The Night Eternal – „Cold Velvet”. Po drugiej stronie lustra

Dodano: 01.09.2026
Na swojej trzeciej płycie The Night Eternal coraz śmielej romansują z rockiem gotyckim. Riffy tracą na znaczeniu, a na pierwszym planie jest klimat. Heavy metal nadal jest obecny – wciąż słychać, że tę muzykę napisały osoby wywodzące się z metalowego środowiska, ale na „Cold Velvet” zespołowi bliżej do The Cult niż Mercyful Fate.

To, co napisałem wyżej może wydać się przesadą, i rzeczywiście trochę nią jest, ale jeśli porównać dotychczasowe krążki niemieckiego kwintetu z najnowszym dziełem, nie sposób nie zauważyć, że wajcha została mocno przestawiona w kierunku rocka gotyckiego. Zarówno na wydanej w 2019 roku debiutanckiej EP-ce, jak i debiutanckim krążku heavy metal grał pierwsze skrzypce. Gotyk był jedynie dodatkiem, raz bardziej, a raz mniej przebijającym przez grubą warstwę klasycznego heavy. Niemcy zostali obwołani następcami (lub kopistami) genialnego In Solitude, bo mieszali te same składniki w bardzo podobnych proporcjach. Na wydanym trzy lata temu „Fatale” można było wyczuć delikatną zmianę kierunku – brzmienie było już mniej heavy metalowe, bardziej przytłumione, a parę fragmentów zahaczało o hard rock. „Cold Velvet” jest kolejnym krokiem w lżejszą stronę.

Niby to nadal heavy metal stanowi trzon muzyki Niemców, ale zagrany jest inaczej niż wcześniej. Zwróćcie uwagę na brzmienie gitar – nawet kiedy tną metalowe riffy, jak choćby z zwrotkach „Where The World Ends”, są w miksie schowane z tyłu, za wokalem. Doskonałym przykładem tego, w jaki sposób The Night Eternal łączą ze sobą rock i metal na najnowszym krążku jest singlowy „Eurydice (Don’t Look Back)”, który brzmi jakby The Cult nagrali cover „Medusa” Anthrax. To świetny numer, a najlepsze w nim jest właśnie to, że został zawieszony w próżni pomiędzy gotykiem a metalem, jakby zespół nie potrafił się zdecydować, w którą stronę pójść. Zazwyczaj brak zdecydowania kończy się źle; tutaj wyszło wprost przeciwnie. To nie tylko najlżejszy, ale i najbardziej przebojowy album w dyskografii pochodzącego z Essen zespołu. W zasadzie każdy numer ma jakiś wpadający w ucho fragment – najczęściej refren. W ogóle, mam wrażenie, że wokalista Ricardo Baum wreszcie odnalazł swój głos. Na wcześniejszych płytach jego maniera wokalna była momentami tak podobna do Danziga, że aż irytująca. Tutaj Baum nie sili się na kopiowanie starszego kolegi i śpiewa po swojemu, w nieco spokojniejszy sposób, ograniczając do minimum wszystkie charakterystyczne cechy danzigowego stylu.

The Night Eternal nadal dużo pożyczają i absolutnie nie grają niczego zaskakującego. „Cold Velvet” jest jednak płytą, na której ich brzmienie dojrzało, a zespół choć minimalnie zboczył z utartej ścieżki. Jeżeli kolejnym albumem zrobią następny krok w tym kierunku może być naprawdę ciekawie. Rzecz w tym, że krok ten może być nie do przetrawienia dla fanów ich wczesnych dokonań. Czy odważą się na takie ryzyko? Oby.

Paweł Drabarek

(Metal Blade, 2026)

zdj. materiały zespołu

Nową płytę The Night Eternal kupicie TUTAJ.

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas