Rozmawiamy dosłownie dzień po śmierci Ozzy’ego – czujesz, że to koniec pewnej ery w dziejach rocka?
Tak. Oglądałem livestream z pożegnania Ozzy’ego z jednym z gitarzystów Sabatonu. Siedzieliśmy jeszcze w parę osób i miało być to tło dla sympatycznej posiadówki, ale szybko zrobiło się emocjonalnie. Byliśmy naprawdę wbici w fotele potężną symboliką tego wydarzenia i siłą, z jaką Osbourne pragnął uczcić swoje ostatnie chwile. Naprawdę ogromna rzecz. Ludzie będą o tym pamiętali przez lata, serio. Już chociażby z tego względu możemy mówić o końcu ery. Nie wyobrażam sobie, by jakaś z jeszcze żyjących gwiazd rocka doczekała się tak ogromnej celebracji swojej twórczości. To po prostu nie ta skala i nie ten wpływ. No, bo powiedz, znalazłbyś kogo takiego?
Chyba nie. Równie zasłużonych muzyków jest mnóstwo, ale Ozzy to przede wszystkim absolutnie charyzmatyczna i wielka postać.
Dokładnie o to mi chodzi! Nie ma drugiego takiego. Właśnie dlatego nie uważam, by czyjaś zbliżająca się śmierć – mówię tu oczywiście o szeroko pojętej muzyce rockowej – mogła wzbudzić taką sensację i zebrać takie tłumy w ramach jedynego koncertu. Coś niesamowitego i smutnego. Niby wszyscy wiedzieliśmy, że Ozzy jest jedną nogą po drugiej stronie, ale i tak nie dało to wielkiego ukojenia, gdy już otrzymaliśmy informację o jego odejściu. Oczywiście wierzę, że kiedyś nadejdzie równie uznana gwiazda mogąca się z nim mierzyć w kategoriach kultu, ale na to chyba jeszcze przyjdzie nam trochę poczekać. Póki co następców raczej nie widać. Ale jest w tym coś dobrego. Dzięki temu wiemy, jak wielką wagę miała i ma muzyka Black Sabbath oraz oczywiście Ozzy solo. Twórcy tych wiekopomnych hitów odchodzą, ale pamięć po nich nie. Słuchasz ich klasycznych albumów i wiesz, że masz do czynienia z czymś totalnie ponadczasowym.
Po Sabaton oczywiście tego nie słychać, ale czy Black Sabbath i Ozzy byli istotni w kontekście twojej muzycznej ścieżki?
Oczywiście, że byli! Człowieku, podczas pierwszego koncertu, jaki w życiu zagrałem, scoverowałem „Paranoid”. To była jedna z tych piosenek, które absolutnie ukształtowały mnie i moją drogę. Bez tego znalazłbym się w zupełnie innym miejscu. Nie jestem zresztą jedyny. Pewnie co drugi metalowiec powiedziałby ci coś bardzo podobnego, więc to również sporo wyjaśnia. W związku z tym cieszę się, że mogłem obejrzeć ten livestream i poczuć się zupełnie tak, jakbym uczestniczył w wydarzeniu ze wszystkimi zebranymi ludźmi, żegnając jednego z największych wokalistów naszych czasów. Wciąż mam w związku z tym sporo emocji, pewnie chwilę zajmie, zanim się z tego w pełni otrząsnę.
Zapytałem o to, bo obecnie Sabaton to jeden z większych zespołów metalowych na świecie. Czujesz, że macie przed sobą jeszcze daleką drogę czy może niewiele wam brakuje do zderzenia się z sufitem?
OK, w tej chwili odzywają się we mnie dwa wilki. (śmiech) Jeden z nich, ten skromniejszy, wstrzymuje konie i uważa, że osiągnęliśmy mnóstwo rzeczy, o których w życiu nawet nie marzyliśmy, z czego oczywiście jestem niesłychanie zadowolony. Każdemu życzę tak barwnej i satysfakcjonującej kariery, naprawdę.
A co z tym drugim wilkiem?
