźle. Niech się tego trzymają.