Po nieco bardziej melodyjnym, czerpiącym z hardrockowych wzorców „The Ritual” Testament znaleźli się w kozim rogu. Styl zapoczątkowany na debiutanckim „The Legacy” i rozciągnięty (przy oczywistych modyfikacjach) na pięć płyt może się nie zdezaktualizował, ale wiele więcej w tej konwencji nie można było zrobić. Słowem: wirtuozerski, a przy tym melodyjny thrash zespołu musiał zostać poddany istotnym przemeblowaniom, by miał dalszą rację bytu. Dokładnie do takiej sytuacji doszło za sprawą „Low”, mimo że po premierze albumu wcale nie było różowo…
PRZEWIETRZENIE JASKINI
Co można zmienić w stylu zespołu, który działał bez zarzutu przez pięć płyt? Czy da się nanieść odpowiednie poprawki, by wciąż pozostać sobą, a jednocześnie pokazać coś nowego? Okazało się, że jak najbardziej, a doszło do tego przez przypadek. W tamtym czasie Testament nie żyli najlepiej ze swoją ówczesną wytwórnią, Atlantic. Jak to u wielu thrashowych zawodników w latach 90. sprzedaż płyt leciała na łeb na szyję, a niegdysiejsze kury znoszące złote jaja stały się łańcuchem u nogi. W ramach postawienia ostatniego konia na kwintet krawaciarze z majorsa zażyczyli sobie alternatywnego materiału. „Chcecie alternatywy? To ją macie” – pomyślał Eric Peterson i napisał utwór „Dog Faced Gods”, brzmiący bardziej intensywnie i ekstremalnie niż wszystko, co grupa zrobiła wcześniej. Niestety doszło do fatalnego nieporozumienia, ponieważ przez „alternatywę” włodarze Atlantic mieli na myśli szereg numerów wpisujących się przebojowy nurt alt-metalu, a nie podkręcenie pokrętła do jedenastki. Jak widać, semantyka jest bardzo poważna, ponieważ zła interpretacja żądań wydawcy poskutkowała albumem, po którym Testament nie dostał już kolejnej szansy.
NOWE ŻYCIE
Czyli co? Eric Peterson nie zrozumiał, o co chodzi panom z Atlantic i po dojściu do porozumienia napisał chwytliwe hity na modłę trendujących wówczas klimatów? Zupełnie nie. Lider zespołu nie zamierzał zwalniać. Już przed tworzeniem materiału na „Low” gitarzysta zasłuchiwał się w skandynawskim black metalu, a także bardziej ekstremalnych metalowych propozycjach z USA, które przeżywały chwilowe zderzenie z mainstreamem w pierwszej połowie lat 90. Do tego wszystkiego grupa dorzuciła zauważalnie większy niż wcześniej poziom groove’u i dostaliśmy płytę zupełnie pasującą do swoich czasów, a jednak wciąż brzmiącą jak Testament, pozbawioną taniego koniunkturalizmu. W konsekwencji na „Low” składają się najbardziej masywne i najpotężniej wyprodukowane utwory w historii tej załogi. Z jednej strony słyszymy firmowy przepis na thrash, w którym nie brakuje melodyjnych segmentów, ale na drugiej flance Kalifornijczycy proponują pojedyncze deathmetalowe zrywy, a przede wszystkim groove, który nie buja dla samego bujania, tylko dociska do ściany.
CHUCK BILLY
Ze wszystkich zmian, które zadecydowały o odmienności „Low”, tą najistotniejszą są wokale Chucka Billy’ego. Frontman Testament, bez którego chyba nikt nie wyobraża sobie tego zespołu, poszerzył gamę wokalnych popisów o wcześniej nieprzetestowane przez siebie patenty. Tym najistotniejszym był oczywiście growl. Co ciekawe, sam Billy podkreślał, że nie należy do największych fanów tej ekspresji, ponieważ jest w jakiś sposób ograniczająca i mniej interesująca od bardziej standardowych sposobów metalowego śpiewania. Zabawne, ponieważ ryk wokalisty w niższych rejestrach już na tamtym etapie budził wielkie wrażenie. Ale nie jest tak, że nasz kochany rdzenny Amerykanin postawił tylko na wrzaski w różnych częstotliwościach. Przekrój piosenkarski na „Low” jest wyjątkowo szeroki. Mamy więc klasyczną chrypkę w duchu hetfieldowskim, mamy niemało czystych partii i mamy popisy bliskie death metalowi. W każdym z tych światów Chuck odnajduje się jak ryba w wodzie. Nie wierzycie? To posłuchajcie „Trial of Tears”, a potem chociażby „All I Could Bleed”. Kawał głosu, bez wątpienia.
KOMERCYJNY UPADEK
Mimo tchnienia nowego życia w uniwersum Testament „Low” nie uratowało ich przed pożegnaniem się z Atlantic i paroma latami popularnościowego kryzysu. To ciekawe, ponieważ płyta nie sprzedała się najgorzej. Niedługo po premierze trafiła na 122. lokatę listy Billboard 200 (bardzo dobry wynik jak na thrashowy zespół w głębokich latach 90.), mimo że single promujące płytę nie były specjalnie popularne. Tym niemniej utwór tytułowy i cover „Sails of Charon” z repertuaru Scorpionsów dały formacji wiele odtworzeń w bardziej rockowych amerykańskich radiach.
To intrygujące, że „Low” okazała się mniejszą lub większą porażką, ponieważ dzięki temu albumowi doszło do sformowania się współczesnego stylu Testament. Właśnie tutaj Amerykanie po raz pierwszy upiększyli swój thrash deathmetalowymi ornamentami i nośnym groove’em, co robią aż do teraz, czego dowodem są chociażby ostatnie ich płyty – przyjęte dużo cieplej niż materiał sprzed 32 lat. Los potrafi być wyjątkowo zabawny.