Ten drugi wilk to ja jako osoba ogarniająca cały zespół i w gruncie rzeczy nim zarządzająca. Jestem na bieżąco z każdym, nazwijmy to, biznesowym aspektem Sabaton i wiem, jak wygląda nasza pozycja w różnych miejscach na świecie. W związku z tym mogę bez cienia zastanowienia powiedzieć, że mamy jeszcze naprawdę wiele do zrobienia. W gruncie rzeczy możemy być jeszcze więksi, niż jesteśmy. Głęboko wierzę w powodzenie takiego scenariusza, bo dlaczego miałbym nie?
Bez wiary nie dotarlibyście do obecnego statusu.
W rzeczy samej. Generalnie uważam, że pozycja Sabaton jest bardzo niestabilna. W niektórych krajach, jak sam mówisz, jesteśmy wręcz arenowym zespołem, lecz w innych gramy już w dużo mniejszych miejscach. Dla przykładu: jeśli w jednym państwie zespół X jest w stanie ściągnąć na swój koncert kilka tysięcy osób, prawdopodobnie ściągnie podobną publikę w pozostałych państwach. U nas wygląda to zgoła odmiennie, co czasami bywa konfundujące. Jesteśmy ogromni w paru zakątkach Europy, przy czym pozostałe miejsca na świecie rozkładają się już w innych proporcjach. Uważam jednak, że to może ulec zmianie. Nawet w tych krajach, które dziś przyjmują nas z otwartymi ramionami, zacznaliśmy kiedyś jako ci nowi – ci, którzy muszą udowodnić swoją wartość i zapracować na sukces.
Polska z pewnością jest jednym z tych najlepszych dla was zakątków.
Tak, to wie chyba każdy. Ale też z Polską jest o tyle wesoło, że czasy największego szumu na naszym punkcie już minęły i to dawno temu. Najgorętszym okresem dla Sabaton w waszym kraju były okolice roku 2009 i 2010. Promowaliśmy wtedy „The Art of War”, a „40:1” stało się u was naprawdę sporym hitem. Chwilę potem pojawiło się „Uprising” i również nie mogliśmy narzekać na rozgłos. Mówiono o nas w polskich mediach głównego nurtu, czuliśmy się wręcz jak gwiazdy rocka z prawdziwego zdarzenia!
No tak, ale to teraz na wasze koncerty w Polsce przychodzi najwięcej ludzi, a nie kilkanaście lat temu.
Oczywiście, do tego zresztą zmierzałem. Koncert, który zagramy w Tauron Arenie będzie największym występem Sabaton w naszej ponad 25-letniej historii i przyznam, że nie mogę się doczekać. Czuję, że wszyscy będą niesłychanie zadowoleni – i my, i nasza wierna publika oczywiście. Po drodze był jeszcze Przystanek Woodstock, ale to festiwal, więc wszystko działa na nieco innych zasadach niż w przypadku headlinerskiego gigu.
Cieszy mnie, że mówisz o tym wszystkim, bo faktycznie o ile w Europie wyprzedajecie wielkie hale, o tyle w niektórych państwach gracie w klubach. Czy to utrudnia pracę w kontekście produkcji scenicznej, która jest u was bardzo bombastyczna?
Trochę tak, a trochę nie. Tak – ponieważ uwielbiamy grać wielkie koncerty z huczną produkcją. Ludzie mogą sobie mówić, co im się żywnie podoba, ale esencją rock’n’rolla są moim zdaniem te ogromne występy, o których potem gada całe miasto. Obskurne wydarzenia w ciasnych, małych klubach również mają swój urok, lecz to jednak inna para butów.
W waszym przypadku ma to sens.
