Nails to jedni z najważniejszych, a może i najważniejsi przedstawiciele współczesnego grindcore’a/powerviolence/czegotamsobiechcecie. Smykałka Amerykanów do grania absolutnie wściekłego i radykalnego, a przy tym w jakiś sposób chwytliwego wyróżniała ich z gąszczu podobnych grup, które skupiały się przede wszystkim na wykręcaniu jak największego poziomu hałasu. O ile na dwóch pierwszych krążkach styl grupy wciąż mógł być przesadnie oszalały dla mniej wytrwałych fanów metalu czy punka, o tyle trzeci długograj zmienił wszystko.
NUCLEAR BLAST
Gdy tuż przed wydaniem omawianego w tym tekście albumu Nails i Nuclear Blast poinformowały o nawiązaniu współpracy wydawniczej, metalowo-punkowe podziemie zawrzało. Wiemy, jak to było z wytwórniami w dawnych czasach, gdy ekstrema zaczynała liczyć się w głównym nurcie. Krawaciarze z większych lub mniejszych molochów robili, co mogli, by ugrzecznić najbardziej niegrzeczne zespoły i ucywilizować je. W wielu przypadkach kończyło się to fiaskiem. Należy jednak zauważyć, że biznes muzyczny zmienił się i obecnie nawet najwięksi fonograficzni giganci dają wolną rękę artystom. Jak wyglądało to w przypadku Nails? Mniej więcej w ten sposób, że mimo nieco bardziej dopasowanego do „zwyczajnego” odbiorcy brzmienia czy specyfiki utworów „You Will Never Be One of Us” wciąż kąsało i osaczało. Jasne, jeśli porównamy tę płytę z debiutanckim „Unsilent Death”, czuć, że to nieco inny poziom jadu, ale nikt tutaj nie słabował ani nie bawił się w granie ładnych melodii. Jones i spółka kosili, a obszerne fragmenty płyty, zwłaszcza z naciskiem położonym na utwór tytułowy, dowodzą, że Amerykanie nie spuścili z tonu.
NIGDY NIE BĘDZIESZ JEDNYM Z NAS, CHYBA ŻE…
Nawet mimo gwałtowności i wściekłości stojącej za „You Will Never Be One of Us” niektórzy fani utyskiwali na zawartość płyty. Narzekano głównie na ładniejsze, bardziej komunikatywne brzmienie, na mniej chaosu… Poniekąd rozumiem te obiekcje, ale nie zgadzam się z nimi. Przede wszystkim, jak zaznaczyłem wcześniej, Nails nie stępili pazura. To płyta inna od poprzedniczek, bardziej chwytliwa, lecz niezmiennie nadpobudliwa i gniewna. Kiedyś sam byłem nie do końca pocieszony zabiegami estetycznymi zastosowanymi na tym krążku, również uważałem, że ktoś tu wymiękł, ale wiem, że byłem w błędzie. Takie strzały jak wspomniany utwór tytułowy czy „In Quietus” są jednymi z najbardziej hałaśliwych i bezkompromisowych utworów w dyskografii grupy. Na finał z kolei rzucono „They Come Back Crawling”, czyli ośmiominutowego potwora. Osiem minut? Przecież jak na ich standardy mowa już o suicie! Ale spokojnie, to nie jest progrock, tylko, nomen omen, pełzająca bestia, która kroczy przed siebie wręcz w sludge’owej manierze, unosi się z wolna, a na koniec powala słuchacza riffem w guście Morbid Angel z przełomu wieków. Słabe punkty: brak.
MOŻNA BYŁO TO PRZEWIDZIEĆ
Nie jest tak, że delikatne zmiany stylistyczne w Nails przyszły zupełnie nagle. Mówiąc zupełnie otwarcie, jeśli słuchało się tego zespołu od początku, ten kierunek nie wydawał się w żaden sposób nieoczywisty. Już druga w kolejce „Abandon All Life” zdradzała, że Amerykańskiemu zespołowi nie chodziło wyłącznie o łomotanie słuchacza na różne sposoby. Albo inaczej: oczywiście, że chodziło, lecz po drodze do mordobicia dochodziły także inne środki wyrazu. Wspomniany album z 2013 roku cechowała większa niż w przypadku debiutu ekspozycja średnich temp lub typowych dla zmetalizowanego hardcore’a breakdownów wgniatających słuchacza w posadzkę. Jeśli weźmiemy te czynniki pod uwagę, nośność kawałków rzędu „Violence Is Forever” (chyba najbardziej „konwencjonalny” hit w zestawie) czy „Friend to All” jest dużo bardziej zrozumiała i nie wzbudza większego skandalu. Słowem: „You Will Never Be One of Us” to ewolucja, nie rewolucja. Bardzo udana, pamiętajmy o tym.
SUKCES
Gdy „You Will Never Be One of Us” ujrzało światło dzienne, prawie wszyscy, którzy wcześniej nie obwąchiwali się z Nails, przyjęli ją ciepło. Nawet niżej podpisany poznał ich właśnie w okolicach premiery tego albumu. Krótkie, bardzo silne, a przy tym czytelne ciosy trio zza oceanu idealnie połączyły grindową surowiznę z nieco bardziej głównonurtowym podejściem. Ale tylko nieco. Na przykład powalająca produkcja Kurta Ballou dobrze to podkreśla. Z jednej strony jest głośno, a hałaśliwa breja zalewa słuchacza z każdej strony, ale nie mówimy tutaj o jednym wielkim wyrzygu. Brzmienie trzeciego pełnowymiarowego materiału Nails jest ostre, lecz precyzyjnie wymyślone. Przester w ilościach ponadnormatywnych atakuje tu z każdego zakamarka – na wokalu, na basie, na gitarze… Bębny też brzmią tak, jakby były w nim zakopane. To stara, dobra szkoła Nasum, gdzie destrukcja łączy się dobrym songwritingiem. W tym gatunku trudno o lepsze wzorce. Dzięki „You Will…” formacja z USA grała koncerty przed dużymi nazwami i zapewniła sobie rozpoznawalność, o której większość zbliżonych stylistycznie składów może co najwyżej pomarzyć.
Co dalej? Czas pokazał, że „You Will Never Be One of Us” poniekąd zbudowało karierę Nails i to m.in. dzięki niej napięcie oraz ogólna gorączka związana z premierą ostatniej, wydanej w 2024 roku płyty zespołu były tak duże. Jak sami dobrze wiecie, już tej wiosny formacja zagra na warszawskim Torwarze w towarzystwie Kreatora, Carcass oraz Exodus. Nic tylko pozazdrościć. Przekonajcie się o ich sile na własne oczy i uszy, bądźcie tam.