Adwokat diabła. Behemoth – „I Loved You at Your Darkest”

Dodano: 15.05.2026
Behemoth w swojej przepastnej dyskografii ma albumy wybitne, przeciętne i słabe. Tym razem w naszym cyklu sięgniemy po jedną z tych płyt, które są uważane za nie do końca udane, a zasługują na więcej uwagi.

Bestia o wielu twarzach

Behemoth to bez wątpienia jeden z najciekawszych polskich zespołów metalowych. I nie tylko z tego powodu, że jest określany naszym najlepszym towarem eksportowym. Warto docenić jego muzyczną ewolucję.

Początki są znane każdemu, kto kiedykolwiek maszerował pomorskimi lasami (oczywiście z walkmanem załadowanym kasetą „Grom”!). Następnie Nergal – nie wiem, czy z koniunkturalizmu, czy jednak poszerzenia kręgu muzycznych zainteresowań – podążył w stronę death metalu. Oczywiście nie tego spod znaku wczesnych dokonań Death, a bardziej Morbid Angel czy Nile.  A zrobił to tylko, by ostatecznie powrócić do blacku, ale w innej, bardziej „uduchowionej” postaci. Tak zespół znalazł się tam, gdzie jest teraz.

Tu tkwi problem. Grupa przyzwyczaiła fanów, że co parę lat potrafiła się zmieniać, niejako przeistaczać w nowy zespół. Trochę jak najwięksi: Iron Maiden, Metallica, Kreator, Immortal, Mayhem, Marduk czy Mastodon (nie oceniając jakości tych wolt). Odnoszę wrażenie, że od  „The Satanist” z 2014 r. muzycy starają się nagrać kolejną wersję tego wybitnego krążka. Z różnym skutkiem. Tu też dochodzimy do mocno niedocenianego „I Loved You at Your Darkest”.

Jak tu przebić swoje opus magnum?

Zapewne takie pytanie zadali sobie Nergal i spółka, gdy rozpoczęli prace nad opisywanym tu krążkiem. Mogli nagrać kopie „The Satanist”. A jednak zrobili krok w bok. Do wypracowanej na poprzedniej płycie mikstury dodali elementy, które sprawiają, że całość jest bardziej przystępna. Być może to odrzuciło fanów w dniu premiery.

Już sam początek zwiastuje, że będzie diabolicznie, ale bardziej w klimacie „Omena” i „Dziecka Rosemary”. Album rozpoczyna bowiem diabelski chór w wykonaniu… dzieci. Piekielna odpowiedź na refren „Another Brick in the Wall” czy „Youth of the Nation” powraca zresztą nieco później w „God=Dog”. Ciekawy kontrast: sacrum vs. bluźnierstwo.

Pewne chóralne zaśpiewy (już bez dzieci, którym skończyła się przerwa w przedszkolu)  nadają zresztą albumowi epicki, niemal filmowy klimat, którego w Behemoth nie było aż tak dużo. Na jaw wychodzą tu zresztą fascynację Nergala gotykiem (spokojnie, tym w pozytywnym tego słowa znaczeniu, spod znaku Fields of the Nephilim, a nie Nightwish). Słychać je choćby w obrzydliwie przebojowym „Bartzabel” (że też nie wysłaliśmy ich z tym na Eurowizję!) czy „Ecclesia Diabolica Catholica”, w którym dzieci zastępuje chór gregoriański. 

Właściwie całość to coś z pogranicza blackened death metalu, ale w bardziej przystępnej formie. Mniej tu chaosu niż choćby na “The Apostasy”, więcej prostych, chwytliwych riffów i przede wszystkim więcej piosenkowych struktur.

Nie sposób też nie wspomnieć o perkusyjnych dokonaniach Inferno. To chyba – przynajmniej jak na razie – ostatni raz, gdy jego ekwilibrystyka tak świetnie współgrała z talentem Nergala do pisania metalowych hitów.

Dlaczego więc album nie cieszy się takim powodzeniem jak „The Satanist”? Krótko po premierze fani gromnie uznali, że grupie nie udało się przebić wielkiego poprzednika. I tak faktycznie jest. Tyle że czy to źle? Nie. Tym bardziej że krążek zyskuje z czasem. Szczególnie po zapoznaniu się z późniejszymi dokonaniami Behemoth.

Jacek Walewski

Ostatnie wpisy

Kategorie

Obserwuj nas