Pewnie. Odkąd pamiętam, uważam, że koncerty rockowe powinny być spektakularne, zapierać dech w piersiach i zostawać w głowie na lata. Zależy mi na przenoszeniu ludzi do innego świata, dawania im czegoś zupełnie z odmiennej bajki. Nie uważam, by taki zespół jak nasz dawał pasjonujące koncerty, gdybyśmy wychodzili na scenę w normalnych ciuchach i stali w miejscu jak kołki. W innych przypadkach może miałoby to jakieś zastosowanie, ale Sabaton wymaga czegoś znacznie większego. Pewnie nie będziesz zaskoczony, lecz w tej kwestii ogromny wpływ wywarło na mnie Kiss. Widziałem, jak wyglądają i jakie dają koncerty w swoich szczytowych latach i kopara opadła mi po same kostki. Chciałem osiągnąć dokładnie coś takiego, czyli odbierać ludziom mowę i gwarantować takie show, by sami nie wierzyli, czy to się dzieje naprawdę.
Czyli co, jednak te klubowe koncerty nie brzmią najlepiej w kontekście tego co mówisz, czyż nie?
Niekoniecznie. Jasne, mamy mniejszą produkcję i trochę inaczej to wszystko prezentuje się na scenie, ale uwielbiam te koncerty. Jak pewnie wiesz, co roku robimy z Sabaton wielki rejs i gramy koncerty na statku przemierzającym morze. Uwierz mi, że w takiej przestrzeni absolutnie nie ma miejsca na wielką produkcję i inne takie. Jasne, coś tam zawsze na tę scenę wciśniemy, lecz musimy ograniczać się do minimum. W dużej mierze jesteśmy wtedy nadzy. Jesteśmy my, minimalna produkcja i ludzie – zero rzeczy do ukrycia, po prostu sam żywioł. Ale nawet wtedy dajemy z siebie wszystko, pokazując, jak wielką siłę ma nasza muzyka.
Jakie przemyślenia wzbudzają w tobie takie koncerty na mniejszą skalę?
Same pozytywne! Po każdym z takich koncertów, które z reguły wychodzą nam naprawdę zajebiście, podchodzę do chłopaków i mówię, że właśnie o to chodzi. Mamy poniekąd związane ręce, bo nie możemy wjechać na scenę z całą produkcją i dużo kombinujemy, a mimo to wychodzi cudownie. Aż człowiek czasami dochodzi do wniosku, że jasne, efekty specjalne czy cudowne rekwizyty są świetne, lecz na samym końcu ludzie oglądają ciebie, bo są zafascynowani twoją muzyką. Dobrze wiedzieć, że nasi fani są głodni oglądania nas również w takiej formie. To, co mówię, nie jest oczywiście żadną sugestią. W żaden sposób nie planujemy uszczuplać naszego show, jeśli będziemy mogli zademonstrować je w pełni. Po prostu zmierzam do tego, że poradzimy sobie praktycznie w każdej sytuacji. Nie wszystkie zespoły mogą powiedzieć o sobie coś podobnego.
Doceniam tę pewność siebie.
Jest ona poparta tym, że dobrze wiem, jaki jest odbiór Sabaton w poszczególnych miejscach. Myślę analitycznie i zadaniowo, a nie życzeniowo. Na przykład ostatnio graliśmy trasę po Ameryce Łacińskiej – były to przede wszystkim teatry i kluby. Spore, ale wciąż kluby gdzieś na dwa tysiące osób. Bawiliśmy się genialnie. Nie mieliśmy żadnej wystrzałowej produkcji, lecz wymiana energii z ludźmi była niesamowita. Nigdy mi to nie wyjdzie z głowy. Z kolei parę dni później graliśmy na festiwalu w Brazylii, gdzie zaprezentowaliśmy się z bardziej okazałej strony, a jeszcze chwilę potem byliśmy headlinerami Sweden Rock Festival, gdzie wjechaliśmy z największą produkcją w naszej historii. Serio, wtargaliśmy na scenę tyle rzeczy, że niektórzy byli aż zaskoczeni. (śmiech) Ale no, znów zmierzam do tego, że wypadamy dobrze niezależnie od sytuacji. Jeśli nie umiesz sobie radzić z drobnymi niedogodnościami, może gra w zespole nie jest dla ciebie. Determinacja stanowi jedną z naszych głównych sił.
