Progowa indoktrynacja
Øystein Brun wychowywał się w domu pełnym muzyki. Jego ojciec był – jak to określał sam Brun – starym hippisem, który sprowadzał płyty z Wielkiej Brytanii i słuchał ich na cały regulator. Często zaczynaliśmy dzień od dźwięków „Shine On You Crazy Diamond” czy innej płyty utrzymanej w podobnym klimacie. Moje inklinacje do progresywnego rocka z lat 70. wzięły się właśnie stąd – wspominał po latach w wywiadzie dla Cryptic Rock. Wkrótce jednak odkrył cięższe brzmienia i postanowił chwycić za gitarę. Kolejny krok był oczywisty – założyć zespół. Deathmetalowe Molested okazało się kapelą nie byle jaką, ich wydana w 1995 roku płyta „Blod-draum” ma do dziś szerokie grono wyznawców i jest powszechnie uważana za jeden z najlepszych deathmetalowych krążków, jakie powstały w Norwegii. Brun czuł jednak, że musi stworzyć coś wyjątkowego, coś, co zbuduje jego własny muzyczny wszechświat. Chciał stworzyć zespół z charakterystycznym stylem, który będzie miał własną tożsamość, jak jego idole z Pink Floyd czy Iron Maiden. W pewnym momencie, kiedy zakładałem Borknagar, poczułem potrzebę, żeby – i nie mówię tego w negatywnym sensie – trochę się zdystansować od czegoś, co odbierałem na tamtym etapie jako nieco nudne. Muzycznie zawsze patrzyłem do przodu. Zawsze kochałem muzykę progresywną. Miałem w głowie pomysł, żeby stworzyć własną muzyczną bańkę, która nie byłaby zależna od żadnych trendów – pewnego rodzaju muzyczną autonomię – mówił w rozmowie z portalem Defenders Of The Faith. Napisał więc muzykę na płytę, która potem miała stać się debiutanckim krążkiem Borknagar.
Przesunąć granice gatunku
Brun postanowił odejść od brutalności Molested. Chciał czegoś bardziej epickiego, melodyjnego, mającego jednak za fundament typowo norweskie surowość i chłód. Zdecydowaną większość utworów z płyty napisał sam, postanowił jednak zaprosić na nią znajomych muzyków, którzy byli też przy okazji gwiazdami będącej wtedy na fali popularności norweskiej sceny black metalowej. Na „Borknagar” zaśpiewał więc lider Ulver, Garm, na perkusji zagrał znany z Gorgoroth Grim, a na basie jego kolega z zespołu – Infernus. Ivar Bjørnson, założyciel Enslaved, zagrał na klawiszach, a także napisał dwa numery instrumentalne – „Tanker mot tind (Kvelding)” oraz zamykający płytę „Tanker mot tind (Gryning)”. Co ciekawe, obyło się bez nagrywania demówki – gotowy już materiał został rozesłany po co bardziej liczących się w tamtym czasie wytwórniach. Brun był pewien, że któraś z nich połakomi się na wydanie płyty nagranej w takim składzie i się nie mylił. Debiutancki album Borknagar ukazał się pod szyldem Malicious Records – labelu, który istniał krótko, ale wydawał krążki Dødheimsgard, Aura Noir czy Kampfar. Ta płyta różni się od późniejszego oblicza zespołu. Z jednej strony czuć, że Brun miał zapędy w progresywne rejony i rzeczywiście jest tu dużo melodii, z drugiej – to wciąż dość typowy drugofalowy black metal. Jest to też najcięższa i najbardziej agresywna pozycja w dyskografii zespołu; bardziej łagodne jego oblicze miało dopiero nadejść. Brun często powtarzał w wywiadach, że chciał „przesunąć granice gatunku” i trzeba powiedzieć jasno, że nie do końca mu się to udało. Trudno nazwać ten krążek specjalnie eksperymentalnym czy ryzykanckim, jednak to właśnie te próby wyjścia poza gatunkowe ramy – czyste zaśpiewy w „Dauden”, folkowe wstawki czy duża liczba melodii – są najmocniejszymi punktami tej płyty.
Nieudany eksperyment czy opus magnum?
Lider Borknagar do wydanego w 1996 roku krążka po latach podchodzi raczej z dystansem. Miałem okazję rozmawiać z nim dwa lata temu. Zapytałem go, dlaczego „Borknagar” pozostaje jedyną płytą zaśpiewaną w całości po norwesku. Odpowiedział: – Ten album postrzegam bardziej jako eksperyment. Badaliśmy wtedy grunt, nie wiedzieliśmy jeszcze, czego tak naprawdę od tej kapeli oczekujemy i co chcemy nią osiągnąć. Dlatego traktuję tę płytę bardziej jak demo aniżeli pełnoprawny krążek. Doszedłem wtedy do wniosku, że norweski to… zbyt ograniczony język, zwyczajnie ma za mało słów. Czułem, że nie jestem w stanie wyrazić w stu procentach tych najbardziej skomplikowanych konceptów i myśli, co jest śmieszne, bo to przecież mój natywny język. Poza tym chcę, aby moja muzyka była jak najbardziej uniwersalna, żebyś mógł ją zrozumieć niezależnie od tego, skąd pochodzisz – tymczasem norweskim posługuje się raptem kilka milionów ludzi, a angielskim połowa ludzkości. Następny krążek, „The Olden Domain” – zaśpiewany już po angielsku – był dziełem znacznie bardziej zbliżonym do tego, jak muzykę Borknagar Brun sobie wyobrażał. Dla wielu jednak to debiut – dzięki połączeniu znanych z późniejszych płyt melodyki i progresywnych zapędów z zimnym brzmieniem i agresją – pozostaje najlepszą płytą zespołu.