Blackmetalowi nudziarze?
Marduk to jakiś niezbadany przez socjologów fenomen. Są otoczeni kultem radykalnych fanów, a ich kariera jest przecież równie ciekawa jak CV przeciętnego japiszona. Dobre, bardzo dobre lub wybitne płyty, trasy koncertowe, prawie zawsze udane występy na żywo. No i tak w kółko.
Zmiany w składzie? Bywały, ale najczęściej odbywały się bez większych skandali (wyjątkiem było tylko rozstanie z B.Warem i Legionem). Jak w nudnej korporacji, w której wypalonemu pracownikowi po prostu zabiera się nagle kartę do biurowca i odbiera prawo do uczestniczenia w owocowym czwartku.
Na tle Mayhem, w biografii której to formacji trup ściele się gęsto, a i albumy zdarzają się mocno nierówne, Szwedzi wypadają jak fajna kompania, ale do szachów, a nie grania w blackmetalowej kapeli!
A jednak to Marduk cieszy się dziś chyba nawet większą estymą w gronie koneserów gatunku niż twórcy „Deathcrush”. Powód? Nie tylko to, że nadal potrafią nagrać fascynujące płyty, ale przede wszystkim ze względu na koncerty.
Może w tej kwestii jestem jednak mocno nieobiektywny, gdyż pierwszy kontakt z Mardukiem miałem właśnie na koncertówce „Infernal Eternal”. Pamiętam zresztą, że w tamtym czasie – wczesnych latach dwutysięcznych – zespół był czymś na miarę zakazanego owocu. A bo to ponoć najbrutalniejsza grupa na świecie, nagrywająca albumy bez sekundy ciszy (na „Panzer Division Marduk” typowe przerwy między utworami zastąpiono odgłosami wystrzałów – ponoć nawet weterani Stalingradu miewali chwile wytchnienia!), do tego bijąca rekordy w kategorii liczby uderzeń w werbel na minutę. No i jeszcze te trupie makijaże i tytuły piosenek, które trzeba było chować przed rodzicami! Ach, i czołg na okładce płyty.
Karierę Marduka można jednak podzielić na etapy: pierwszy, bardziej deathmetalowy niż blackowy, drugi, gdy do mikrofonu charczał Legion, i wreszcie trzeci, obecny, z Mortuusem w składzie.
Wspomniane „Infernal…” jest zresztą najwspanialszym podsumowaniem tego środkowego okresu, najbardziej barbarzyńskiego w całej historii Marduka. Tak, wiem, że po tym dwupłytowym wydawnictwie nagrali jeszcze dwa krążki z Legionem, ale mocno odstają one od słynnej trylogii: „Heaven Shall Burn…”, Nightwing” i „Panzer…”. To na „Piekielnej wieczności” ten skład uwiecznił swoją szczytową formę.
Głośniki prawie eksplodują
Do dziś pamiętam moment, gdy pierwszy raz odpaliłem przegrywaną CD z tym materiałem na dość kiepskiej jakości sprzęcie. Może zresztą to dało dodatkowy efekt: tak intensywna nawałnica blastów i gitary o brzmieniu piły mechanicznej przez moje ówczesne głośniki jeszcze nie przeszła! Nie wspominając o wokalu Legiona, który w tamtym okresie życia starał się chyba wypluć swoją krtań.
To jednak opis pierwszych minut, bo na „Infernal…” szybko okazuje się, że Marduk potrafi też pisać hity. Choć dziś nie lubię wspomnianego już pierwszego okresu działalności grupy, „Burn My Coffin” uważam za aż nieprzyzwoicie miłe dla ucha. Szczególnie riff kończący całość.
Dobrze, że chwilę potem panowie się reflektują i atakują kolejnym pojazdem pancernym. I w zasadzie tak jest do końca: ultraszybkie ciosy są tu przeplatane numerami nieco wolniejszymi i melodyjniejszymi, pochodzącymi z pierwszych trzech albumów Szwedów. W ten sposób dwa dyski, składające się na album koncertowy, są de facto czymś na miarę the best of Marduka.
Choć dziś całość nie robi na mnie już takiego wrażenia jak ponad dwie dekady temu, jest wspaniałą pamiątką tamtych czasów. Właściwie, gdy piszę te słowa, uzmysłowiłem sobie, że to w dużej mierze słuchanie Marduka i to na tej koncertówce zaszczepiło we mnie okrutną dla moich uszu chęć poszukiwania w muzyce coraz większej ekstremy. Jeżeli dziś nie znacie jeszcze muzyki Szwedów, słuchacie więc tego na własną odpowiedzialność!