Jedną z waszych głównych sił stanowi także styl. Power metal w wydaniu Sabatonu jest tak charakterystyczny, że wystarczy spędzić parę sekund z muzyką, by wiedzieć, kto to gra. Po seansie z nową płytą jeszcze mocniej się w tym utwierdzam.
Cóż, nie zaprzeczę. Masz stuprocentową rację. (śmiech) Oczywiście zawsze staramy się dokładać nowe rzeczy do muzyki, ale jednak baza stylu Sabaton jest bardzo prosta do wychwycenia. Zawsze tacy byliśmy, tym bardziej że od początku nie mieliśmy zupełnie nic do stracenia.
O czym mówisz?
Ten bardzo pompatyczny, typowo europejski power metal nigdy nie był modną muzyką. Mówiąc o modzie, mam na myśli mainstream, a nie jeden czy drugi sektor podziemia. (śmiech) Gdy startowaliśmy z zespołem, taka estetyka uchodziła za coś szalenie przestarzałego i trącącego myszką. Inspirowaliśmy się kapelami rzędu Running Wild, Grave Digger, HammerFall… Generalnie jarała nas scena niemiecka. Rozmawiamy więc o zupełnej niszy, która – owszem – wydała na świat parę naprawdę utytułowanych zespołów, lecz chyba na spokojnie możemy uznać je za wyjątki potwierdzające regułę. W gruncie rzeczy nigdy nie opieraliśmy się na trendach ani ich nie kreowaliśmy. Zawsze byliśmy samotną wyspą na scenie muzycznej, więc bardzo fajnie, że udało nam się dotrzeć tak daleko. To niesłychanie krzepiące. Nasza postawa udowadnia, że nie trzeba chwytać się wszystkiego, co modne.
Na „Legends”, nie skupiacie się wyłącznie na jednej erze historii, zamiast tego cofacie się do różnych zakątków przeszłości. Czy jest w tamtych czasach coś, co uznajesz za bardziej fascynujące niż obecny świat, w którym żyjemy?
Odpowiem podobnie jak przy jednym z poprzednich pytań – tak i nie. (śmiech) W niedalekiej przeszłości stworzyliśmy już tyle utworów traktujących o I wojnie światowej, że – będąc kompletnie szczerym – poczułem ulgę, gdy odsunęliśmy się od tego wątku. Czułem się nim przesycony. Zrobienie kroku w stronę jeszcze dalszej przeszłości okazało się dobre również dlatego, bo pobudza wyobraźnie. Im bardziej odległe czasy, tym mniej mamy suchych faktów, a więcej interpretacji i przestrzeni na ubranie historii w coś swojego. Nie wiemy wszystkiego i właśnie dlatego jest to tak fajne. Sam jestem kolesiem z bardzo bogatą wyobraźnią, więc proces tworzenia tego krążka był dla mnie naprawdę fascynującym doświadczeniem.
Mówicie też, że zawartość „Legends” to nie piosenki, tylko bitewne hymny upamiętniające poległych. Oznacza to, że włożyliście w ich tworzenie więcej emocji niż w przeszłości?
Na pewno włożyliśmy mnóstwo emocji, ale nie powiedziałbym, że więcej. Przy komponowaniu każdego krążka zawsze towarzyszy nam mnóstwo pasji i ekscytacji – ten nie jest wyjątkiem, poprzednie również. Na pewno w przypadku „Legends”, jak mówiłem, większą rolę w procesie songwriterskim i tekstowym odgrywała wyobraźnia. To było dla nas coś zupełnie nowego. Więcej w tym serducha niż faktografii – tak powiem.
Taki Rammstein po latach bardzo udanej i prężnej kariery zupełnie znikąd przeskoczył z grania na arenach do koncertów stadionowych. Czujesz, że i was spotka kiedyś taki los?
Chciałbym, żeby tak było! Każdy kiedyś przeszedł ten etap – Iron Maiden, Metallica… Może i my będziemy następni, kto wie? Ten decydujący skok zawsze jest stresujący, ale gdy już go wykonasz, czujesz wielką radość.
Łukasz Brzozowski
zdj. materiały zespołu